Author

Eliza

Browsing

Egzamin z rodzicielstwa

Gdyby ktoś mnie zapytał jak to się stanie, powiedziałabym że to ja wybiorę moment. Sama zacznę tą rozmowę, ale przedtem przeczytam odpowiednią książkę, artykuł, poznam zdanie ekspertów i innych matek. Porozmawiam z jej tatą i ustalimy wspólną wersje. Będę przygotowana.
Wyszło (jak zwykle) inaczej.
Pierwszy raz rozmawiałyśmy o śmierci, kiedy miała niecałe 3 lata.
Podczas letniego spaceru na rozgrzanym asfalcie leżała rozjechana żaba. Postanowiłam nie kłamać.
– Co to?
– Żaba.
– A dlaczego nie jest zielona?
– Bo nie żyje.
– Dlaczego?
– Bo przejechał ją samochód. – obok stała zaparkowana ciężarówka.
– Dlaczego?
– Bo to jest ulica, po ulicy jeżdżą samochody. Żabka szła po ulicy, nie uważała i przejechał ją samochód.
– Dlaczego?
– Bo samochód jest duży, nie zauważył małej żabki.
– Dlatego teraz jest czarna?
– Tak.
– To musi iść do lekarza i pani doktor ją wyleczy i znowu będzie zielona.
– Nie Nelciu. Ta żabka już nigdy nie będzie zielona. Już nie będzie skakać, ani kumkać, ani pływać.
– Dlaczego?
– Bo kiedy, komuś stanie się duża krzywda to umiera.
– Ona zawsze będzie taka czarna i brzydka?
– Tak.
– Możemy ją zabrać?
– Możemy zabierzemy ten kamyk?
– To ja go schowam do kieszeni.
Temat żabki wrócił jeszcze kilka razy, a ja powtarzałam podobne odpowiedzi. Potem ucichło.
***
– Co znowu? – pomyślałam jakiś rok później, kiedy Nelka grymasiła nad zupą. Tym razem twierdziła, że się boi. Słuchałam jej jednym uchem, zajęta trzema innymi rzeczami. Słyszę jednak, że się nakręca i zaraz będzie płacz. Siadam więc obok.
– Jak to się boisz? Zupy się boisz? Pokarmić cię?
– Ja się boję, że mama i tata umarnie.
!!!
– Neluniu, my nie zamierzamy umierać, postaramy jeszcze bardzo długo żyć. Chcemy zobaczyć jak urośniesz, chcemy poznać dzieci Twoje i Jasia i pojechać z wami nad morze…
– Nigdy nie umarniecie?
– Kiedyś umrzemy, ale będziemy się bardzo starać, żeby to było za bardzo, bardzo dużo lat.
– Ja nie chcę! – płacz. Nie foch, tylko prawdziwy smutek i strach. Żal i łzy.
W gardle rosła mi gula, a w głowie pojawiła się POKUSA. Ogromna chęć uspokojenia mojego dziecka. To byłoby łatwe. Wystarczyło powiedzieć:
„Obiecuję Kochanie, że nigdy nie umrzemy i zawsze będziemy razem.”
Wiedziałam, że na to czeka. Przestałaby płakać, uspokoiła się i zjadła zupę.
Uwierzyłaby mi, bo chciała przestać się tym martwić. Uwierzyłaby bo zapracowałam na jej zaufanie.
Jeżdżeniem po lody – bo obiecałam na deser, a te z lodówki zniknęły. Nocnym szyciem sukienki, bo obiecałam, że na jutro będzie. Ale skoro w prozaicznych sprawach tak bardzo pilnuję, by dotrzymywać słowa, to czy w naprawdę ważnej kwestii mogę skłamać?
Znowu postanowiłam nie kłamać, ale tym razem było dużo trudniej.

To nie był gest odwagi, wręcz przeciwnie, stchórzyłam. Przestraszyłam się tego, co bardzo mało prawdopodobne.
Co jeśli jutro lub za tydzień odejdę? Najsilniejszym wspomnieniem jakie po mnie zostanie będzie to, że ją okłamałam.
Albo ja zostanę, ale coś się stanie Tacie. A przecież obiecałam.
Czy mi wybaczy? Czy ja będę potrafiła spojrzeć jej w oczy? Czy Ona będzie umiała mi zaufać?
Pewnie nic się nie stanie. Po prostu urośnie i dowie się, że jedyną pewną sprawą w życiu jest śmierć.
A potem przyjdzie czas na inne ważne pytania. Czy zada je mi, czy poszuka odpowiedzi u kogoś innego?

– Ja się boję, że jak Wy będziecie aniołami, to zostanę sama. Nie chcę być sama! – szloch.
– Nie będziesz sama. Zawszę będę obok Ciebie. Tu na Twoim ramieniu. Będę pilnować, żebyś miała piękne sny i żebyś spotykała dobrych ludzi…
– Nie chcę, żebyś była aniołem. Nie lubię aniołów. Nie mają nóg!
– Przecież nie wiemy, co mają pod sukienką 😉 Za to mają piękne długie włosy i skrzydła.
– Też będziesz miała skrzydła?
– Mam nadzieję…
– Ja nie chcę! Proszę Cię, nie umieraj…
Tak z przerwami do wieczora, do samego zaśnięcia, płacząc i trzymając mnie za rękę prosiła moja 4-letnia córeczka. Ja łykając łzy powtarzałam, że zawsze będę ją kochać i wcale nie zamierzam umierać.
Chciałam, żeby nie była już smutna, żeby przestała się bać i martwić. Jest na to za mała przecież. Chciałam, żeby zasnęła spokojnie.
Tak bardzo chciałam jej obiecać, ale wybrałam inaczej.
Myślałam, że znam trud macierzyństwa. Smak zimnej kawy, nieprzespane noce, obolałe piersi, brak czasu dla siebie, poczucie zagubienia i wieczna niepewność: czy podać już gluten, zdjąć czy założyć czapeczkę.
Nie jest trudno być z dzieckiem, kiedy jest chore i słabe, kiedy potrzebuje naszej troski i miłości. Nie jest trudno być z dzieckiem, kiedy koledzy nie chcą się z nim bawić. Nie jest trudno, mimo płaczu, odmówić kąpieli w basenie w najbardziej upalny dzień roku, bo dopiero wyleczyliśmy ucho. Bywa ciężko, bywa że sił nam brak i serce pęka, ale tak naprawdę wiemy jak trzeba postąpić.

Trudno jest dopiero wtedy, kiedy musimy zmierzyć się sami ze sobą, by nie pójść po linii najmniejszego oporu.
Pewnie można było to rozegrać lepiej, ale zrobiłam co w mojej mocy. Tego wieczora spoglądałam w lustro bez wyrzutów sumienia, a następnego spisałam naszą rozmowę.

Matka publiczna, czyli o karmieniu piersią słów kilka

Sama nie wiem, który to już raz przetacza się przez sieć dyskusja na temat publicznego karmienia
piersią. Z jednej strony sporu mamy estetów/obrońców moralności, którzy chcą oglądać tylko piersi,
z którymi są związani emocjonalnie. Ewentualnie z własnej nieprzymuszonej woli, przed ówczesnym
ostrzeżeniem. Najlepiej w muzeum, lub na filmach dla dorosłych.
Nie dziwię się, na filmach są ładniejsze.
Z drugiej zaś strony matki karmiące, lakto-terrorystki, które życzą sobie nieograniczonego prawa
do karmienia piersią zawsze i wszędzie.
Moim zdaniem, całe to bicie piany jest trochę bez sensu, bo rozwiązań jest przynajmniej kilka
i to łatwych. A w dodatku tanich, znacznie tańszych niż proces sądowy. Wystarczy odrobina dobrej woli
obu stron.
Zanim jednak oszczędzę społeczeństwu wydatków i cennego czasu, w kilku słowach przybliżę moje poglądy:
1. Wierzę, że mleko matki jest najlepsze dla dziecka. Świadomie piszę „wierzę”, a nie „wiem”,
bo choć czytałam i uczyłam się dużo na ten temat, to uważam jest to jeden z tematów,
który podobnie jak ludzki mózg, nie jest wystarczająco dobrze zbadany i daleko nam do poznania
całej prawdy o nim.
2. Uważam, że zapraszanie do toalety w celu nakarmienia dziecka, jest skandaliczne i poniżające
dla zapraszającego.
3. Mam kłopot z kilkuletnimi dziećmi karmionymi piersią. To temat na inny, długi wpis,
ale takie sytuacje zawsze wprawiają mnie w zakłopotanie mieszane z niezdrową ciekawością. Trochę
chciałabym popatrzeć, trochę się krępuję, trochę czuję, że to nie na miejscu…
4. Jako matka jestem absolutną zwolenniczką „miejsc bez dzieci”.
5. Uważam, że podstawy kultury osobistej obowiązują każdego, a troska nie tylko o własny
komfort, ale i otoczenia sprawiają, że żyje się przyjemniej.
6. Wyznaję zasadę: wolność jednego człowieka kończy się tam,
gdzie zaczyna się wolność drugiego.
A teraz to, na co wszyscy czekają, czyli garść praktycznych porad i gotowych rozwiązań, które
sprawią, że wspólne funkcjonowanie w świecie, w którym kobiety karmiące wychodzą z domów
i to z dziećmi (!), a reszta społeczeństwa nie ma mdłości na ich widok, przez co nikt już nie wie,
czy przypadkiem nie jest w ciąży i za chwilę sam nie zacznie szczuć cycem, jest możliwe i…
No dobra. Poniosło mnie trochę. Do rzeczy.

Jeśli jesteś przeciwnikiem publicznego karmienia piersią – ta część jest dla Ciebie.

