Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego lubię święta. Czekam na nie, cieszę się że to już niedługo. Ten czas kojarzy mi się ze spokojem, blaskiem świec, czerwonym kolorem, radością, uśmiechem…

DLACZEGO?!
Skąd to mi się wzięło?!
Chyba z reklam, bo raczej nie z życia.
W życiu nie ma spokoju. Wszystko dzieje się w biegu, w pędzie wręcz. Byle  zdążyć z udekorowaniem domu, z pieczeniem pierników, ze sprzątaniem (koniecznie z  myciem okien i  szafek kuchennych). Prezenty wymyślić, znaleźć, kupić, zamówić, odebrać.
Wszystko z uśmiechem na ustach i świąteczną piosenką w tle.
Potem jeszcze tylko przetrwać w supermarkecie. Wytrzymać w Ikei. Znieść jakość tabuny ludzi, nie ofukać kasjerki, której na bank skończy się taśma na kasie, nie rzucić się do gardła tej osobie z tyłu, która uparła się zaparkować swój wózek z zakupami w moim tyłku.  Przecież są  Święta.
Ma być magia więc wieszam światełka z Ikei i zmywam te szafki kuchenne do 5 nad ranem. Bo sobie wymyśliłam, że jak dzieciaki wstaną, to zobaczą „święta” i będą mieć fajne wspomnienia.
Pierniczki robimy z dziećmi oczywiście. Wycinanie i dekorowanie to najlepsza zabawa. Tyle, że trzeba z góry założyć sobie cel, żeby się nie denerwować. Albo się chce, żeby dzieci robiły pierniczki, albo żeby pierniczki były zrobione.  Te na upominki i na choinkę z uśmiechem, przy dźwiękach kolęd i blasku świec powstają za sprawą magii świąt – nocą. Tych dzieciowych wyszło z pięć, bo im się  znudziło wycinanie i mymłanie ciasta. Wszystkie zjedli.
Już można ruszać w drogę. Mieszkamy w trójkącie, co z tego że nie bermudzkim. My ma czubku, część rodziny na lewo, część na prawo. Nijak po drodze do nikogo nie mamy.
Można się cieszyć, bo przyjeżdżamy na gotowe, cała robota w kuchni nas omija, ale dojechać trzeba. A to nie są małe odległości. Wszędzie nas oczekują i my wszędzie chcemy być, napinamy się więc i jeździmy. Połowa świąt za stołem, połowa za kierownicą.
Właśnie stół. Tradycja biesiadowania – nie mylić z terrorem, choć czasem trudno. Znacie to spojrzenie: „nie jesz, znaczy nie kochasz”?
Trudno wytłumaczyć mamie, że święta nie polegają na umęczeniu się i wydaniu odpowiednio dużej kwoty. Prawie nie będzie nas w domu bo do rodziny idziemy, słoików nie zabierzemy, bo jedziemy dalej w trasę i chcielibyśmy oglądać ją wypoczętą, a nie umordowaną.
Co roku próbuję, co roku mi się nie udaje.
A kiedy już jesteśmy w rozjazdach, siedzimy za stołem, to naprawdę jest miło. To jest ten moment w którym wiem, że jest sens jechać te X kilometrów, choćby po to żeby zobaczyć niektórych raz do roku i śmiać się i rozmawiać jakbyśmy widzieli się wczoraj.  Znowu ktoś zacznie śpiewać kolędę fałszując okropnie, a i tak reszta dołączy. Znowu przynajmniej jeden tekst będzie wart zapamiętania, bo płakać będziemy wszyscy ze śmiechu. I oczywiście wspominać będziemy i wypominać, kto co palnął rok temu płacząc ze śmiechu. Rodzina nie zapomina 🙂
Kiedy wreszcie dotrzemy do własnej kanapy, padniemy ze zmęczenia po tym wypoczynku. To jest ten moment, kiedy obiecuję sobie, że w przyszłym roku będzie inaczej. Nie jedziemy. Zostajemy, zapraszamy do siebie i po kryjomu  zamawiamy catering.
A tak naprawdę to od lat moim największym świątecznym marzeniem jest wyjechać na święta. Złożyć się całą rodziną i wynająć dom. Najlepiej w górach, żeby mieć śnieg w pakiecie. Żeby wszyscy byli w jednym miejscu, razem ubierali choinkę, nakrywali do stołu, wyszli na spacer. Bo byłby na to czas.
Hmm.. Nawet gdyby udało mi się ogarnąć logistykę, zorganizować transport dla wszystkich, znaleźć odpowiednie miejsce to i tak pewnie miałabym kłopoty z przełamaniem filozofii. To nic. mam czas, cierpliwość i talent do wiercenia dziury w brzuchu. Jak nie w tej dekadzie, to w następnej, ale zrobię to.
A jakie są Wasze świąteczne marzenia?
Author

3 komentarze

  1. Aż się zmeczylam jak to przeczytałam. Najwyraźniej Święta to wyzwanie logistyczno-organizacyjne i dużo przygotowań. Przedświątecznej gorączki nie znoszę i unikam jak ognia. Prezenty gromadzę od października, bo nie cierpię kupować na ostatnią chwilę i droższe (tak, tak, w grudniu ceny są wyższe). Dom ozdabiam stopniowo bez spinki. Nie myje okien na Święta, bo mam ich 38 plus jedno na całą ścianę domu. Szafek też nie myje, ponieważ staram się tu utrzymywać porządek na bieżąco. Mam to szczęście, że zawsze wyjeżdżamy, więc nie muszę stać nad garami. Jedziemy tylko w jedno miejsce, nie przemieszczamy się po to właśnie, żeby odpocząć, pobyć z bliskimi i spokojnie pogadać. Święta w stylu slow? O tak 🙂
    Pytasz o moje marzenie? Od lat to samo. Wyjechać z bliskimi (rodzina i przyjaciele) gdzieś daleko, wynająć wielki dom w górach z oknami na zasniezony las iglasty, słuchać trzaskow palacego się drewna w kominku, niekończących się rozmów, śmiechu i tupotu małych dziecięcych stópek.

  2. Moje marzenie podobne do Waszego…z małą różnicą wybudować drewniany dom pod lasem, przeprowadzić się tam i spędzić piękne święta u siebie w drewnianym domu z kominkiem i szczęśliwą kochająca się rodziną 🙂

  3. A wiesz… Ja to nawet się cieszę, że mam taką swojego rodzaju motywację do sprzątania i ogarniania wszystkiego 😉 Włączam sobie te świąteczne hity, od lat te same, i tak sobie spędzam ten okołoświąteczny czas, radośnie. Tobie też tego życzę – radości! 🙂

Write A Comment