Poszłam do lekarza. Z radością wręcz poszłam, bo na wizytę czekałam długo, tak jak to u nas można czekać. Pośpieszny poranek. Córeczka do przedszkola, Synek ze mną, do towarzystwa. Miał zostać u koleżanki, ale tam podejrzenie rotawirusa, więc muszę go zabrać. 

Otwieram drzwi gabinetu, do Pana Doktora uśmiecham się jak, kurcze, jutrzenka jakaś…

– Dzień Dobry! 🙂
– Bez dziecka proszę.
-Yyy … Ale jak to.. ? 
Zazwyczaj jestem bardziej elokwentna, ale mnie zatkało. I tak wiem już, że miło nie będzie. 
– Nie wie Pani, że się z dziecka do przychodni nie przyprowadza? Tu najgorsze świństwa latają.
U ortopedy jestem, na drugim piętrze. Obok okuliści, gabinet USG i RTG. Internista na parterze.
– To co ja mam teraz zrobić..?
– Jak się Pani nazywa?
Nazwisko mnie nie uratowało, ale okazało się, że karty mojej w gabinecie nie było. Wracam więc do rejestracji. Mam chwilę by gulę rosnącą w gardle przełknąć. Nie dać łzom popłynąć. Jestem złą matką, a tego Buca co mi to właśnie uświadomił nienawidzę.
Poszukiwania mojej karty trwają prawie tyle co oczekiwanie na wizytę. Staram się ochłonąć. Ok, myślę sobie. Nie będę się nakręcać. Pan, subtelny i miły nie jest, bywa. Nie po rozrywkę do niego przyszłam. W sumie to w w interesie mojego dziecka zwrócił mi uwagę. W zasadzie ma facet racje. Co więcej myślę tak samo jak on, nie chciałam Go tu przecież przyprowadzać.
Do gabinetu wracam bez karty, za to z karteczką, że w systemie wszystko ok, a karta jak się znajdzie to doniosą.
Wchodzę z uśmiechem, znacznie bardziej niepewnym tym razem. Na palach prawie. Przysiadam sobie na samym brzegu krzesła, chyba żeby szybciej uciekać, jakby się zdecydował mnie pogonić.
Karteczkę podaję. Staram się załagodzić sytuacje. A może udowodnić, że wcale taka zła i głupia nie jestem.
– Wie Pan ja zdaję sobie sprawę, że nie powinnam tu dziecka przyprowadzać, ale tak się złożyło, że naprawdę nie miałam go z kim zostawić, a na wizytę musiałabym od nowa czekać kilka miesięcy…
– Zawsze jest jakieś rozwiązanie.
– No… ja żadnej Babci w mieście nie mam.
– Wybaczy Pani, ale ja po prostu nie wierzę w taką pustkę w okół człowieka.
Psycholog był jeszcze na tym piętrze. Chyba powinnam była zajrzeć do niego od razu. Najpierw się oburzyłam, potem załamałam, a potem dużo myślałam.
Poszłam na plac zabaw. Tam je najczęściej spotykam. Dziewczyny takie jak jak ja. Mamy. Która z nich mówiła mi, że w kinie ostatni raz była w połowie pierwszej ciąży? 
Która negocjowała w sklepie przetrzymanie mebla zakupionego z ekspozycji, bo nie chciał się zmieścić do samochodu z fotelikiem? Która cieszyła się na randkę z mężem? Pierwszą od porodu. Stolik zarezerwowany, trasa romantycznego spaceru opracowana. Przeszkodził im lament, dramat i tragedia. Dziecko nie życzyło sobie zostać z opiekunką. Opiekunką, którą zna i uwielbia. Za dnia jak się okazało. 
Która nie poszła na Wielką Galę z okazji zamknięcia projektu, który ona przez rok nadzorowała? Okazało się, że zorganizowanie opieki jest przedsięwzięciem logistycznym na miarę wspomnianego projektu.
Choć nie jesteśmy samotne, to jak często okazuje się, że jesteśmy same? W prozaicznych, codziennych sytuacjach. Kiedy dziadkowie w innym województwie, koleżanki na drugim końcu miasta. Sąsiadki – nie zawsze znamy się tak blisko, by mieć śmiałość głowę zawracać. Są jeszcze Ciocie bezdzietne, ale one zawsze bardzo zajęte. Rozumiemy, bo też kiedyś miałyśmy życie zawodowe, prezentacje, lunche i spotkania.
Czasem nam się nie chce po prostu. Bo to trzeba zadzwonić, poprosić, narzucić się. Dograć organizacyjnie. Precyzyjnie złożyć  całą układankę. Nie daj Boże, ktoś poczuje się zobowiązany żeby swoje plany zmieniać…  To już lepiej ten film na DVD obejrzeć. A w ogóle to i tak jesteśmy wieczorami zmęczone.
A może jednak przesadzam?
Author

17 komentarzy

  1. Nie, nie przesadzasz. Lekarz – dziwny jakiś. Bardzo często, zwyczajnie w świecie nie mamy śmiałości narzucać się innym ze swoim życiem i to co można, robimy z dziećmi, choć byłoby wygodniej i szybciej w pojedynkę!

  2. Jakie prawdziwe. Właśnie to przeżywam. Babcia była u nas bo starsza córka ma wakacje i nagle z dnia na dzień musi wyjechać na 3 dni. Organizacja, proszenie innych o pomoc (niby bliskich) ale jednak. A niestety rodzic nie zawsze może i ma prawo do urlopu, nawet bezpłatnego.