Na początek, wyjaśnijmy sobie podstawy.
Dlaczego matka musi nakarmić dziecko?
Pierwszy powód jest oczywisty, nawet dla najbardziej zagorzałych lakto-sceptyków:
bo dziecko jest głodne.
Tylko co z tego?
W sumie to problem dziecka, no może jeszcze matki. Często zapomina się jednak, że głodne dziecko
znaczy złe dziecko. Złe dziecko, to głośne dziecko. A to już dotyczy wszystkich w pobliżu.
Jasno z tego wynika, że publiczne karmienie odbywa się niejednokrotnie, w obronie komfortu wielu
osób, które przebywają w otoczeniu matki.
Co istotne, potencjalny dyskomfort związany z oglądaniem kobiety karmiącej piersią, dotyczyć będzie
garstki osób, hałas zaś zbierze dużo większe żniwo. Matematyka, zatem również przemawia
na korzyść karmiących.
Poza tym, łatwiej odwrócić wzrok, niż zatkać uszy.
Ale jest jeszcze drugi powód, może nie tak oczywisty: kobieta karmiąca produkuje pokarm.
Ogólnie rzecz ujmując jest on gromadzony w budzących tyle kontrowersji piersiach, które muszą być
co jakiś czas opróżniane. W przeciwnym wypadku plamią ubranie, a nawet… uwaga: bolą.
To nie jest ten rodzaj bólu, kiedy widzisz świat na żółto i musisz natychmiast iść do toalety.
To prawdziwy, dotkliwy ból.
Jeśli więc w nosie masz dobrostan dziecka, bo i tak małe i nie będzie pamiętać, to miej przynajmniej
litość nad matką…
A poważnie: dlatego nie zawsze można nakarmić dziecko butelką, geniuszu!!!
Skoro już wiemy, że i dziecko i matka i ich otoczenie potrzebują, by karmienie się odbyło,
zajmijmy się
miejscem.
Tu o uwagę proszę wszystkich, którzy uważają, że karmienie dziecka może/powinno
odbywać się w toalecie.
Come on…
Serio zaprosisz, kogoś na posiłek do toalety?
Do TOALETY?!
PUBLICZNEJ!
Do toalety, która nie zawsze jest pachnąca różami (szczerze – bardzo rzadko jest). Do toalety, z której sama często mam opory korzystać. Do toalety, w której nie wiesz, co robi ktoś w kabinie obok. Albo, co gorsza, wiesz. Nie wiesz, kto był tu przed Tobą. Nawet jeśli owa toaleta jest luksusowa, a kontrole czystości odbywają się tam regularnie, to nazywając rzecz po imieniu, jest to TOALETA. Ktoś, ktoś tu przed chwilą robił kupę.
Nawet, jeśli wszyscy w promieniu kilometra przestrzegają zasad higieny i myją ręce, to… Po wszystkim, ktoś musiał wyjść z kabiny i dotykał klamki nieumytymi rękami. Skąd to wiem?
Bo zazwyczaj w kabinie nie ma umywalki!
A teraz matka z małym dzieckiem, ma wejść do tej toalety i podać mu pierś.
Niezorientowanym wyjaśnię, że małemu dziecku sterylizuje się smoczki i gryzaki, zabrania kontaktów z zakatarzoną rodziną i prasuje nawet skarpetki. Matka z dzieckiem na ręku i torbą z jego osprzętem na ramieniu, ma małe szanse na umycie rąk. Zresztą… patrz wyżej: w kabinie nie ma umywalki!
Nawet jeśli jest, to nie ma gdzie dziecka odłożyć. Chyba, że na toaletę.
Jeśli więc jesteś kelnerem, restauratorem, właścicielem stacji benzynowej, sklepu, naczelnikiem
urzędu, czy innego przybytku i nie życzysz sobie publicznego karmienia piersią na Twoim terenie,
to uczciwie będzie jeśli:
1. Zorganizujesz odpowiednie pomieszczenie, lub dyskretne miejsce, w którym można godnie,
bezpiecznie i zgodnie z zasadami higieny nakarmić dziecko.
2. Na drzwiach wejściowych umieścisz odpowiednią informację, aby młoda matka karmiąca
i osoby jej towarzyszące tu nie zabłądziły.
3. Jeśli jednak zabłądzą poinformujesz uprzejmie przy podawaniu menu, przed złożeniem
zamówienia, czy inną formą skorzystania z usług płatnych, jakie zasady obowiązują w tym
miejscu.
Podpowiedź: Matkę łatwo poznać po dziecku. Im jest mniejsze tym częściej bywa głodne.

Jeśli jesteś, lub będziesz matką karmiącą – ta część jest dla Ciebie.

Po pierwsze nie daj się. Od samego początku nikomu się nie daj.
Nie daj się tym, którzy terroryzują Cię dobrem dziecka i zmuszają do karmienia piersią, choć tego nie czujesz. Jeśli chcesz karmić, to nie daj sobie wmówić, że nie możesz, nie umiesz, dziecko nie umie, masz za mało pokarmu, itd., itp. Przysięgam, że warto o to zawalczyć, bo jest możliwe. [Tu kiedyś będzie link, do wpisu na ten temat].
Nie daj się zamknąć w domu. Nie daj sprowadzić się do roli smoczka, butelki, nosidełka.
To prawda, że dziecko wiele zmienia, ale to mogą być zmiany na lepsze. Zwłaszcza, póki masz jedno dziecko… Korzystaj dziewczyno! 
Wiem, że kontakt z noworodkiem, ta miłość, którą czujesz, ten zachwyt, ta więź jest niesamowita i strasznie silna. Za rok, może dwa zrozumiesz jednak, że nie wszyscy to czują, zwłaszcza w stosunku doTwojego dziecka. To nie kpina. Niby się o tym wie, a jednak zawsze dziwi odkrycie, że moje dziecko nie jest wyjątkiem, geniuszem, ósmym cudem świata.
Wychodź, więc do ludzi. Spotykaj się koleżankami, ale panuj nad instynktem macierzyńskim i pamiętaj, że to dla Ciebie świat się zmienił, dla świata zmieniło się niewiele…
Oto moja garść dobrych rad dla Ciebie:
1. Zaplanuj odpowiednio wyjście z domu.
2. Dziecko niczym Pan Bóg, prawdopodobnie wyśmieje Twoje plany, z góry więc załóż, że będziesz musiała karmić.
3. Nie zakładaj, że wszyscy muszą radośnie akceptować Twoje karmienie i licz się z tym, że możesz trafić do miejsca, gdzie nie jest to mile widziane. Możesz się z tym nie zgadzać, ale tak jest.
4. Ubierz się odpowiednio. Kombinezon z golfem, czy długa sukienka ze stójką, choćby były krzykiem mody i mus-have sezonu nie są odpowiednie na tą okazję.
Wiem, że moda dla karmiących jeszcze czeka na swoją Coco, ale nie tylko ten specjalistyczny sprzęt się nadaje. Wystarczy, że dasz radę podać pierś dziecku, szybko i sprawnie. Bez konieczności odsłaniania przy tym brzucha, drugiej piersi i przestawiania sobie stawu barkowego.
5. Na ile to możliwe – zbadaj teren. Jeśli zamierzasz wybrać się do restauracji, czy kawiarni upewnij się przed złożeniem zamówienia, że będziesz mogła nakarmić tu dziecko. I gdzie. Jeśli jest pokój do karmienia (o luksusie!) sprawdź czy pod tą nazwą, nie kryje się np.: toaleta dla niepełnosprawnych, albo składzik na miotły. Zapytaj wprost. To najprostsze wyjście.
6. Miej przy sobie pieluszkę tetrową, chustkę, czy szal. Jeśli przy karmieniu odsłaniasz za dużo, zawsze będziesz mogła się przykryć.
Tak jak nie pojmuję, jak można wysłać matkę karmiącą do toalety, tak nie rozumiem oporu przed zasłanianiem się. Nie ujmuje mi to w niczym. Nie cierpi na tym moja godność, ani komfort. Mogę zrobić to tak by było wygodnie mi i dziecku.
To zdrowy kompromis. Nie wszyscy muszą chcieć oglądać mój biust, czy nawet sytuację karmienia. Co by nie mówić, piersi to intymna część ciała. Karmienie to sytuacja poniekąd osobista. Ja też nie wszędzie i nie zawsze chcę oglądać całujących się namiętnie zakochanych.
7. Jeśli karmisz, w między czasie odbijasz dziecko, zadbaj przy tym o komfort osób, które są w Twoim otoczeniu.
Piszę o odbijaniu, bo to moment, w którym może przydać się ta pieluszka, czy szal do zasłonięcia.
Pomyśl o tym, że karmiąc piersią reprezentujesz nie tylko siebie. Jesteś przedstawicielką grupy społecznej, która jest zauważalna i budzi różnorodne uczucia. To jak zachowasz się tu i teraz, będzie miało wpływ na wizerunek nas wszystkich. Może zależeć od tego jak w przyszłości potraktowana będzie kolejna matka, której dziecko zgłodnieje „na mieście”.
Normy i zasady społeczne obowiązują nas wszystkich.
Tak jak można się lepiej lub gorzej zachować przy stole: mlaskać, siorbać, trzymać łokcie na stole, albo używać odpowiednich sztućców, przeżuwać z zamkniętymi ustami i prowadzić miłą pogawędkę – tak można nakarmić dziecko piersią na dwa sposoby. Zbytnia ostentacja może razić.
Karmienie piersią w miejscach publicznych – TAK.
Publiczne karmienie piersią – NIE.

Zgadzasz się ze mną? -> UDOSTĘPNIJ

Niech inni poznają nasze zdanie.

Nie zgadzasz się? -> SKOMENTUJ

Chętnie poznam Twoje zdanie.
PS Zmiana pieluchy z kupą w miejscu publicznym – NIE.
PS’  Formy męskie i żeńskie w tekście zostały użyte tak, jak mi pasowało. Zdaję sobie sprawę, że z toalety,
w której odbywać się będzie potencjalne karmienie korzystają głównie kobiety, jednocześnie nie dyskryminuję i wiem, że wśród przeciwników publicznego karmienia są przedstawiciele obu płci.
Sądząc po komentarzach pod różnymi tekstami, to przeciwniczek jest chyba więcej.
Prawa do zdjęcia należą do: juanmabenito

Historie miłosne przedszkolaków

Miłość jest ślepa i nie zna się na kalendarzu, może dlatego zdarza się nawet w przedszkolu, czy bardzo wczesnej podstawówce 🙂
Prawie zawsze jest wtedy traktowana przez dorosłych z przymrużeniem oka i lekką pobłażliwością.
Bo taka szczenięca, niepoważna.
Tymczasem zdarza się,  że uczucie trwa dłużej niż kilka znajomych mi małżeństw. Sami zainteresowani bywają bardzo zaangażowani, a do okazywani uczuć podchodzą…  powiedzmy, że kreatywnie.

Dawno, bardzo temu w pewnej zerówce kochał się we mnie taki jeden – Damian.
Chłopiec duży, energiczny, pewny siebie.
Nigdy nie wyznał mi miłości prosto w oczy, ale pociął cały pasek swojego taty i kilka razy dziennie obdarowywał mnie półcentymetrowymi kawałkami tego paska z napisem „LOWE”.
Dostałam też wazonik w kształcie ryby  (stała na ogonie, a kwiatki wkładało się jej do pyska) i ogromne klipsy jego mamy.
Największy kłopot z tymi klipsami był. Moja mama była bardzo zaniepokojona i uparła się,  żeby wyjaśniać z mamą Damiana czy wie o tym prezencie.  Ato były moje pierwsze (i jak dotąd jedyne) klipsy!
Niestety niespecjalnie odwzajemniałam uczucie Damiana.  Dzieliła nas niezgodność charakterów. Byłam nieśmiała i nie wiedziałam co mam robić. Czułam się raczej onieśmielona i jakby osaczona.
Znacznie bardziej wolałam Krzysia, który ustawiał się ze mną w parze, jak ja był trochę  nieśmiały i bardzo miły.

 

 

Przeczytajcie historie miłosne przedszkolaków,
którymi podzieliły się ze mną i z Wami zaprzyjaźnione mamy.

Iwa, 4 lata

Mama: Czy Adrian i Darian byli dziś w przedszkolu?
Iwa: Byli. Już zdrowi.
M: Świetnie!
I: A wiesz, ja się mocno dziś do Dariana przytulałam.  Wiesz dlaczego ja się do niego tak przytulam?
M: Dlaczego?
I: Bo Go bardzo kocham.
M: A jak Ty go tak przytulasz, to on nie ucieka?
I: No… ucieka.  Ale jak mył ręce w łazience to ja się do niego przytuliłam i nie mógł uciec!

