„Hej!
Znam Twojego bloga z zestawień u Mądrych Rodziców. Najpierw zaglądałam tu sporadycznie, ale teraz czekam na kolejny wpis, jak na list od przyjaciółki. Ze wszystkich blogowych mam jesteś mi najbliższa. Postanowiłam Ci się zwierzyć. Trochę dlatego, że mam wrażenie jakbym Cię znała, a trochę właśnie dlatego, że mam pewność, że Cię nie spotkam.
Tak jak Ty jestem mamą dwójki. U mnie są to chłopcy, rok po roku. Od ponad 4 lat jestem z nimi w domu. Kiedy urodził się nasz drugi syn, postanowiliśmy z mężem, że nie wracam na etat. Nie możemy sobie pozwolić na życie z jednej pensji, pracuję więc dorywczo z domu.
Straszy syn jest przedszkolakiem, ale często choruje, więc nieraz jestem z dwójką w domu. Tak jak Ty nie mam babci do dyspozycji. Jestem sama w dużym mieście.
I chyba właśnie doszłam do ściany.
Robię co mogę, a i tak mi nie wychodzi. I to na każdym polu.
Z jednej strony mam poczucie, że ciągle jestem z dziećmi. Nic innego nie robię, tylko jestem uwięziona z dziećmi. Szykuję im jedzenie, karmię, wyprowadzam na spacer, znowu karmię, wycieram nosy, zmieniam pieluchy, podaję pić, szykuję jedzenie, usypiam. Jestem tym zmęczona i znudzona. Czasem nie mam ochoty wracać z zakupów do domu i specjalnie siedzę dłużej w samochodzie.
Czasem nie lubię moich dzieci, np.:kiedy starszy hałasuje i budzi młodszego, a ja akurat mam coś do zrobienia i czekałam na tą drzemkę. Kiedy się śpieszymy, a oni jak na złość sabotują ubieranie, nie wyjdą bez jakiejś zabawki, nie chcą zrobić siku, umyć rąk, itd…
Czasem brakuje mi cierpliwości. To wieczne handryczenie się o te same rzeczy. Nigdy nie uderzyłam swojego dziecka, ale nieraz mam na to ochotę. Przychodzi mi to do głowy. Sama się sobie potem dziwię. Mnie rodzice nie bili. Z mężem jesteśmy przeciwnikami klapsów. Wiem, że nigdy tego nie zrobię, ale czasem chciałabym.
Za to, kiedy gdzieś wychodzimy jestem idealną mamą.  Przy ludziach mam więcej cierpliwości, więcej siły, więcej zapału. Chce mi się tłumaczyć, odpowiadać 50ty raz na to samo pytanie.
Z drugiej strony praca. Każdy cień wolnej chwili staram się wykorzystać efektywnie, ale nie ma opcji żebym w dzień usiadła do pracy na dłużej niż 30 minut ciągiem.
Ratuję się telewizorem i włączam dzieciom bajki. Bez przerwy szarpię się między dziećmi a pracą. Na zadbanie o porządek nie mam już czasu ani siły. Zostałam w domu dla dzieci, ale nie jestem dobrą matką. Nie spędzam z nimi czasu tak jak powinnam. Jak bym chciała.
Praca też nie jest wykonana na takim poziomie do jakiego jestem przyzwyczajona i który dawałby mi satysfakcje.
O domu nie wspomnę.
Jestem jeszcze żoną. Od dawna nie przywitałam męża uśmiechem. Nie mam na to siły. On też wraca zmęczony. Pomaga mi jak może. Wieczorem, a raczej w nocy, oboje padamy. Nie wiem kiedy ostatni raz spędziliśmy godzinę we dwoje. Tak naprawdę, bez telewizora, telefonu, komputera, dzieci.
Kładę się spać zmęczona. Wstaję zmęczona.
Nie wierzę, że to piszę.
W sumie to nie wiem po co. Nie oczekuję żadnej rady. Sama wiem, że coś musi się zmienić, tylko realnie nie widzę na to szans. Przynajmniej póki młodszy syn nie pójdzie do przedszkola.
Pozdrawiam,
Kasia”
Kasiu,
Dziękuję za miłe słowa, a jeszcze bardziej za zaufanie. Nawet nie wiesz jak bardzo jesteśmy podobne. Czytając Twojego maila, miałam wrażenie, że niektóre zdania wyjęłaś z mojej głowy. Ale nie tylko my tak mamy. Jest nas więcej. Dużo więcej. Nie mamy siły, nie ogarniamy, ale też nie poddajemy się i brniemy do przodu. Zaciskamy zęby, zamykamy oczy, uśmiechamy się do ludzi i czekamy, aż dzieci podrosną. Wiem, bo podobnych maili dostaję więcej. Bo spotykam takie mamy  na grupach i forach internetowych. A kilka z nich znam osobiście.
