„Od dziś świat nie będzie już taki sam” – usłyszałam w radio po zamachu w Paryżu.

Kiedyś w to wierzyłam. Ciągle słyszę, że jestem naiwna, ale naprawdę wierzyłam, że można zmienić świat w skali globalnej. Że po niektórych wydarzeniach nie można wrócić do poprzedniego stanu rzeczy.
W 2001roku studiowałam dziennie i pracowałam jako kelnerka w bardzo eleganckiej restauracji. 11 września akurat miałam zmianę. Moja przyjaciółka była wtedy 
w Waszyngtonie. Pamiętam jak sparaliżowała mnie informacja o ataku. Jak biłam się 
z myślami czy dzwonić do jej mamy, a potem jej głos. Pamiętam jak czekałyśmy na informacje co z Waszyngtonem? Nie miał mnie kto zastąpić, na szczęście był mały ruch. 
Kiedy umierał Jan Paweł II –  byliśmy jednością. Widziałam łzy w oczach ludzi, którzy kościoły omijają z daleka. Razem paliliśmy świeczki, wiedzieliśmy że czujemy to samo, przeżywaliśmy wyjątkową wspólnotę. Wszyscy podziwialiśmy człowieka, żałowaliśmy że odchodzi. Pamiętam jak bratali się wtedy politycy, jak obiecywali porozumienie, podawali dłonie i wymieniali uściski.
Katastrofa Smoleńska wstrząsnęła wszystkimi. Wydarzyła się rzecz nie do pojęcia. Sama nie mogłam w to uwierzyć, bo takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Moja mama specjalnie przyjechała do Warszawy, by stać kilkanaście godzin w kolejce, w nocy i w zimnie. 
Tak jak wielu innych chciała pożegnać Parę Prezydencką. I znowu obietnice, postanowienia, ba! Stwierdzenia, że teraz będzie inaczej, że razem, że nowa jakość… Słowom i gestom nie było końca. A ja wierzyłam, bo takie rzeczy się nie dzieją, skoro więc nas spotkały, to coś musi się zmienić.
Teraz Paryż. Współczujemy. Boimy o swoje dzieci, swoje rodziny. Gniewamy się.  Świat stał się okropnym miejscem – myślimy. Świat powinien się zmienić. 
Obracamy te emocje przeciw uchodźcom. Ludiom, którzy też są ofiarami terroryzmu. Ludziom, którzy uciekli z kraju w którym od 4 lat toczy się regularna wojna jakiej nie znamy. Wojna w której zginęło ponad 215 tysięcy ludzi, w tym dziesiątki tysięcy cywili, również dzieci.
Co jakiś czas dzieją rzeczy smutne, złe, nieprawdopodobne. Wzruszamy się. Myślę nawet, 
że szczerze wierzymy w to, że świat będzie inny. Tyle, że świat to my.
A my jesteśmy tylko ludźmi. Po wielkiej tragedii targają nami emocje, czy też hormony – jak wolisz. Jesteśmy na haju, a haj ma to do siebie, że trwa krótko i  jeśli nie dzień, to tydzień później: 
– Ja już Panu ręki nie podam!
– Gdzie jedziesz, Ty głupku!!!
– Polska dla Polaków!
– Pan tu nie stał!
– Spalić tęczę!

Co ciekawe zmieniać świat chcemy zawsze po wielkich tragediach. Kiedy natomiast wydarzy się coś naprawdę dobrego – świętujemy chwilę i przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Jakby nam się lekarstwo na grypę należało, jakby przeszczep serca, czy twarzy był oczywistą opcją. A przecież to dobro zmienia świat. Jeśli oglądaliście film „Bogowie”, wiecie co mam namyśli.  To dzięki  odkryciom nauki, wielkim zmianom jakich dokonują mądrzy ludzie świat naprawdę się zmienia i nie jest już taki sam.


Nikt niczego nie obiecuje, to się po prostu dzieje.
Dziś ciągle jestem naiwna, tyle że świat zamieniłam na podwórko. Nie słucham już obietnic
i postanowień z telewizora, ale zależy mi żeby choć jeden rodzic zrozumiał, że klaps to też bicie, że w ciąży trzeba zapinać pasy i że trzeba pomagać, bo zwykły Miś może zmienić czyjś świat. Dlatego o tym piszę, tyle mogę zrobić.

Author

6 komentarzy

    • Aż musiałam sprawdzić, czy omyłkowo nie opublikowałam jakiegoś innego tekstu! 🙂
      Skąd Ci to przyszło do głowy!? 😀

    • Marta, to nie błąd, to marzenie – po prostu chciałabym być na studiach w 2010 😉
      (poprawione – dzięki!)

  1. "Dlatego o tym piszę, tyle mogę zrobić…". – a to już bardzo dużo! Im więcej mam (rodziców) z takimi przemyśleniami tym jest szansa, że "jutro" będzie lepiej! Wychowujemy przecież kolejne pokolenia!

Write A Comment