♥ ♥ ♥

Adaś

Kiedy miał 3 latka  był zaręczony z panią z baru wegetariańskiego. Lubił patrzeć, jak zmywa naczynia. Był jej wierny przez 4 lata, ale pani go zdradziła. Zaszła w ciążę z innym i wyjechała nad morze. Adaś, któremu właścicielka lokalu przekazała tę wiadomość, kiedy chciał odwiedzić narzeczoną, aż zaniemówił z wrażenia. Potem wyjąkał, że w takim razie nie może być już jego żoną ani mieć z nim dzieci, co było w planach. Jeszcze tego samego dnia poderwał sobie inną panią w podobnym wieku. I stwierdził, że może to dobrze, bo pani z baru mogłaby być za stara na dzieci, kiedy on będzie już zdolny do założenia rodziny.

♥ ♥ ♥

Paulina

Ja miałam narzeczonego w przedszkolu. Do dziś mam prezenty od Bogusia i nigdy nie zapomnę jak chciałam mu namalować farbą linię  z przedszkola do mnie, żeby mógł mnie odwiedzać:)  I wołał do mnie:  „Paulina ty moje kochanie”.

♥ ♥ ♥

Franek, 4 lata

Pytam Franka: Kto jest kobietą Twojego życia?
Oczekuję oczywiście odpowiedzi: Mama!  Ewentualnie: Igusia (siostra).
Franek: Ewa! (córka przyjaciół rodziny, też 4 latka)

Innym razem: Zrobisz walentynkę dla mamusi?
F: Nie! Dla Ewusi!

Kiedy Franio był chory i nie chodził do przedszkola,  Eka kazała przekazać mu 3 wycięte z papieru serduszka, bo bardzo za nim tęskniła.  Spał z tymi serduszkami pod poduszką.

Miłość na całego 🙂

♥ ♥ ♥

Ada, 3 lata

– Mamo, gdzie mój pierścionek??? ( płacz )
– Zgubiłam pierścionek, a wieczorem żenię się z tatą, Jak ja bez pierścionka ożenię się z tatą 🙁

♥ ♥ ♥

Mikołaj, 3 lata

Kocha Blankę.
Na pytanie dlaczego, odpowiada: „Bo ona jest elegantka, ma buty z księżniczkami i nosi koronę”.

♥ ♥ ♥

Jaś, 5 lat

Przyniósł z przedszkola list miłosny. Pisownia oryginalna:
„KOHAM ĆIE GDYM MOGŁA ĆI DAĆ 400 ZŁ TO BYM ĆI DAŁA MOCNO ĆIE KOHAM JUTRO JEST RANTKA”

♥ ♥ ♥

Olek, 2 lata

Mama: Lubisz Hanie?
O: Nie.
M: Czemu? Naprawdę nie lubisz Hani?
O:  Kochaaam Hanie! (rozanielony głos)

♥ ♥ ♥

Antek, 6 lat

Koleżanka z ławki miesiąc temu przyniosła do szkoły zaproszenia na ich ślub, dla każdego dziecka w klasie. Dla niego też miała, bo zapomniała go wcześniej poinformować. Wręczając mu zaproszenie powiedziała, że następnego dnia ma przynieść dla niej pierścionek.

♥ ♥ ♥

Malwina, 5 lat

„Mamo, wiesz że Krzyś jest moim narzeczonym? I Maksio też. I jeszcze Franek i Pawełek. Kocham ich wszystkich, ale najbardziej Krzysia i Franka. I zupełnie nie mogę się zdecydować, który ma zostać moim mężem!”

Jakiś czas później:
– Mamo wiesz, Krzyś już nie jest moim narzeczonym.
– Jak to?
– No tak. Krzyś jest teraz narzeczonym Wiktorii.
– A to Krzyś Ci tak powiedział
– Nie, Wiktoria.
– A co na ten temat powiedział Krzyś?
– Mamo, on chyba jeszcze nie wie. W tym tygodniu nie było go w przedszkolu.

Na wszelki wypadek dodam, że po fakcie Krzyś nie podzielił zdania Wiktorii 😉

♥ ♥ ♥

Tymek, 3, 5 roku

Zapytany o to, czy ma jakieś marzenia, odpowiedział:
– „Tak, zanocować w przedszkolu z panią M.
Kilka tygodni przed tym wyznaniem wyszeptal mi podczas zasypiania następująco: „Mamooooo, nie uwierzysz, co się stało (tu zachichotał), po czym kontynuował konfidencjonalnym szeptem) zakochałem się! W pani M.!”
Syn jest stały w uczuciach 🙂

Mój prawie 6-cio latek od roku zakochany w Darii. Nawet kiedyś dostał jajko niespodziankę, gdzie były pierścionki, więc postanowił sprezentować je ukochanej. Opowiadał, że podrzucił je do szuflady Darii, a potem ona pytała kto jej dał pierścionki .Wszyscy mówili ze to nie oni,więc domyśliła się ze to mój synuś i go przytuliła,podziękowała. Ciagle opowiada, jak się z Darią wita, żegna,bawi,broni jej. Nawet powiedział,że zbiera pieniądze na wesele:) Pyta mnie czy cieszę się ze będę babcią jak oni będą mieć dziecko. Ech.  Miłość kwitnie. Nie wiem co będzie od września,bo my chcemy iść do zerówki szkolnej, a Daria chyba zostaje w przedszkolu…

♥ ♥ ♥

Bartuś, 5 lat:

B: Mamo, mogę sobie wziąć twoją obrączkę?
M: Kiedyś będziesz miał swoją żonę i swoją obrączkę.
B: Taaak? A jaką?
M: Jak będziesz starszy, zakochasz się w jakiejś dziewczynie i zostanie Twoją żoną.
B: Jak Lenka (jego miłość z przedszkola) dorośnie to się w niej zakocham i zostanie moją żoną.
M: Jak tylko będzie chciała, to ok.
B: A jak nie?
M: To znajdziesz sobie inną dziewczynę
Bartuś po chwili namysłu: Jak Lenka nie będzie chciała być moją żoną, to będę miał męża 🙂

♥ ♥ ♥      ♥ ♥ ♥       ♥ ♥ ♥      ♥ ♥ ♥      ♥ ♥ ♥      ♥ ♥ ♥      ♥ ♥ ♥

 

Może ta pierwsza  miłość faktycznie niepoważna, naiwna, szczenięca, ale też  szczera i niezapomniana.Na pewno  macie na to więcej dowodów.  Jakie historie miłosne przyniosły z przedszkola Wasze dzieci?

 

 

PS  Czy któraś historia spodobała Ci się wyjątkowo? Na Facebooku możecie głosować, na swojego faworyta. Nagroda niespodzianka czeka 🙂 Link do głosowania: KLIK

 

Jak wyhodować kurę domową. Poradnik dla mężczyzn.

Zakładam że nie jesteś nowicjuszem i materiał do pracy czyli kobietę już masz.

Przejdźmy więc do konkretów.
Najlepszym okresem do rozpoczęcia hodowli jest ciąża, lub połóg. Już wtedy warto przygotować grunt i jasno określić granice.

 

  1. Zrezygnuj z urlopu ojcowskiego.

Wiadomo przecież, że noworodki głównie jedzą i śpią, a do tego nie jesteś potrzebny. Dodatkowe 2 tygodnie urlopu będzie można wykorzystać za kilka miesięcy na wypad na deskę. Kiedy Ty będziesz szlifował technikę, podchowana już kura domowa będzie mogła uprawiać spacerologie z potomkiem na sankach. No chyba, że wyjdzie męski wyjazd.

 

  1. Wprowadź się z sypialni. 

Możesz to zrobić już pod koniec ciąży, tłumacząc troską o komfort obiektu hodowanego.
Nie zgadzaj się na przemeblowanie sypialni, by postawić łóżeczko przy łóżku. Kołyski i dostawki to strata pieniędzy. Zamiast tego zaproponuj spanie z dzieckiem. Tu z pomocą przyjdzie Ci rodzicielstwo bliskości.
Oczywiście nie musisz zapoznawać się z całą koncepcją. Wystarczy, że podarujesz Jej odpowiednią książkę, lub zostawisz w komputerze otwartą stronę przedstawiającą zalety spania z dzieckiem. Ona sam zainteresuje się tematem, a ponieważ spanie z dzieckiem jest wygodne i przyjemne, wystarczy Twoje niewielki wsparcie, by decyzja zapadła.
Potem bardzo łatwo przyjdzie Ci wykręcić się ze spalania we wspólnym łóżku. Dziecko będzie Cię przecież  budzić w nocy, a Ty musisz wysypiać się do pracy. Jeśli to nie zadziała możesz wieczorami relaksować się przy piwie lub lampce wina.

To najskuteczniejsza metoda, bo żadna matka nie pozwoli Ci spać z dzieckiem po alkoholu.

 

 

  1.  Ogranicz okazywanie czułości do minimum.To towar ściśle reglamentowany! Dawkowanie musi być dobrane indywidualnie dla danego egzemplarza. Musisz liczyć się z tym że każda oznaka czułości powoduje regres i utratę ostatnio uzyskanych efektów.

Czułości nie można jednak wyeliminować całkowicie. Grozi to bowiem utratą wpływu na obiekt hodowlany (czyt. wyprowadzka do Mamusi*).

 

  1. Odetnij kontakt ze światem zewnętrznym.

Nie opowiadaj o życiu innych dorosłych, nie mów co wydarzyło się w pracy, a nawet czy są korki na mieście. Przeciwnie, zapewniaj że w waszej  dzielnicy jest wszytko
często człowiek potrzebuje, a Pediatra, Pani z Warzywniaka, czy Kurier to bardzo miłe osoby o  szerokich horyzontach, ciekawym światopoglądzie i z życiem pełnym przygód, którymi zapewne chętnie podzielą się podczas rozmowy.

 

  1. Wszelkie oznaki troski obiektu o wygląd zewnętrzny pomijaj milczeniem, ignoruj, oślepnij.

Jeśli przyjdzie ci ochota wysłania obiektu do fryzjera czy manikiurzystki, lub chociażby zaoferowanie opieki nad dzieckiem w podobnym celu… Przeczekaj. Minie samo.

 

  1. Nie rób nic od razu.

Nie reaguj na prośby i nigdy nie rób tego, o co kobieta prosi. Nie ominie Cię pewnie wykład na temat logistyki prac domowych i obowiązków przy dziecku, ale trudno. Każda hodowla ma swoje koszty. Nieważne czy chodzi o przetkanie zlewu, wyniesienie śmieci, czy zmianę pieluchy. Nigdy nie reaguj, za pierwszym razem!