Tak się porobiło, że nie przyjdzie nam do głowy, żeby zwolnić. Mam wrażenie jakbyśmy wszystkie ulegały jakiejś presji.
Swego czasu mówiło się o idealnym wizerunku kobiety, który wylansowały media i projektanci mody. Wszystkie chciałyśmy wyglądać jak modelki.
Mam wrażenie, że teraz dzieje się to z matkami.
Patrzymy na mamy celebrytki, które tydzień po porodzie na szpilkach, z doskonałą figurą i bez żadnych oznak niewyspania błyszczą na salonach.
Czyli da się.
Patrzymy na blogerki, które są nam jeszcze bliższe. Czasem piszą o zmęczeniu, ale jednocześnie pokazują wysprzątane wnętrza w skandynawskim stylu, kreatywne pomysły na zabawy z dziećmi, wyszukane stylizacje i ciasta, które zawsze się udają.
Czyli można.
Media lansują przedsiębiorcze kobiety, które z piątką dzieci (ok przesadziłam, z trójką) robią karierę.
Czyli tak należy.
A czasem człowiek ma dosyć sam siebie i tego jak się czuje. Chciałoby się pośmiać z mężem, powygłupiać z dzieciakami, nie martwić o kolejny projekt, nie szarpać dla dobra rodziny, a tak naprawdę to jej kosztem. Tylko jak?
Chcemy mieć wszystko i w końcu, tak jak napisałaś, dochodzimy do ściany. Piszę „my” bo znam  to aż za dobrze. Bo próbowałam i wiem, że się nie da. Zwłaszcza jeśli jesteś sama. W najlepszym wypadku zestarzejesz się w przyspieszonym tempie próbując dogonić ideał, który nie istnieje, wizerunek za którym stoi zgrana ekipa, a nie jedna mama.
Ty Kasiu, jesteś silna i odważna. Chyba nawet nie wiesz jak bardzo. Masz ogromna świadomość siebie i to jest Twoja moc!  Opisałaś coś, co wiele osób zmyka w jednym słowie „frustracja” i kończy temat. A przecież jedno słowo, dla każdego może znaczyć coś innego.  Ty nie dość, że znasz swoje emocje, nazywasz je, to jeszcze wiesz, skąd się biorą.
Co więcej – wiesz co Ci pomaga, co daje siłę. Publiczność. To ani dobrze ani źle, żaden wstyd. Po prostu tak masz. Wykorzystaj to!
Też Ci się zwierzę.
Nie lubię się poddawać. Kilka lat temu rzuciłam sobie wyzwanie, żeby zawsze zapinać pasy bezpieczeństwa. Takie świadome ZAWSZE. Jeśli zbadają mnie kiedyś wariografem, to bez mrugnięcia okiem, powiem z czystym sumieniem, że „ZAWSZE zapinam pasy”. To taka moja wewnętrzna gra: ja kontra ja. Może to i głupie, ale na mnie działa. Od tamtej pory, pasy zapinam od razu po wejściu do samochodu. Nawet jeśli tylko przestawiam auto. Korci mnie czasem, żeby odpuścić, ale wtedy zmarnowałabym kilka lat. Poza tym, nie lubię przegrywać.
Możesz spróbować podobnej gry, kiedy sił Ci zabraknie do chłopców. Sama się wkręć, że masz publiczność. Wyobraź sobie, że sąsiedzi słyszą wszystko co mówisz, że przez okna zaglądają, że jesteś w ukrytej kamerze. Jeśli to Ci pomoże opanować emocje, to co za różnica. A może z czasem wyrobisz sobie nowy nawyk, jak ja z tymi pasami.
No i zapomniałabym. Jest jeszcze coś. Coś, co tak często w tej codziennej bieganinie gubimy. RADOŚĆ. Przecież nie mamy tych dzieci za karę. Powinnyśmy się nimi cieszyć.
Codziennie tworzymy ich wspomnienia, budujemy ich fundamenty. Wiem, wiem… Jak tu się cieszyć kiedy się stoi pod ścianą.
Tu i teraz.
Wziąć wdech. Odwrócić wzrok od komputera, przełknąć spóźnienie i uśmiechnąć się do dziecka. Połaskotać, przytulić.

