Ostatni raz kąpałam się 3 lata temu.  Dokładnej daty nie pamiętam, ale to musiało być  w okolicach połowy ciąży z Córeczką.  Mieściłam się jeszcze w wannie, a jednocześnie dawałam radę wytrzymywać dłużej niż 5 min leżąc na plecach. Nie chodzi mi o zwykłe mycie się, tylko kąpiel z prawdziwego zdarzenia. Z wylegiwaniem się, pianą, dolewaniem ciepłej wody, maseczką na twarzy i włosach, z gazetą, do której czytania nigdy się nie przyznam, a może nawet książką (nigdy nie przemyciłam Jego czytnika do łazienki, nigdy; i tej wersji będę się trzymać!). Wszystko w oparach aromaterapii i z Dianą Krall w tle. 

Dziś taka kąpiel jest dla mnie jak drugi koniec tęczy, marzeniem absolutnie nieosiągalnym. 
Przekonałam się o tym kilka dni temu, podejmując próbę relaksu za wszelką cenę. Okazało się jednak, że:
– maseczki przeterminowały się dawno temu
– świeca zapachowa jest, ale od płyty indukcyjnej nie da się odpalić
– nostalgiczna Diana nie ma szans z żywiołowym duetem  „Maaamaaa! / Łaaa!”  
Efekt relaksujący: mizerny.
Zostaje mi jeszcze prysznic. Uwielbiam. Gdyby nie eko-odpowiedzialność mogłabym stać pod prysznicem godzinami. Spadająca woda oczyszcza mi umysł i koi duszę. Tam przychodzą i do głowy najlepsze pomysły, tam sama z sobą dochodzę do ładu, podejmuję decyzje, planuję negocjacje (najtrudniejsze – rodzinne) etc. I szum. Dźwięk wody, który odcina mnie od świata zewnętrznego i pozwala na uczesanie myśli.

A w zasadzie pozwalał.
Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy Córeczka miała kilka dni. Jako, że należała do wyjątkowo spokojnych dzieci, jak zwykle grzecznie zasnęła w łóżeczku. Mając w perspektywie parę kwadransów dla siebie, weszłam pod prysznic. Ledwie zdążyłam odkręcić wodę, a tu: płacz.
Wyskakuję, więc w pośpiechu, ślizgając się na płytkach, zostawiając kałuże na panelach dopadam łóżeczka. Dziecko śpi jak spało.
Wracam pod prysznic, puszczam wodę, zamykam oczy. Płacz. Troszkę już wolniej, ale znowu wybiegam, żeby się przekonać, że aniołek śpi dalej.
Wracam pod prysznic. Puszczam wodę. Płacz. Zakręcam. Cisza. Woda -płacz. Zakręcam. Cisza.
Choć wiele wody upłynęło od tamtego dnia, przedziwne zjawisko wciąż występuje.
Bez względu na porę dnia czy nocy. Bez różnicy, kto opiekuje się dziećmi. No, chyba że akurat znajdują się w odległości nie mniejszej niż kilometr od mojej łazienki. Wtedy, jak na złość, zaczynają płakać dzieci sąsiadów  (serio), a ja zaczynam popierać restauracje ze strefą wolną od dzieci.
Oczywiście, zastanawiałam się nad sobą. Czy wszystko ze mną ok? Czy moja wewnętrzna kwoka, zadziobała wewnętrzną boginię (nie cierpię E.L. James)?

Zwierzyłam się jednemu koledze. Jego dzieci są w podobnym wieku. Kończy drugi stopień specjalizacji z psychiatrii.
Powiedział, że ma tak samo.
Tylko, czy to dobrze..?

Mój ostatni bastion spokoju padł.
Author

7 komentarzy

    • To wcale nie miał być wpis " ku uciesze", więc dobrze że ktoś zapłakał nad moim losem… 🙂

  1. Wiesz co Kochana… ależ mnie wkręciłaś w ten wpis. Wspaniale się Ciebie czyta, a ileż uśmiechu – a przecież piszesz o tak naturalnych rzeczach 🙂

  2. Łazienka to moja oaza, gdy Zosia była malutka chodziłam tam na godzinną kąpiel z książką (też nie czytam tych gazet :p) i stoperami w uszach. Może też spróbuj, albo słuchawki? Jest już lepiej, czasem woła pod drzwiami, czasem wpadnie na chwilę, ale poczytać się da. To nie to co przedtem, ale to wróci i zatęsknie za stukaniem w drzwi przy dźwięcznym " maaamuuusiuuuu oć!"(chodź) 🙂

Write A Comment