To jedyny sposób na uzyskanie odpowiedniej gdakalności, która jest jedną z najważniejszych cech gatunku. Kiwanie głową przyjazdów samo jako naturalna konsekwencja gdakania.
Gdakalność można łatwo przyspieszyć. Zalecam przesiadywanie ze wzrokiem wbitym w telefon lub tablet, albo spędzanie kilku weekendów z konsolą.

 

7. Daj zajęcie. Dużo zajęć.

Wymagaj codziennie obiadu. Nie z garmażerki, kostki rosołowej, czy powtórki z wczoraj.  Warzyw i owoce (nie mówiąc o mięsie) najlepsze są świeże, kupione danego dnia na eko-bazarku. Jesteś tym co jesz, ona zapewne karmi więc chodzi tu o dobro i przyszłość Was wszystkich. Możesz dołożyć do tego dobrą śląską tradycję mycia okien raz w tygodniu. Reszta zależy o Twojej kreatywności i właściwości obiektu hodowlanego.
W ten sposób zadbasz o upierzenie.

Brak czasu, siły a wreszcie chęci na depilację powinien być tu dobrym początkiem. Resztę załatwi wprowadzenie do diety w odpowiednim momencie GMO.

 

Pozostaje jeszcze czub. To wartość premium. Po czubie u kury domowej poznasz wytrawnego hodowcę.  Tylko ekspert potrafi tak wyważyć dawkę powyższych zaleceń i zostawić akurat tyle złudzeń i nadziei, by przeszła kura co rano zakładała wałki na włosy, licząc że będzie miała czas je zdjąć, ułożyć fryzurę i wyglądać jak człowiek.

 

Jak widać przedsięwzięcie do prosty nie należy, a nawet wymaga pewnych poświęceń. Co więcej ten gatunek nie znosi złotych jaj. Niestety.
Trud jednak się opłaci. Już niedługo będziesz mógł zawitać w szacownym gronie hodowców drobiu.
Jeszcze tylko pomarańczowy sweterek i kariera na miarę Pana Józka stoi przed Tobą otworem.

 

 

*Mamusia to największe, obok Koleżanek, zagrożenie procesu hodowlanego.

 

5 hitów kosmetycznych Matki Polki Dresowej

Matka też człowiek, a nawet kobieta. Bywa, że nie ma czasu o tym pamiętać. Zdarzy jej się wyjść z pomalowanym jednym okiem.
Przez kilka zapomni  co to znaczy długa kąpiel. Gdyby nie lustro w windzie, nie oglądałaby własnego odbicia.

Ale potem przychodzi inny czas. Prędzej czy później przypomina sobie Matka Polka Dresowa o tym człowieczeństwie, a nawet kobiecości. Odkurza wtedy pewną półkę w łazience, jakieś zakupy zrobi.  W końcu posunie się nawet do tego, że zacznie kosmetyków UŻYWAĆ 😉

Bardzo powoli i ja zaczynam dres w kancik prasować i nakładać na twarz coś więcej niż wodę z mydłem. W ramach „brania się za siebie” i orania ugoru  przetestowałam w ostatnim czasie trochę kosmetyków. Niektóre z nich okazały się hitami i zdecydowanie  zostaną w mojej kosmetyczce na długo.

Oto kosmetyczne odkrycia Matki:

 

  1. Bielenda CC Cream Blur Effect

Dostałam ten krem, nie miałam więc żadnych oczekiwań wobec niego. Nawet nie specjalnie przeczytałam co napisano na opakowaniu. Po prostu nałożyłam go rano, bo był pod ręką.

W pierwszej chwili pomyślałam, że jednak trzeba było przeczytać ulotkę bo chyba nakładam peeling. Krem zawiera małe drobinki, które jednak znikają podczas nakładania, jakby się rozpuszczały.

Efekt zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Od razu po nałożeniu kremu Blur Effect buzia wydaje się rozświetlona, kolor wyrównany, drobne niedoskonałości przykryte.

„Optycznie poprawia wygląd cery i retuszuje niedoskonałości” – przeczytacie na opakowaniu. Rzeczywiście. Dla mnie ten Blur Effect jest właśnie jak filtr w Photoshopie. Natychmiast wyglądam lepiej 🙂  Po lekturze ulotki okazało się, ze te drobinki to kapsułki zawierające pigment, który podczas nakładania zmienia krem w delikatny fluid.

Blur Effect

Dla mnie to taki szybki, codzienny sposób, żeby przypominać rano jak człowieka.  Mam stosunkowo mało wymagającą cerę. Nie lubię i nie potrzebuję ciężkich kosmetyków. Na pewno w lecie to będzie mój „must have”. Zimą jednak lubię używać podkładu, a ten krem bardzo dobrze sprawdza się też jako baza pod makijaż.

Blur Effect  jest bardzo wydajny, opakowanie powinno wystarczyć na około 3 m- ce regularnego stosowania. Biorąc pod uwagę stosunek jakości do ceny (około 20 zł za 40 ml) – rewelacja.

 

  1. RevitaLash – Odżywka do rzęs

Na odżywkę RevitaLash ostrzyłam sobie zęby  od kiedy moje koleżanki zaczęły mieć firanki zamiast rzęs, albo jak to mawia jedna z nich: Jak krowa z ruskiej kreskówki 🙂

Ja też chciałam. I mam. Stosuję w miarę regularnie od około miesiąca.
Wbrew niektórym opiniom nie zauważyłam wypadania rzęsy.

Cykl życia rzęsy wynosi około 100 dni. Mniej więcej tyle czasu potrzeba, na widoczny efekt. Obecne muszą wypaść i zostać zastąpione nowymi – odżywionymi.
Efekt utrzymuje się tak długo jak długo stosujemy odżywkę.
Na mój efekt „WOW” jeszcze czekam, ale już pojedyncze rzęsy zaczynają wystawać przed szereg 😀  Poza tym na własne oczy widziałam u kilku osób działanie tego produktu, dlatego z czystym sumieniem już teraz zaliczam go do moich hitów.

Odżywkę RevitaLash nakłada się jak eyeliner, za pomocą cienkiego pędzelka. Początkowo codziennie na noc.
Po uzyskaniu wymarzonego efektu krowy z kreskówki, raz na tydzień.

55

Uwaga dla ciężarnych i karmiących – produkt zawiera składnik, który znajduje się w leku na jaskrę w którym porost rzęs jest efektem ubocznym.

Cena: 330 zł za 3,5 ml – kuracja na pół roku. 320 zł jeśli kupisz edycję  limitowaną różową, z której 10% dochodu przeznaczone jest na Amazonki i badania nad rakiem.

 

  1. Brwi w butelce, czyli Brown Extender firmy Divaderme

Wystarczą zrobione brwi i od razu człowiek jakiś wyraźniejszy jest. To moje absolutne minimum. Kiedy przestają być widoczne, a ja nie mogę się wybrać do kosmetyczki, popadam w depresję.

Tak naprawdę to marzy mi się makijaż permanentny. Brwi, a najchętniej jeszcze kreski. Ile czasu mogłabym zaoszczędzić…  Póki co, jednak henna, a w międzyczasie kolejne odkrycie: brwi w butelce. W szklanej buteleczce znajduje się delikatny pyłek (glinka) oraz miliony malutkich włókienek. Te drobne włoski przyczepiają się do naturalnych brwi. Glinka podkreśla kolor. Sama decydujesz jak intensywny efekt chcesz uzyskać. Brown Extender występuje w kilku kolorach.
30 sekund po nałożeniu kosmetyk staje się wodoodporny. Zrobienie brwi trwa naprawdę chwilę, a efekt spokojnie utrzymuje się przez cały dzień.
Podobno to ulubiony kosmetyk wizażystek i makijażystek. Nie dziwię się.

 

Efekt:

źródło: http://joannapanna.blogspot.com/2013/05/brwi-w-butelce-czyli-maa-brwiowa.html
źródło: joannapanna.blogspot.com

 

Producent oferuje też podobny kosmetyk do rzęs, ale  postawiłam już na RevitaLash i cierpliwie czekam na efekt.

Cena na stronie producenta to około 119 zł, ale w internecie można znaleźć ten produkt nawet o połowę taniej.
Kosmetyk ważny jest rok od otwarcia, myślę że powinien  na tyle wystarczyć. Chyba, ze jesteś wizażystką 🙂

1111

 

  1. Woda różana


Wiesz ile kosztuje prawdziwy olejek różany*? Około 550 zł za  9ml. Na produkcję 1 kilograma potrzeba około 6 ton płatków róż, które zbierane są ręcznie około godziny ósmej rano (wtedy zawierają najwięcej olejku).                  Woda różana to tak zwany hydrolat, czyli produkt uboczny powstający w procesie produkcji olejku. Lubię jej używać w zastępstwie toniku. Jest w 100% naturalna odżywia i nawilża. Podobno tez odpręża, nie wiem czy skórę, ale mnie na pewno!

Woda różana

*Mówimy o prawdziwym i naturalnym olejku. Jeśli spotkasz gdzieś znacznie tańszy produkt, przeczytaj skład. Jeśli znajdziesz tam „fragrance” lub „perfume” jest to kompozycja zapachowa, czyli chemia. Ewentualnie masz do czynienia z imitacją zawierającą olejek różany: kilka kropel olejku wymieszane z olejem bazowym, np. z winogron.

Cena: ok. 45 zł za 100 ml.

  1. Pure Gold firmy Happymore

To moja odrobina luksusu. Taka porządna odrobina.

Pure Gold Happymore

Mówią na ten kosmetyk „biżuteria dla skóry” i faktycznie, są to płatki czystego 24karatowego złota i srebra zawieszone w kwasie hialuronowym i naturalnym kolagenie.
Zawiera też algi i ekstrakt z noni, żel z aloesu, alantoinę i pantenol.
Złoto i srebro działają  antybakteryjnie oraz przyspieszają migrację składników aktywnych, stymulują syntezę kolagenu.

Pure Gold to kosmetyk w 100% vegański, całkowicie naturalny, produkowany w Polsce.

 

33

 

Chytra jestem i lubię „mieć”, więc początkowo musiałam się przemóc, żeby używać tego cuda codzienne. Niestety nawet najdroższy kosmetyk nie działa stojąc na półce,
a ten naprawdę pomaga mi po „urlopie macierzyńskim”. Czytam skład i mam wrażenie, że nic więcej dla siebie nie muszę robić.

Jestem nim tak zachwycona, ze trudno mi obiektywnie powiedzieć, czy efekty które obserwuję to przypadkiem nie placebo 😉

 

kosmetyki
‚Tak.. biorę się za siebie na wszystkich frontach. Katarzyna Tusk for the rescue 🙂

 

A Wy macie hity, które pomagają Wam w dbaniu o siebie  i swoje człowieczeństwo?
Podzielcie się w komentarzach, jestem otwarta na kolejne eksperymenty 🙂

 

 

7 sposobów na katar u małego dziecka + KONKURS

Co robisz, kiedy masz katar? W sumie to niewiele, bo leczony czy nie trwa 7 dni. Przecież to tylko katar.

Rzecz ma się zupełnie inaczej kiedy katar ma Twoje małe dziecko. Wtedy, to aż katar.

 

Dlaczego nie należy lekceważyć kataru u niemowląt.