To tylko taki pomysł. Sprawdzonej rady nie mam. Sama chętnie jakąś przyjmę.
Chyba za bardzo podobne jesteśmy 🙂 Może ktoś trzeci podsunie nam rozwiązanie.
Mam nadzieję, że po swoim mailu, poczułaś się troszkę lepiej. Mi takie wyrzucenie myśli z głowy myśli bardzo pomaga. Bo kiedy są już na zewnątrz, z odczuć zmieniają się w słowa. W coś obiektywnego, coś co jest poza mną. Nawet jeśli czasem trochę wstyd, to jednak na sercu lżej.
Ściskam Cię mocno,
E.
Mail opublikowany za zgodą autorki.
Imię zostało zmienione.

 

Author

25 komentarzy

  1. Jesteś bardzo dobrą Matką, ze słabościami po prostu jak każdy człowiek 🙂
    Ps. Do "ściany" dochodzę co trzeci dzień regularnie ; taki sporcik mały się z tego robi!

  2. Mogę wpisać sie na Wasza listę, czasem człowiek chce wyjsć i nie wrócić, ale to szybko mija bo za chwile jest uśmiech dziecka lub wypowiedziane nowe słowo i człowiek znów nabiera mocy ! Trzymajcie sie dziewczyny-kobiety-zony- a przede wszystkim Matki ��

  3. Kurcze, ale fajna z Ciebie babka. Twój sposób z pasami jest rewelacyjny 🙂
    Jestem tu pierwszy razy i nie ostatni.
    Pozdrawiam Mama Trojaczków 🙂

    • Kochana, z trojaczkami to Ty MUSISZ mieć jakieś dodatkowe moce 🙂
      I jeszcze czas na blog i bieganie…
      A z tym sposobem… Pierwszy raz się do tego przyznałam, bo zawsze trochę to niepoważne mi się wydawało, ale najważniejsze że działa 😉

    • Mam super moc bo mam trojaki 😉 a tak poważnie to nie wiem jak ja to robię, albo jestem za bardzo zorganizowana, albo moje dzieci są jakieś nienormalne, bo za grzeczne 🙂

  4. Kasiu, ciesze się że wysłałaś ten list. Sama co jakiś czas mam gorsze dni i zastanawiam się wtedy, czy tylko ja tak mam, czy jestem gorsza od innych mam. Szczerze Cię podziwiam, bo ja mam tylko jedno dziecko, z którym siedzę od ponad roku w domu. Ta jedna drzemka dziennie jest dla mnie wybawieniem – w końcu mam 2-3 godzinki tylko dla siebie. Naprawdę jesteś dzielną kobietą, jeśli potrafisz oprócz opieki nad dwójką dzieci, jeszcze pracować w domu! Myślę, że wszystkie mamy takie myśli jak Ty, po prostu nikt nie powie tego głośno. A już na pewno w rozmowie w cztery oczy, nie mówimy tego innym mamom, żeby nas przypadkiem nie wzięły za wariatki. A może przydałoby się trochę szczerości pomiędzy nami – mamami, nie tylko w internecie…
    W każdym razie nie martw się, dzieciaki będą coraz większe, pójdą do szkół, będą samodzielne. I zaczniesz znajdywać coraz więcej czasu tylko dla siebie, będziesz miała siłę na pracę czy na cokolwiek innego niż dzieci.

