To była okazja. Trafiła się dosyć nagle i niespodziewanie. „Jaś i Małgosia” w Teatrze Polonia. W prawdziwym teatrze. Któż by odmówił? Na pewno nie ja. Nie z moim podejściem do teatru (klik).

Następnego dnia zapakowałam więc Córeczkę, do samochodu i wyruszyłyśmy na przedstawienie. Rozmowę na temat czy będzie Baba Jaga, a po co będzie oraz kiedy będzie, przerwał nam telefon.

Dzwoniła M:
–   I jak jedziecie? Bo wiesz… Wczoraj w TV była akurat filmowa wersja „Jasia i Małgosi”. Tam zła macocha namawia ojca, żeby zostawił dzieci w lesie, bo nie mają pieniędzy, głodują itd… Krzysiowi  (lat 6) to wyłączyłam. I tak sobie myślę, czy Twoja Córeczka nie za mała jest na tą bajkę? Sprawdziłaś jaka to wersja?
No oczywiście… Oczywiście, że nie sprawdziłam! Natychmiast przypomniały mi się Baśnie Braci Grimm, które dostałam w podstawówce. Dwa grube tomy, śmiało można ustawić w jednym rzędzie z dziełami  Stevena Kinga, czy Edgara Allana Poe.
Siostry Kopciuszka obcinają sobie części ciała, na Królewnę Śnieżkę Leśniczy dostał zlecenie od złej macochy. Macochy zresztą notorycznie pozbywają się pasierbów, mniej lub bardziej definitywnie:
„Matula obcięła mi główkę,
tatulo w potrawce mnie zjadł”.
Okrucieństwo, masakra, kanibalizm, mord… i moja dwuletnia dziewczynka. 
Z pewną taką niepewnością zajmujemy więc miejsca na widowni. Będzie dobrze, myślę sobie, przecież na afiszu dużymi literami napisano, że to wersja Jana Brzechwy. We wczesnym dzieciństwie słuchałam tej bajki na adapterze i traumy nie mam. Ale czy na pewno wszystko pamiętam..?
Kurtyna się podnosi, ze sceny padają pierwsze słowa:
„Już nigdy nie zrobię wędlinki z dziewczynki”
Rozglądam się nerwowo i zastanawiam którędy wyjść, nie robiąc zamieszania. Zajmuje mi to chwilę na tyle długą, by dać szansę Brzechwie.
No i na całe szczęście!
Obejrzałyśmy całe przedstawienie. Okazało, się że jest to wersja soft & easy, pełna piosenek i tańców (czyli Córeczka szczęśliwa). Nie ma macochy, jest mama, dzieci nie zostają porzucone, tylko gubią się idąc przez las z prowiantem dla Taty Drwala. 
Spektakl łamie stereotypy.
Najpierw Drwal-Torreador grany przez Matyldę Damięcką znowu na chwilę budzi moje wątpliwości. Czy aby nie przemyca się tu ideologii gender i czy ja mam na to ochotę?  Kiedy jednak Matylda Drwal odśpiewuje arie do swojej żony, przekonuje mnie absolutnie o swojej męskości, orientacji i miłości do małżonki.
Potem okazuje się, że nie ma Baby Jagi. Jest za to Czarownica Pajęczyca. Młoda i ładna (fuj ;)).
Ponieważ w teatrze już bywałyśmy, cała sytuacja była oswojona. Córeczka nie przestraszyła się gasnących świateł, czy głosu z offu.  Cały spektakl obejrzała jak zahipnotyzowana. Nie bała się i nie nudziła nawet przez chwilę.
Mnie rozczarowała tylko scenografia. Powiedzmy, że zostawia duże pole do popisu wyobraźni. A przecież chatka z piernika to ogromne pole do popisu, nie koniecznie wymagające dużego budżetu. Niestety tu została potraktowana wyjątkowo umownie.
Za recenzję Córeczki  niech wystarczą słowa z jakimi opuszczałyśmy Teatr Polonia: 
– Ja chcę do Czarownicy! 
Ja też ze spokojnym sumieniem polecam spektakl, nawet młodszym dzieciom. 
Tylko tej chatki z piernika żal…

Author

Write A Comment