 

Nawet mały katar u dziecka może powodować duży dyskomfort, być przyczyną rozdrażnienia, a nawet prowadzić do poważnych powikłań.

Dlaczego?

Rzecz pierwsza i chyba oczywista dla wszystkich rodziców – małe dzieci nie potrafią wydmuchać nosa. Nie potrafią więc samodzielnie usunąć zalegającej tam wydzieliny.

Dołóżmy do tego mniej oczywisty fakt, że niemowlęta oddychają głównie nosem. Co więcej sporą część czasu, spędzają na jedzeniu, podczas którego – no właśnie – oddychają nosem. Żeby złapać powietrze, zakatarzone dziecko musi przerwać jedzenie. Często się wtedy irytuje, płacze, nie chce jeść, bo nie może wtedy oddychać. Dziecko jest głodne, płacze jeszcze więcej. Młoda mama, na drugi dzień już niewyspana, nie wie co się dzieje, frustruje się i płacze razem z dzieckiem… Może trochę mnie poniosło, ale nawet jeśli tak, to tylko trochę.

 

Wracając do tematu, niemowlęta głównie leżą. Zalegająca w nosie wydzielina, która nie jest odprowadzana na zewnątrz musi gdzieś się podziać, spływa więc do środka. Może dostać się do gardła, ale i do zatok czy uszu. U małych dzieci wszystko jest małe. Krótkie są też przewody łączące te wszystkie narządy, dlatego tak łatwo o infekcje.
A zapalenie ucha to już poważna i bolesna dolegliwość, która zaniedbana może prowadzić nawet do trwałego ubytku słuchu.

 

 

Jak zmniejszyć dyskomfort dziecka związany z katarem.

 

  1. Nawilżaj.

    Wilgotne powietrze rozrzedza wydzielinę i ułatwia oddychanie. Jeśli nie masz nawilżacza, powieś na kaloryferach mokry ręcznik. Możesz też odkręcić prysznic i posiedź z dzieckiem kilka minut w zaparowanej łazience.
    Stosuj też wodę morską w sprayu. Pamiętaj tylko, by główka dziecka była wtedy wyżej niż reszta ciała aby nadmiar wody, razem z zarazkami nie spływał do gardła.

  2. Dbaj o odpowiednią pozycję.

    Układaj dziecko na brzuchu. W ten sposób grawitacja pomoże wypłynąć wydzielinie na zewnątrz.
    Dbaj by podczas leżenia na plecach główka była nieco wyżej niż reszta ciała.  Zwłaszcza w nocy. Możesz włożyć pod materac zwinięty ręcznik,
    lub postawić książki pod nogi łóżeczka, tworząc w ten sposób niewielki spadek. Zmieszasz tym samym możliwość przedostania się infekcji do uszu i zatok.

  3. Nawadniaj.

    Jeśli karmisz piersią staraj się przystawiać dziecko jak najczęściej, chociaż na chwilę. Podobnie jeśli Twoje dziecko je z butelki.

  4. Spaceruj.

    Nie rezygnuj ze spacerów. Chłodne powietrze obkurcza śluzówkę i przynosi prawdziwą ulgę przy zatkanym nosie. Nie bój się wietrzyć mieszkania i nie bój się wychodzić z dzieckiem. Krótki spacer pomoże i dziecku i Tobie.

  5. Inhaluj.

    Jeśli masz nebulizator, możesz używać roztworu soli fizjologicznej, jeśli nie masz możesz po prostu posiedzieć z dzieckiem obok miski z parująca wodą.
    To kolejny sposób na rozrzedzenie wydzieliny.

  6. Stosuj olejki eteryczne.

    Przyznaję, że jeszcze do niedawna sądziłam, że AROMATERAPIA to coś pomiędzy ezoteryką i wróżbitą Maciejem, a ludową mądrością. Raczej nie zaszkodzi, a jak pomoże, to nie wiadomo dlaczego. Chyba nie mogłam mylić się bardziej. Terapeutyczne właściwości olejków eterycznych potwierdzone są rzetelnymi, naukowymi badaniami. Na pewno niebawem napiszę o tym więcej. Olejki znajdziecie w wielu preparatach dla dzieci, na przykład w maściach rozgrzewających. Nie wszystkie te preparaty jednak można stosować u najmłodszych dzieci, podczas gdy wdychanie olejków jest bezpieczne.
    Dobrym rozwiązaniem jest kominek do aromaterapii. Substancje lecznicze unoszą się w powietrzu i nie tylko pomagają dziecku w złagodzeniu bezpośrednich objawów, ale też dezynfekują pomieszczenie.
    Nie wiem czy wiecie, ale wszystkie olejki mają działanie dezynfekujące, najsilniej działa drzewo herbaciane, jednak z uwagi na niezbyt przyjemny zapach dobrze go połączyć z innym olejkiem. Na katar można stosować olejki: majerankowy, sosnowy, eukaliptusowy, tymiankowy, lub gotową mieszankę naturalnych olejków eterycznych skomponowaną pod kątem ulgi w katarze.
    UWAGA: bardzo ważne, by używać prawdziwych olejków eterycznych, które są w 100% naturalne, a nie kompozycji zapachowych. Na stoiskach czy w supermarketach łatwo spotkać właśnie kompozycje, które zawierają chemiczne dodatki. Sprawdzaj skład i kupuj tylko naturalne olejki.

    zatkany nos u dziecka

  7. Oczyszczaj.

    Musisz zadbać o oczyszczenie noska dziecka i musisz zrobić to efektywnie. Tak naprawdę rzetelnie wydmuchać nos potrafi dopiero trzylatek, a i to nie zawsze.Nasze mamy korzystały z gruszek. Potem pojawiły się aspiratory.
    Pamiętam kiedy jakieś 8 lat temu odwiedziłam moją koleżankę, która niedawno urodziła córeczkę. Córeczka akurat miała katar, a koleżanka oczyszczała jej nos za pomocą tradycyjnego aspiratora, czyli metodą: nos – rurka – usta.
    Nie należę do osób wrażliwych, ale wtedy ledwo powstrzymałam mdłości. Wiedziałam, że to jest ta jedyna rzecz, której nigdy nie zrobię jeśli będę miała dzieci.Oczywiście zrobiłam. Kiedy trzytygodniowa córeczka z nosem tak małym, że ledwo widocznym, wypuszczała z niego bańki wielkości swojej głowy, musiałam jej pomóc. W dalszym ciągu uważam jednak, że jest to bardzo nieestetyczne i niehigieniczne. Filtr z gąbki może zatrzymuje gęstszą wydzielinę, ale raczej nie wirusy i bakterie.
    Poza tym porządne oczyszczenie nosa nie raz trwało długo i wymagało asysty drugiej osoby. I ta niepewność, czy za chwilę nie wyssę oka własnego dziecka…

Z synkiem też regularnie mamy przeboje z katarem.  Na szczęście od początku stosujemy aspirator Katarek Plus podłączany do odkurzacza.
Przyznaję, ze początkowo byłam nastawiona bardzo sceptycznie.
Obejrzałam go u koleżanki jako ciekawostkę, na zasadzie „czego to ludzie nie wymyślą”.  Jak to odkurzacz i nos mojego dziecka…

DSC071091

Zaskoczyło mnie jak aspirator zmienia siłę ssania odkurzacza. Zmniejsza ją na tyle, że ciąg powietrza jest naprawdę delikatny, a jednak skuteczny.
Efektywne oczyszczanie nosa trwa chwilę. Bez walki i płaczu.

On może łatwiej oddychać, ja nie mam poczucia, że robię traumę mojemu dziecku, nie połykam jego zarazków i nie boję się, że wyssę mu mózg. Szczególnie przydatny jest też długi czyścik do rurki.

 

Rzecz na którą warto zwrócić uwagę to oswojenie dziecka z szumem odkurzacza i samym aspiratorem. Synek do tej pory nie lubi odkurzania, ale z aspiratorem jest zaprzyjaźniony i szum mu nie przeszkadza. Jeśli jest w gorszej formie wystarczy odrobina kreatywności i odwrócenie jego uwagi bajką czy zabawką na krótką chwilę.

 

DSC07165

Ewentualnie może być rodzeństwo.

zatkany nos u dziecka

DSC06263

Katar u dziecka

 

 

Jeśli obawiacie się czy siła ssania aspiratora nie jest zbyt mocna i czy nie zrobicie krzywdy dziecku obejrzyjcie nasz  film, na którym starałam się pokazać różnicę mocy między Katarkiem a odkurzaczem.

 

 

 

Co jeszcze możesz zrobić?

Po konsultacji z lekarzem możesz zastosować krople do nosa. Ja pełna obaw, z drżącym sercem podałam niespełna miesięcznej córeczce lek i dziś zrobiłabym to samo. Dzięki temu przesypiała noce, budząc się tylko na karmienie. Pamiętajmy, że nieprzespana noc to dyskomfort nie tylko dla rodziców, ale głównie dla dziecka. Trzeba tylko pamiętać by nie stosować kropli zbyt długo.

 

Niektórzy polecają też zakraplanie mleka matki do noska . Początkowo podobał mi się ten pomysł. Wiadomo przecież, że mleko zawiera przeciwciała i jest w pełni naturalną substancją, powinno więc być świetnym lekarstwem.

Zmieniłam jednak zdanie po rozmowie z Panią Doktor, która uświadomiła mi kilka spraw.

Po pierwsze mleko z piersi poza przeciwciałami zawiera wiele innych substancji jak tłuszcze, biało czy cukier, które są pożywką dla patogenów. Ponadto wysychając tworzy nieprzepuszczalną warstwę, która zatyka ujścia gruczołów śluzowych i środowisko sprzyjające rozwojowi stanu zapalnego.

Dlatego mleko matki tak, ale stosowane tradycyjnie, doustnie. Na pewno w ten sposób lepiej wzmocni układ odpornościowy i pomoże zwalczyć infekcje.

 

Pamiętajcie by nie lekceważyć kataru, zwłaszcza u małych dzieci.
Jeśli objawy nie ustępują po 2-3 dniach skonsultujcie się z lekarzem i poproście by zajrzał do uszu dziecka.

 

A co Nelka myśli o KATARKU?

Zobaczcie 🙂

 

***********KONKURS***********

Nie musicie mi wierzyć na słowo, możecie same wypróbować delikatną siłę i skuteczność Katarka : )

Do wygrania aspirator Katarek Plus podłączany do odkurzacza.

katarek2

 

Zadanie konkursowe:

Napisz w komentarzu co najbardziej lubi wąchać zdrowy nosek Twojego dziecka.
Będzie nam miło jeśli polubisz na Facebooku 100pociech i Katarek

Czekamy do 5 lutego ✊ ✊ ✊

**************

WYNIKI

 

Aspirator KATAREK PLUS wygrywa JoannaMajo  ✨🌟💥💫

Gratulujemy!