  5. Mam tak samo jak Wy,czasem znoszę to lepiej a czasem gorzej, albo po prostu tak mi się wydaje.Gonię,pędzę,dwoję się i troję by wszystko było jak należy, i nagle trach – jeden i drugi foch młodzieży wytrąca mnie z równowagi,później godzinami przetrawiam wyrzuty sumienia i obiecuję sama sobie że będzie lepiej…różnie wychodzi czasem lepiej,czasem gorzej.Wyćwiczyłam mojego wewnętrznego suflera, który w gorszych momentach ma mi podpowiadać mantrę "odpuść są ważniejsze rzeczy ". Po 9 latach bycia mamą, wiem że wyrzuty sumienia "złej mamy" wcale mi nie pomagają, ani niczego nie zmieniają, za to zabierają energię i wolę walki o to by wciąż nie powtarzać tych samych błędów. Nie jestem idealna i nigdy nie będę,z tym też się już pogodziłam,nie jestem robotem i tak jak moje dzieci mam prawo do gorszego dnia,emocji i pomarudzenia.Nie będę się spalać,umartwiać by dogonić coś tak bardzo nierealnego 😉 moje dzieci i tak mnie kochają 😉

  6. Znam to doskonale! Dziewczyny łączę sie z Wami pod tą ścianą, choć mi juz nie chce się o tym mówić, pisać… też mam dwóch chłopaków z małą roznica wieku. Obaj ze mną w domu. Kocham ich nad życie a jednocześnie mam czsem ochotę zwiać przez okno 😉

  7. Ja mam dwa szkraby córeczkę 4,5 i synka 1,2 pracuję w przedszkolu w 2-latkach. Kocham moją rodzinę uwielbiam moją pracę czuję misję i się w niej spełniam, ale padam ze zmęczenia. Dziś powiedziałam o tym koleżankom z grupy (jedna nie ma dzieci, a druga ma już dorosłe) że teraz jestem najszczęśliwsza w życiu, ale tego tak po mnie nie widać, bo jestem zmęczona. Chwytam każdą chwilę, przytulam i swoje domowe i swoje przedszkolne dzieci, ale czasem jak dadzą czadu to myślę że głowa mi pęknie i oszaleję. Godzę je, pomagam opanowywać emocje (bunty dwulatka) wściekam się, ganiam, wygłupiam, głaszczę, przytulam. A czasem wracam do domu kładę się na dywanie i leżę i myślę że nie podniosę się już nigdy 😉 Ale za nic nie oddałabym swojego życia, kocham moje skarby, nigdy nie chciałabym innej pracy i jestem najszczęśliwsza na świecie 🙂

    • To jest prawdziwe powołanie do pracy z dziećmi! Ja czasem jak wyjdę z domu, to marzę żeby znaleźć się w strefie "kids free" 😉

  8. Ja po macierzyńskim wróciłam do pracy, tęsknię potwornie od ponad trzech lat. Każdego dnia wolałabym zostać w domu i być z dzieckiem albo być dla dziecka, korzystam więc z każdej wolnej chwili po pracy, choć w tygodniu nie ma ich wiele. Coś za coś…

  9. Ja pod ścianą byłam przez cały pierwszy rok mojego macierzyństwa, dzień w dzień. A teraz z tym walczę, wiem, że muszę z tym walczyć. Mamy dzieci po to, żeby one były naszą radością, a nie utrapieniem. Ta myśl bardzo często mnie ratuje. I jeszcze to, że nie ma matek idealnych. To cholerny mit!

    • Masz rację. I takie głosy jak Twój, Kasi i wszystkich Was (nas), są potrzebne młodym mamom. Żeby wiedziały, że to nie ich wina, nie są słabe, nie zawiodły. Macierzyństwo po prostu bywa cholernie trudne.