  3. Chwycilo mnie za serce to co napisalas… Jestem wbpodobnej sytuacji. Czuję, że mialybysmy o czym rozmawiać.

  4. Bylam w podobnej sytuacji bonrodzice daleko.. siostra tez…do tesciow zaufanie takie sobie…ale rozwiazanie przyszlo inne..czasem z dziecmi zostaje bratanica meza…wtedy gdy chcemy wyjsc razem…a czedto jest tak ze wychodzimybosobno…ja na babskie spotkanka maz z kolegami…;)

  5. Moim skromnym zdaniem lekarz zachowal sie jak ostatni prostak. To Twoja decyzja czy bierzesz dziecko ze soba czy nie, bo w razie badania narusza to Twoja intymnosc. Dopoki dziecko nie krzyczy i nie balagani w gabinecie (nazwijmy to umownie (nie) przekraczaniem pewnych granic) to nie widze zadnego problemu. A jesli dziecko sie rozchoruje to bedzie Twoj problem, wiec jesli nie mialas malucha z kim zostawic to nic mu do tego. Nie masz przeciez obowiazku sie tlumaczyc. Jesli w takiej sytuacji nie chcialby Ci przyjac, to najlepiej zeby wyrazil swoja odmowe na pismie. Nie twierdze, ze polska sluzba zdrowia ma sie krecic wokol dzieci, ale jesli urzedy terytorialne na poziomie gminy czy powiatu nie sa w stanie zapewnic wszystkim rodzicom opieki dziennej, to albo wszyscy bedziemy starac sie okazywac sobie pewna doze wyrozumialosci albo mozemy od razu pojsc na noze, bo takie sytuacje byly, sa i beda.

    Jesli chodzi o 'opieke zastepcza' nad dzieckiem to jak najbardziej zgadzam sie z Toba, ze jest to niemaly problem. Tak jak piszesz, duzo zalezy od dziecka, ktore w ostatniej chwili moze sie zbiesic jak rowniez od potencjalnych pilnujacych, ktorzy przeciez tez nie przybiegaja na zawolanie. Nasz Brzdac ma dopiero 7 miesiecy, ale od kiedy wrocilam do pracy i doba to za malo na realizacje wszystkich zaplanowanych zadan czuje, ze dla higieny psychicznej musimy sobie z mezem znalesc jakas stala opcje wychodnego. Moze nie koniecznie po to zeby wyskoczyc na spacer czy na kawe, bo ja czuje, ze jakos tak glupio nie robic tego z naszym maluchem (na razie nie ma tez jeszcze problemu z wyjsciem do restauracji). No, ale myslelismy o jakims wspolnym hobby, ktore moglibysmy uprawiac razem, bez dziecka, tak zeby moc rowniez pielegnowac wzajemne relacje, ktore docelowo maja przeciez przetrwac przez kolejne dekady. Mysle, ze cos takiego byloby tez dobre dla dziecka, pod warunkiem, zachowania regularnosci i znalezienia odpowiedniej, zaufanej osoby do opieki.

    • Agnieszka, to bardzo ważne o czym piszesz. Kolejna strona medalu… Żeby nie zatracić się w rodzicielstwie, żeby dbać o związek, wspólne tematy do rozmowy, hobby. Macie super pomysł. Trzymam kciuki, za realizacje 🙂

  6. Jestem mama na emigracji , maż dużo pracuje …. Dzieci musza byc ze mną wszędzie , nie ma wyjścia …i nie płacze nad tym na codzień , przyzwyczaiłam sie … Ale sa sytuacje jak ta opisana przez Ciebie i wtedy jest trudniej 😉 ale wiesz? To minie 😉

  7. Wyluzować trzeba 🙂 Ja tylko na rentgena dzieciaków nie brałam, bo nie wolno. Mojemu ortopedzie córka zaśpiewała piosenkę i facet się wzruszył 🙂 Pytanie: Czy tak Cię to ruszyło, bo czujesz pustkę, czy po prostu czas już częściej wychodzić i spotykać się z fajnymi ludźmi? 🙂

    • Nawet w rentgenie się da:) Zdążało nam się zapewniać towarzystwo niejednemu młodemu człowiekowi podczas kiedy koleżanka w gabinecie robiła zdjęcie mamie:) I nie wiem kto się lepiej bawił my czy dziecko:)

    • Jagodowa Mamo, poruszyłaś ważny temat. Napisałaś o tej innej pustce. Emocjonalnej. Ja o organizacyjnej. Chciałam to rozdzielić bo dla mnie to inny etap. Inny temat. Inny wpis.

  8. A wystarczyłaby empatia! Jak zawsze! W takim razie ja też jestem sama. Mam męża, siostrę, mamę, tatę, teściów… Ale gdy ostatnio szłam na cytologię musiałam wziąć roczne dziecko ze sobą. No został w wózku na 2 minuty. Co miałam zrobić… czasami trzeba się ugryźć w język zanim się coś powie.

    • Coś jest na rzeczy… Dostałam dużo wiadomości od czytelniczek. Sporo z nich pisało, że też musiały zabrać dziecko do lekarza. W 90% byli to ginekolodzy.
      W końcu znają się z naszymi dziećmi najdłużej 🙂

Write A Comment