Joanna – napisz do nas na 100pociech.blog@gmai.com

 

Niebawem  zapraszam na post o nebulizatorach i inhalatorach. Czym kierować się przy wyborze, które parametry są istotne,  jakie cechy można uznać za przyjemny dodatek, oraz jak prawidłowo użytkować sprzęt.
Zajrzyjcie koniecznie, bo będą porady fachowca 🙂

 

Mały Wolontariusz Wielkiej Orkiestry

Zapowiadałam już TU, że zamierzam wykorzystać syndrom dziecięcości zaprzęgając Córkę do  pracy zarobkowej w słusznym celu wspierania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Kto jest z nami na Facebooku i Instagramie już trochę wiecie jak było 10 stycznia, ale nie wiecie wszystkiego.
Całą akcję planowałam z wyprzedzeniem i przyznaję, że towarzyszył mi spory niepokój. Od kiedy dowiedziałam się, że liczba identyfikatorów (w praktyce miejsc dla wolontariuszy) jest ograniczona, zawisło nade mną poczucie odpowiedzialności. Czy ja nie przesadzam? Ona ma 3,5 roku. Może akurat się 10-tego rozchoruje.Może będzie mróz i nie damy spędzić nawet pół dnia na zbiórce. Może będzie się wstydzić, albo po prostu mieć focha i nie życzyć sobie brać udziału w imprezie.
Zajmiemy wtedy miejsce komuś, kto mógłby efektywniej zaangażować się w zbiórkę, a mnie zeżrą wyrzuty sumienia.
Z lekką niepewnością odpowiednio wcześniej zaczęłam urabiać grunt.
Zależało mi, żeby Córeczka wiedziała co konkretnie będziemy robić i PO CO  to będziemy robić.
Najpierw rozmawiałyśmy o tym jak to jest chorować i chodzić do lekarza. O tym, że bardzo chore dzieci muszą cały czas być pod opieką Pani Doktor, dlatego nocują w szpitalu. Żeby szybciej wyzdrowiały i mogły wrócić do domu, potrzebne są lekarstwa, a te z kolei kupuje się za pieniądze.
Ten temat wałkowałyśmy przez jakiś czas przy różnych okazjach, np. robiąc zakupy w aptece, czytając książeczki, bawiąc się w lekarza. Pokazywałam jej też zdjęcia dzieci w inkubatorach z serduszkiem i opowiadałam o badaniu uszu, które ona i jej brat również przechodzili.
Razem zaniosłyśmy deklaracje do sztabu.
Potem rozmawiałyśmy o zbieraniu pieniędzy. O tym, że dostanie swój identyfikator i puszkę, a Pan i Pani będą wrzucać pieniążki.
– A może nawet jakieś dziecko mi wrzuci pieniążek?
pytała.
– Może. Zobaczymy.
mówiłam.
– Pewnie  wrzuci!
IMG_20160110_202651
W teorii zapowiadało się nieźle, ale pamiętałam, że to jednak małe dziecko i wszystko może się zmienić z minuty na minutę. W perspektywie miałam samodzielną zbiórkę z dziecięcym identyfikatorem i narażenie się na oskarżenia o nieuczciwe zamiary, lub zapełnienie uzupełnienie puszki z budżetu „na waciki”.
Wyczekana niedziela zaczęła się od wizyty w sztabie i odbioru ekwipunku, czyli identyfikatora, puszki i serduszek.
Była radość
Zaraz potem miałyśmy zacząć zbiórkę, ale okazało się że wcześniej… musimy znaleźć sobie miejsce, bo w mieście roi się od kwestujących. Z jednej strony nie chciałyśmy robić nikomu konkurencji, z drugiej w zbyt dużym tłumie, krasnal z puszką na wysokości kolan dorosłego pozostawał niezauważony.
Słabo nam poszedł ten początek. Ona troszkę posmutniała:
– Nikt mi nie wrzuca mamo…
wosp3
Wtedy zrobiłyśmy przerwę na imprezę. Dwie godziny w sali zabaw na urodzinach kumpla, każdemu poprawi humor.
Potem było już tylko lepiej. Zła passa został przełamana i Córeczka rozdała pierwsze serduszka. Zapał rósł w niej z każdą minutą. Dziarsko maszerowała pobrzękując drobnymi w puszcze wcale nie dyskretnie. Na prawdę jej wzrost przestał mieć znaczenie. Niektórzy specjalnie rozmieniali pieniądze, żeby dorzucić się do jej puszki 🙂
Przegrywała tylko z Oddziałem Szturmowców i resztą ekipy Gwiezdnych Wojen, która kwestowali w tym samym centrum handlowym.
Kiedy puszka zrobiła się ciężka, a moja Wolontariuszka troszkę zmęczona zażyczyła sobie rozdawać serduszka, a pieniądze miałam zbierać ja.
Nie było mowy o lenistwie.
– Grzechocz! No głośniej, grzechocz!
Stałam więc z lekkim rumieńcem i pobrzękiwałam tą puszką. W kocu to mój pomysł, a że grzechotania nie przewidziałam…
IMG_20160110_162718
Kiedy ktoś wrzucał nam pieniądze uruchamiana była cała procedura naklejania serduszka. Procedura precyzyjna i czasochłonna. Obdarowany musiał przykucnąć, nadstawić miejsce do oklejenia, odczekać wypreparowanie serduszka z bloczku i zatwierdzenie przyklepaniem. Taka była w tym pocieszna, taka uradowana na koniec, że nikt nie narzekał 🙂
A jaka dumna była za każdym razem! Na odchodne krzyczała z szerokim uśmiechem:
– Dziękujemy za chore dzieci!
`
Wyszło trochę inaczej niż planowałam. Miałyśmy chodzić po Nowym Świecie i Starym Mieście. Maiłyśmy zaliczyć przynajmniej jeden koncert. Miałyśmy zobaczyć Światełko Do Nieba.
Miałam mieć świetny fotoreportaż na boga.
W efekcie prawie cały dzień spędziłyśmy w centrum handlowym z przerwą na imprezę i obiad. Zdjęć mam tyle co telefonem zrobiłam, bo nie było czasu. Była uczciwa, ciężka praca.
WOŚP1
Około 18:20 oddałyśmy ostatnie serduszko. Nie było już sensu jechać do sztabu po nowy pakiet. Obie byłyśmy zmęczone. O żadnym światełku nie było mowy.
Zaliczyłyśmy małe lody w nagrodę, oddałyśmy puszkę i wróciłyśmy do domu. A wczoraj odebrałam rozliczenie.
Jak myślicie, ile nam się udało uzbierać? 🙂
 Odpowiedzi szukaj na dole 🙂
WOSP_rozliczenie
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy dorzucili się do puszki mojej Małej Wolontariuszki.
Dziękuję, za każdy grosz, za każdy uśmiech, serdeczne słowo, miły gest i jednego cukierka 🙂
10 stycznia pomogliście nie tylko Wielkiej Orkiestrze podnosić standard opieki medycznej w naszym kraju, pomogliście też mi dać wyjątkowe doświadczenie mojemu dziecku.
Dzięki Wam Mała Dziewczynka odebrała życiową lekcję w praktyce. Bardzo ważną i bardzo pozytywną lekcję.
Jestem przekonana, że ten dzień będzie jednym z jej fundamentów. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie wierzyć w siebie, w to że trzeba podejmować działanie, współpracować, czasem poprosić o pomoc, a czasem pomóc komuś innemu.
.
.
Dziękuję Jurkowi Owsiakowi  za emocje jakie daje WOŚP: dumę, poczucie solidarności, wzruszenie, zabawę, a od tego roku cały wachlarz nowych wrażeń.
Dziękuję, że od 24 lat udowadnia nam Pan, że jeden człowiek tak pięknie może zmienić świat.
W imieniu swoim i moich dzieci – dziękuję.
.
.
.
 To ile było w puszcze?
wośp
Słownie: dziewięćset dwadzieścia dziewięć złoty i dwadzieścia pięć groszy.
Kwota nie uwzględnia walut, a miałyśmy niezły plik dolarów i kilka euro.
Czy to dużo? Zupełnie subiektywnie, moim zdaniem, jak na 3,5 letnią dziewczynkę to niezła kasa 🙂
Obiektywnie – odbierając rozliczenie nie powstrzymałam się od zerknięcie w tabelkę i oceniam, że jesteśmy w górnej połowie stawki.
W przyszłym roku bijemy rekord 🙂
PS „Puszka” to pojęcie umowne, bo jak wszyscy wiemy od kilku lat zastąpiły je tekturowe pudełka, ale bilon w nich hałasuje i tak.

Beksa

 

Rozwój emocjonalny to trudny temat. Staram się przykładać do niego szczególną uwagę.

Jest dla mnie oczywiste, że dziecko ma prawo przeżywać wszystkie stany emocjonalne. Moja córka nie musi być Pollyanną, która w każdej sytuacji znajduje powód do radości. Ma prawo złościć się, smucić, bać, gniewać. Rozumiem też, że musi dawać tym emocjom upust.

Staram się ją obserwować, nie blokować. Chcę być dobrą mamą, najlepszą. Chcę być jej przewodnikiem i wsparciem,  być blisko, kiedy mnie potrzebuje.

Ale czy można być za blisko?
 
Mniej więcej do drugiego roku życia Córeczka była radosną trzpiotką. Przyzwyczaiła nas do tego, że jest dzieckiem – aniołkiem. Jako noworodek płakała tylko kiedy była głodna. Jako niemowlak potrafiła sama zająć się sobą i bawić przez dłuższy czas w ciszy. Dziecko z loterii normalnie.
Nagle moja radosna Córeczka zaczęła płakać i to płakać często. Ja ten płacz akceptowałam, starałam się rozumieć i wspierać ją. Chciałam jej pomóc.
Rozmawiałam.
Od zawsze dużo z nią rozmawiam, tłumaczę. Nie raz mi się za to obrywało: „Po co ty jej to opowiadasz, przecież ona i tak nie rozumie”.
Sytuacji z płaczem było coraz więcej. Pojawiał się nagle i po prostu.
Nie mogę powiedzieć, że płakała bez powodu, bo powód znalazł się zawsze.
Po okresie niepokoju, zwiększonej uwagi, różnych próbach…  Przyznaję, że miałam dosyć.
Były momenty, kiedy kończyła mi się cierpliwość i chciałam po prostu ciszy.
Teoria teorią, a życie swoje. Mądre słowa w książkach i okrągłe zdania w artykułach wydają się takie oczywiste. Łatwo zgodzić się z nimi, kiedy czytasz je leżąc na wygodniej kanapie i pijąc zieloną herbatę.
Gorzej, kiedy po nieprzespanej nocy orientujesz się że jest godzina 12, nie wypiłaś jeszcze kawy, za 30 minut musicie być na mieście, a Twoje dziecko od rana nie daje Ci zapomnieć, że ma bogate życie emocjonalne w którym smutek ma 50 odcieni, a złość zajmuje bardzo istotne miejsce.
Wtedy chcesz, żeby Twoje polecenie zostało wykonane bez dyskusji i nie masz ochoty na rozmowę o wyższości spódniczki nad spodniami, ani tłumaczenie, że jest zimno i trzeba założyć czapeczkę.
Wtedy chcesz, żeby ktoś zadbał o Twoje emocje.
Wtedy utwierdzasz się w przekonaniu, że te mądre zdania pisały osoby, które na pewno nie miały dzieci.
Mniej więcej w tym momencie stwierdziłam, że coś musi się zmienić.
Za dużo tego płaczu.
Coś jest nie tak i jest to moja wina.
Zaczęłam analizować sytuację.

