Pa-dam, pa-dam, pa-dam… 
To nie jest melodyjka w stylu Kubusia Puchatka. To raczej łabędzi śpiew matki która o  godzinie 14, jeszcze w szlafroku, ale już w dżinsach dumnie pręży (to znaczy prężyłaby gdyby nie ten szlafrok) pierś karmiąca przed Kurierem. Dumnie, bo dzień zalicza do nader udanych. Lista sukcesów jest długa. Udało się wykonać make-up z rana. Jeszcze tylko rzęsy w jednym oku… Dzieci są ubrane, najedzone, dowody wdrażania BLW uprzątnięte. Na dodatek śpią. Od 2 minut oboje.  Pranie niedługo się skończy,  suszarka już czeka w salonie na rozwieszenie. Obiad prawie gotowy. W lodówce, bo wczorajszy, ale jest. Kawę sobie nawet rano zrobiła. Do 16 może wypije. Podgrzeje w mikrofali i w termo-kubku zabierze na spacer. Bo dzieci wietrzyć trzeba, wiadomo.
Do Pana Kuriera uśmiecha się miło i potakuje, podpisuje. Nie mówi nic. Usta ma zaciśnięte w tym uśmiechu, bo biegła do drzwi, żeby dzwonek wypoczynku Maluszkom nie zakłócił. A bieg był z przeszkodami. Jedną przeszkodą w zasadzie. Najboleśniejsze 4 litery z jakimi mierzy się rodzic: LEGO.
I nie mówi matka „Do widzenia”, kiwa tylko głową. Wie, że gdyby otworzyła usta, nie oparła by się pokusie wciśnięcia Panu śmieci, żeby wyniósł przy okazji. I tak będzie koło śmietnika przechodził…

Author

Write A Comment