  10. Eh… chyba każda z nas mogłaby się podpisać pod tym listem. Ja mam 1,5 roczną córkę. Oboje pracujemy, na miejscu jest tylko jedna babcia, ale też pracuje. W związku z tym niewiele może nam pomóc. Dziecię chodzi do żłobka, do tego musimy mieć opiekunkę, która odbierze młodą ze żłobka. Żyjemy w wiecznym pędzie. Z pracy szybko trzeba wrócić do domu, zając się dzieckiem, przygotować jakiś obiad na następny dzień itd.
    Ogromną radością był dla mnie powrót do pracy. Mogę odciąć się na 8 godzin i myślę o wszystkim, tylko nie o domu. Mimo wszystko momenty załamania dalej się pojawiają. Wieczne zmęczenie daje się we znaki. Jakoś sobie z tym radzimy. Wsparcie partnera jest bardzo ważne. Kiedy widzi, że już mam dosyć daje mi czas dla siebie. Nawet samotny spacer może rozjaśnić umysł i od razu lepiej się czuję.
    Kasiu, może poproś o wsparcie swoje koleżanki? Może udałoby Ci się z ich pomocą wygospodarować dla siebie godzinkę co jakiś czas? Życzliwe osoby podadzą Ci pomocną dłoń, ale musisz im o tym powiedzieć.

  11. I wszystkie mamy tak samo. Pracujace, czy nie. Kolor miesza sie z szaroscia. I pozwolmy sobie na to. Czasami.

  12. I wszystkie mamy tak samo. Pracujace, czy nie. Kolor miesza sie z szaroscia. I pozwolmy sobie na to. Czasami.

  13. Szkoda sił na walkę o uciekający ideał żurnalowego domu. Dopóki bakterie z podłogi nie łączą się w złożone stwory z wielkimi zębami, to nie widzę problemu. Siły wolę zachować na czas z dziećmi niż na sprzątanie czy co tam jeszcze trzeba zrobić.
    Jasne, że trudno śmiać się i podskakiwać z dzieciakami kiedy prawie rzygasz ze zmęczenia i niewyspania. I trudno też tłumaczyć sobie, że jeszcze kilka lat i trochę odetchniemy. Najłatwiej byłoby powiedzieć, że to wszystko kwestia odpowiedniej organizacji dnia:) tylko niech mi ktoś tę organizacje przyniesie i pokaże jak się nią posługiwać:) bo ja, to sorry, nie ogarniam:)

    • Jak już Ci przyniosą, to podeślij wiaderko tej organizacji. Przyda się i u mnie 😉

  14. Wiesz chyba każda z nas tak czasem ma….Że brak sił, że chciałybyśmy się poddać… Tym bardziej, że wokół tyle pozornie idealnych mam…
    Ja ideałem nie jestem i nie dążę do niego. Jestem sobą i to sprawia mi największą radość.

  15. Chyba nie ma żadnego patentu na niedoświadczanie tego typu sytuacji – samo życie. To, czego udało mi się dokonać ( po latach szarpaniny), to wypracowanie mechanizmu obronnego, który nie pozwala mi postradać zmysłów w tej codziennej zawierusze. Jeśli czuję, że walę głową w ścianę, to po prostu wychodzę. Gdzieś. Z kimś. Rozmawiam, relaksuję się, zapominam o codziennych problemach i wracam z innym nastawieniem. Brzmi łatwo, ale na początku nie było to wcale łatwe, bo nie potrafiłam zatrzasnąć za sobą drzwi – wciąż roztrząsałam różne domowe sprawy gdzieś z tyłu głowy. Teraz nie ma już z tym najmniejszego problemu – po prostu zostawiam wszystko za sobą. Oczywiście wymaga to zorganizowania często karkołomnej logistyki, bo dwójka dzieci musi być w tym czasie zaopiekowana, ale – mimo wszystko – naprawdę warto to robić.

    • To wydaje się łatwe, tylko z daleka, tylko komuś kto nie zna "blasków i cieni" macierzyństwa.
      Dobrze, że znalazłaś swój sposób, ja chyba jeszcze szukam.

    • To wydaje się łatwe, tylko z daleka, tylko komuś kto nie zna "blasków i cieni" macierzyństwa.
      Dobrze, że znalazłaś swój sposób, ja chyba jeszcze szukam.

Write A Comment