Doszłam do wniosku, że wpadłam w szereg pułapek.

Pułapka pierwsza.
Byłam gotowa zaakceptować emocje mojego dziecka, ale przeceniłam jej kompetencje w tym zakresie.
Tak jak dziecko ma prawo czuć złość, strach, ekscytację, tak ma prawo nie wiedzieć co czuje.
Jak często to zdarza się nam dorosłym? Ilu z nas ląduje przez to na kozetce u terapeuty!
A ona miała ledwo dwa lata.

Pułapka druga.

Wyjątkowo podstępna.
Zrozumiałam to dopiero niedawno, kiedy spotkaliśmy rówieśnika Nelki (obecnie 3,5 roku), który dopiero zaczyna mówić. Kiedy Ona mówi do mnie „Mamo, przecież wiesz, że nie lubię tego szpinaku!, no co Ty”, on mówi: „Mama, ja nie am!”  Złapałam się na tym, że mówiłam do tego chłopca tak, jak mówię do mojego półtorarocznego synka: „Gdzie jest bum-bum?” Na poziomie werbalnym jest między nimi ogromna różnica, ale na poziomie intelektualnym i emocjonalnym, są bardzo blisko siebie.
Pewnie pomyślał, że dziwna ta ciotka 😉
Córeczka jako dwulatka, mówiła już pełnymi zdaniami. Pytałam więc „Dlaczego płaczesz?”

Pułapka trzecia.

Akceptowałam jej zachowanie. Gdyby w te same sytuacje zamiast płaczu wstawić krzyk, tupanie, plucie byłoby dla mnie oczywiste, że komunikat jaki ma otrzymać dziecko powinien brzmieć: to nieadekwatne zachowanie. Szukałabym innych metod na rozładowanie napięcia.
Tu to samo napięcie manifestowało się za pomocą środka wyrazu zarezerwowanego w języku dorosłych dla smutku, emocji bardziej akceptowalnej, emocji która wzbudza współczucie i zainteresowanie.
Wspierałam jej reakcje, przejawiałam zainteresowanie, nie podpowiadałam co innego można zrobić – ona płakała. I robiła to coraz częściej i głośniej.
Doszłyśmy do etapu,  w którym płacz przestał być wyrazem emocji, czy nawet rozładowaniem napięcia.
Płacz stał się formą komunikacji.
Niestety głównie komunikacji ze mną.
Upadł mi klocek – płacz.
Złamała mi się kredka – płacz.
Chcę pić z innego kubeczka – płacz.
Na każdą z tych sytuacji mogłabym zareagować, pomóc gdybym wiedziała o co chodzi, ale nie wiedziałam, bo najpierw był płacz.
Taka sytuacja jest trudna dla dziecka, bo przecież nie jest przyjemnie ciągle płakać. Ale jest też trudna dla rodziców.

Punkty zwrotne.

Po pierwsze: Córeczka podrosła. Naprawdę jest ogromna różnica w rozmowie o emocjach z dwulatką, a tą samą dziewczynką pół roku później, nie mówiąc już o ośmiu czy dziewięciu miesiącach.
Po drugie: obejrzałyśmy film „W głowie się nie mieści”, o czym pisałam TU. To był punkt wyjścia do rozmów i zrozumienia przez Nią podstawowych emocji. To był bardzo ważny moment.
Po trzecie: dawaliśmy przykład. Jako przebiegli rodzice odgrywaliśmy scenki. Wszak od dawna wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się przez doświadczenie, obserwację i naśladownictwo. I tak siadałam ze smutną miną, albo ostentacyjnym fochem, a Tata pytał co mi się stało. Wtedy ja mówiłam, że np.: nie mogę  dosięgnąć słoika z górnej półki,  a on wskazywał mi rozwiązanie – stołeczek, albo pomagał. Ja podsumowywałam, że następnym razem od razu powiem mu o co chodzi.
W dalszym ciągu rozmawiałyśmy, ale starałam się jaśniej wyznaczać granicę.  Jak mantrę powtarzałam: „Nie płaczemy, rozmawiamy.”
Tłumaczyłam: „Nie mogę Ci pomóc, kiedy nie wiem, czego chcesz. Jeśli mi powiesz, postaram się coś poradzić”.

Zmiana.

Czy naprawdę nie ma powodów do płaczu?
Kiedy pojawiał się płacz w pierwszej kolejności zawsze starałam się sprawdzić „dobrostan” Córeczki. Małe dziecko, nawet tak wygadane jak moje, nie potrafi nazwać nie tylko emocji, ale i stanów fizjologicznych. Rzadko bywa głodna, a zmęczona to już nigdy nie jest. Kiedy więc pojawiał się płacz nieadekwatny do sytuacji, zastanawiałam się kiedy jadła, czy to nie pora na drzemkę, czy coś jej nie boli.
Zaczęłyśmy trenować nazywanie emocji i szukanie rozwiązań.
– Co się stało?
– Bo ja chciałam tą zabawkę, a Jasio ją zabrał.
–  A to jest bardziej smutek, czy złość?
– Złość.
– A co mogłabyś zrobić?
– Nie wiem.
– Czy Jasio wie, że Ty chciałaś tą zabawkę?
– Chyba nie… To ja się z nim zamienię.
Szczęśliwie Jasio się zamienił.
To prawdziwa historia, ale mam świadomość, że z dwulatką taka rozmowa by nie przeszła.
Podaję naleśniki.
Płacz.
– Co się stało?
– To jest z truskawkami, a ja chciałam z jagodami.
– To co możesz zrobić zamiast płakać?
– Powiedzieć.
– No właśnie i wtedy ja będę wiedziała, żeby dać Ci jagody.
Wersja B jest trudniejsza.
– Nie mamy jagód.
– Ale ja chcę!
– Rozumiem, ale nie mogę dać Ci czegoś, czego nie mam (to moja druga mantra).
Tu nawet jeśli jest płacz, to jest uzasadniony. Taki mogę zaakceptować. Trudno, nie mamy jagód. Możemy się umówić na naleśniki z jagodami jutro.
Skąd wiem, że robimy dobrze?
W dalszym ciągu zdarza się, że Córeczka „nadużywa płaczu”, ale coraz częściej, płacz jest uzasadniony.
Kilka dni temu ktoś skomentował jej zachowanie:
– Nie wiedziałem, że Ty jesteś taka niegrzeczna.
Na co ona odpowiedziała:
– Jestem grzeczna, tylko mam smutek na buzi.
Nie mogłam być bardziej dumna.
Moje dziecko ma prawo odczuwać  wszystkie emocje. Ma prawo dawać im wyraz.
Ale to ja jestem dorosła. Mam obowiązek być jej przewodnikiem, pomagać w ocenie, dawać wzór.
Złamana kredka nie jest powodem do płaczu.
Jest sytuacją, która wymaga rozwiązania. Wystarczy wziąć inną kredkę, ostrugać tę złamaną lub poprosić o to dorosłego.
Jeśli więc masz w domu małą Beksę – jest spora szansa, że będzie lepiej. Niedługo podrośnie i łatwiej będzie się Wam dogadać.
Zachowaj zimną krew, a zmianę zacznij od siebie.

Matka nad przepaścią

matka nad przepaścią

 

 

Odkąd pamiętam wiedziałam, że chcę zostać mamą. W dzieciństwie moją ulubioną zabawką był bobas, w wózku dla lalek woziłam koty, niańczyłam dzieci sąsiadów.

Pokochałam moje dzieci zanim się urodziły. Pokochałam tak bardzo, że niczego poza nimi nie potrzebowałam, a potem niespodziewanie spadłam w dół. Nie wiem jak to się stało, ale straciłam równowagę.

Z malutką Córeczką było łatwo i miło. Była aniołkiem. Jeśli dziecko wszystko zmienia, to w tym wypadku była to zmiana tylko na lepsze. Zero ograniczeń, mnóstwo nowych możliwości i radości. Kawa z koleżankami, spacer po starym mieście, wyjazd w góry, nad morze, za granicę – wszystko to oczywiście z dzieckiem.

Potem przywitałam Synka. Drugi aniołek. Tylko spał i jadł, jak siostra.
Zupełnie nie wiem, kiedy zgubiłam siebie. Przestałam mieć czas na makijaż, ba! na prysznic. Zostałam bez samochodu do wyłącznej dyspozycji i nagle okazało się, że otacza mnie pustka, wszędzie jest daleko i nic nie jest takie proste.

Po ulicy chodziłam zgarbiona z szyją wysuniętą niczym żółw, bo ciągle się gdzieś śpieszyłam. Chyba nigdy nie miałam specjalnie sympatycznego wyrazu twarzy, ale zdałam sobie sprawę, że w zasadzie bez przerwy  brwi i usta mam ściągnięte, a czoło zmarszczone – bo wciąż się zastanawiałam „co dalej, co jeszcze , co teraz?”

Pomyślałam, że zacznę się uśmiechać nawet jeśli początkowo trochę na siłę, to potem wejdzie mi to w nawyk. Wtedy uświadomiłam sobie, że jakoś tak mi z tym uśmiechem niewygodnie. Nie pasuje mi do twarzy w dziwnym, sensorycznym sensie. Tylko do dzieci mogłam uśmiechać się szczerze.

Jako partnerka chyba też zbłądziłam. Bardzo starałam się nie być tą matką, która wciska dzieci ojcu w minutę po przekroczeniu przez niego progu, ale to tyle.

Nie wiem kiedy przestałam być Elizą i zostałam Matką.

Kilka dni temu pisałam o tym jak realizować noworoczne postanowienia. W zakończeniu chciałam napisać, co ja sobie obiecałam na 2016 i… nic nie mogłam wymyśleć. Nie umiałam określić czego chcę. tzn.:  wiem, że chciałabym wygrać w lotto, ale tak realnie nie wiem jaki mam wyznaczyć sobie cel, bo nie wiem gdzie mnie życie poniesie. Ja się dostosuję.

Dziś uświadomiłam sobie, że nie pamiętam kiedy zrobiłam coś tylko dla własnej przyjemności.
Ciągle coś muszę. Nawet wizytę u fryzjera traktuję jak zadanie do wykonania:  muszę iść do fryzjera. Swego czasu zawsze miałam pomalowane paznokcie, teraz muszę zrobić paznokcie (raz na ruski rok). Muszę napisać post na blog, choć to miała być moja odskocznia. Kupuję sobie coś, bo muszę lub potrzebuję. Piję z kawę z koleżanką, ale myślę co jeszcze dziś muszę, a co powinnam.

Nie wiem jak i kiedy to się stało. Nie miałam wrażenia, że coś tracę. Nie czułam, że ktoś mi coś odbiera.  Nie byłam ofiarą, nie poświęcałam się. Po prostu na pierwszym planie były dzieci i ich potrzeby. Na resztę nie starczało czasu albo sił, albo jednego i drugiego.  Reszta schodziła na drugi plan, potem powoli rozmywała się we mgle, aż w końcu zupełnie zginęła mi z oczu.

Macierzyństwo to największa przygoda mojego życia.
Zapomniałam, że ma być ekscytująca, że ma być przyjemnością.  Może to nie wakacje all inclusive, ale przecież też nie survival rodem z programów Bearego Gryllsa.

Nie jestem Panią,  myślę o sobie jak o dziewczynie. Nie dalej jak wczoraj Córeczka mówiła mi: „Mamusiu, jesteś śliczna”. Jak to się stało, że w lustrze znalazłam wysuszoną kobietę  z podkrążonymi oczami, ziemistą cerą, przerzedzonymi włosami i smutnym spojrzeniem?!
Nie wiem kim ona jest, ale nie chcę, żeby straszyła moje dzieci.

Największym wyzwaniem macierzyństwa stało się dla mnie utrzymanie równowagi pomiędzy miłością do dziecka i troską o siebie.

To zapamiętanie się w dziecku wcale nie musi oznaczać nadopiekuńczości. Nie biegam za dziećmi w obawie by się nie spociły czy nie nabiły sobie guza. Wręcz przeciwnie, daję im dużo swobody i  pozwalam na eksperymenty.  Jedzą chyba wszystko z wyjątkiem grzybów i surowego mięsa. Niebezpieczne przeniesienie środka ciężkości na dziecko  można  rozpoznać po tym, że cała uwaga skupiona jest na nim. Jaką zabawę mu zaproponować, czy już interweniować, czy jeszcze obserwować, czy to będzie najlepsze dla jego rozwoju, co jeszcze mogę zrobić? I już nie zostaje miejsca na nic innego.

A przecież każda doświadczona matka powie, że wystarczy dziecko kochać. Będzie tak samo szczęśliwe bez najmodniejszej wyprawki, nowoczesnej zabawki, kolejnych zajęć dodatkowych w przedszkolu.

Najlepsze co matka  może dać dziecku, to miłość, ale miłość mądra. Miłość do całej rodziny.

Pora  by przypomnieć sobie, że ja też jestem jej częścią. Mam nie tylko prawo dbać o siebie, mam taki obowiązek. Nawet jeśli moje dobre samopoczucie będzie miało swoją cenę, która pozornie będą musiały zapłacić dzieci, to w finalnym rozrachunku będzie to z korzyścią dla nas wszystkich.

Bo co mi z tego, że codziennie będę popołudniami w domu, z dziećmi. Zmęczona, z poczuciem dnia świstaka, z głową w komputerze bo „pracuję z domu”? Nie mogę się skupić ani na dzieciach, ani na zadaniu które mam do wykonania. Jeśli jeden raz w tygodniu wyjdę sama zrobić coś dla siebie (choćby miało to oznaczać oglądanie wystaw w Centrum Handlowym) i wrócę tylko by dać buziaka przed snem, a może nawet później, to co się stanie? Nawaliłam jako matka? Nie. Bo będę stęskniona, bardziej cierpliwa,  oderwę na chwilę wzrok od dzieci i zobaczę je na nowo, przypomnę sobie jakie są małe i cudowne. Następny wieczór spędzę z nimi z przyjemnością i pełnym zaangażowaniem, bo bardziej będę ten nasz wspólny czas szanować.

 

O tym wszystkim przypomniały mi słowa Jady Pinkett Smith, żony Willego Smitha. Posłuchajcie koniecznie, co mówi o byciu matka i żoną.

 

https://www.youtube.com/watch?v=0Z5Eqjqzvw0

 

Ja wiem już czego chcę dla  na 2016.  Szczęścia, choćby małego, ale nie płynącego od dzieci. Dumy i poczucia sukcesu, ale nie  nie  z ich osiągnięć. Radości, głośnego śmiechu i wzruszeń.  Przyjemności, ale tylko mojej.
Będę trenować równowagę.

 

 

Obiecuję sobie, że…

New Year's goals with colorful decorations. New Year’s goals are resolutions or promises that people make for the New Year to make their upcoming year better in some way.

 

Sami sobie to robimy.  Już przed Sylwestrem fundujemy sobie kaca, tyle że moralnego. Chyba nikt nie czuje się dobrze przypominając sobie postanowienia z początku roku, których nie dotrzymał. W takiej sytuacji albo się poddajemy, odpuszczamy wszelkie postanowienia i plany zmian na lepsze, albo po raz kolejny przeceniamy własne możliwości. Znowu mówimy sobie „w tym roku na pewno mi się uda” i z rozmachem tworzymy listę celów do osiągnięcia.

Wygórowana ambicja zastawia na nas niebezpieczną pułapkę.  Często dotyczy to  matek. Właśnie znalazłyśmy się w nowej sytuacji. Życie przewróciło nam się do góry nogami. Już nie możemy tak jak wcześniej i tyle co kiedyś. Mieć pomalownych paznokci, chodzić na fitness kilka razy w tygodniu, zostawać po godzinach.  Nawet jeśli dzieci rosną, to każdy rok przynosi nowe zmiany, kolejne niespodzianki i znowu czegoś nie ogarniamy.

Czasem trudno się z tym pogodzić. Ambitna Matka myśli, że to jej wina. Postanawia więc, że bierze się w sobie, zagryzie zęby, zaciśnie wszystkie zwieracze i DA RADĘ. Bo kto jak nie my…

Da radę być:

tą matką, która codziennie ma pomysł na kreatywną zabawę z dzieckiem,

tą żoną, która codziennie ciepły posiłek zorganizuje, rozmową błyskotliwą zabawi, a i o flircie pamięta

tą kobietą, która zawsze wygląda może nie efektownie, ale bez wstydu otwiera drzwi kurierowi

tą freelancerką zaradną, która zawsze na czas zlecenie dostarczy i oczywiście pogodzi to z powyższymi punktami

i jeszcze bloga sobie dla przyjemności poprowadzi.

 

Jeśli masz więcej niż trzy priorytety, to znaczy, że nie masz żadnego.

 

Nawet jeśli zejdziemy na ziemię i przeanalizujemy te najczęściej powtarzane postanowienia: schudnę, zacznę biegać, będę odżywiać się zdrowo, zacznę oszczędzać, to i tak wyjdzie nam, że często robione są na wyrost.

Przepraszam, że pozbawiam Cię złudzeń, ale z ogromnym prawdopodobieństwem NIE SCHUDNIESZ.
Może zaczniesz biegać, ale co potem? Pewnie skończysz równie szybko. Oczywiście mogę się mylić, może jesteś tą jedną na tysiąc, której się uda. Bardzo proszę – udowodnij mi, że źle Cię oceniam.

Nie chcę przez to powiedzieć, byś zrezygnowała zupełnie z postanowień i pracy nad sobą. Wręcz przeciwnie.  Chcę zachęcić  do świadomego formułowania planów i do tworzenia celów, które zrealizujesz.

To wcale nie jest trudne. Wystarczy zastosować kilka zasad, które zwiększą prawdopodobieństwo, że Ci się uda.

 

noworoczne postanowienia

 

Spraw, by cel który przed sobą postawisz były SMART:

S szczegółowy, konkretny, prosty
Idealnie, jeśli Twój cel będzie odpowiadał na pytania: co, kto, kiedy, dlaczego? Postaraj się jak najbardziej precyzyjnie określić co chcesz osiągnąć, jakie to przyniesie korzyści, np.:  każdego wieczora sprzątamy kuchnię, na zmianę  ja i ON. Dzięki temu będę miała więcej czasu rano, w lepszym nastroju zacznę dzień, poprawią się nasze relacje bo wyeliminujemy jeden z powodów do kłótni  .

M – mierzalny.
Zamiast mówić: schudnę, powiedz schudnę 5 kg, albo zmieszczę się w rozmiar M. Stworzysz w ten sposób obiektywny punkt graniczny dzięki któremu możesz kontrolować swoje postępy, ale i określić, że właśnie zrealizowałaś swój cel.  Możesz świętować 🙂

A  – atrakcyjny.
Cel, który sobie wyznaczy, musi cię pociągać. Musisz tego naprawdę chcieć, czuć przyjemności dreszcz podniecenia na samą myśl o momencie, w którym go zrealizujesz.  Myśl o tym często. Wyobrażaj sobie siebie w sytuacji w sukcesu. To motywuje. Przynajmniej mnie 🙂

R – realistyczny.
Możliwy do osiągnięcia. Uważaj na podstępną ambicję i nie przeceniaj się. Początki są zazwyczaj najtrudniejsze. Łatwo zwątpić, jeśli ciągle jesteś na początku drogi. Jak najostrzejszy krytyk zweryfikuj swój plan.  Może warto go podzielić na kilka etapów i skupić się na pierwszym kroku.

Osobiście jestem zwolenniczką metody małych kroków. Do działania napędzają mnie sukcesy, dlatego wolę wyznaczyć sobie mniejszy cel, który szybciej osiągnę i potem dopiero określić następny.

Taki banalny przykład. Pewnego dnia postanowiłam pić 2 litry wody dziennie. Od razu zaczęłam chodzić do pracy z półtoralitrową butelką, którą miałam wypić w czasie 8 godzin.  Było to absolutnie niemożliwe. Nie dawałam rady zmieścić w sobie takiej ilości płynu. Miałam poczucie że ścigam się z czasem, byle zdążyć do 17 i byle zdążyć do toalety…  Po kilku dniach nieudanych prób stwierdziłam, że to nie dla mnie. A wystarczyło zacząć od mniejszej butelki 😉

T – terminowy, czyli określony w czasie.
Wyznacz datę realizacji celu, ale nie zapomnij też ustalić kiedy zaczniesz.
Jak mówi mądrość korporacji: jeśli masz na zadanie dwa tygodnie, zrobisz je w dwa tygodnie; jeśli dwa dni, zrobisz w dwa dni. To prawda. Bądź fair ze sobą i realnie wyznacz deadline.  Kiedy chcesz się zmieścić w tą wymarzoną sukienkę? Na swoje 60 urodziny, wesele brata, czy Dzień Kobiet (okazja dobra jak każda ;)?

 

Powyższa metoda stosowana jest przez coachów biznesu i  trenerów rozwoju osobistego, ale doskonale nadaje się do użytku domowego. Nie oszukujcie się, nie przeceniajcie. Świadomie wyznaczajcie cele.
Przyznaję –  mierzę własną miarą. Śmiało mogę powiedzieć, że w braniu na siebie zbyt wiele jestem ekspertką, dlatego wiem jak źle to się może skończyć.  Spadek samooceny, brak poczucia kontroli, ogólne nieogarnięcie.

Jeśli masz datę rozpoczęcia, datę zakończenia, cel nie przerasta Cię zbytnio, jest możliwy do realizacji w założonym czasie, masz wizję tego jak będzie wyglądał kolejny krok – to już nie jest noworoczna obietnica, o której zapomnisz po karnawale, to brzmi jak plan 🙂