Category

Kulturka

Category

Jak zapinać pasy bezpieczeństwa w ciąży

– Czy będąc w ciąży powinnam  zapinać pasy bezpieczeństwa w samochodzie?

– W myśl przepisów – nie musisz.

– Ale czy POWINNAM?!

Mam nadzieję, że każda przyszła mama zadaje sobie takie pytanie, a nie podąża ślepo za literą prawa. Literą, która w tym wypadku jest raczej kulfonem.
Dlaczego? Bo przepisy, które aktualnie obowiązują są… nieaktualne. Nie uwzględniają wyników najnowszych badań, testów i technologii zastosowanych w samochodach.
Polska jest jednym z trzech ostatnich krajów Unii Europejskiej, które zezwalają ciężarnym na jazdę bez pasów.
Co więc robić, skoro przepisy mówią jedno, a specjaliści, internet i jakaś-tam-blogerka drugie?
Poszukać informacji i podjąć odpowiedzialną i świadomą decyzję. Decyzję, która może zaważyć o życiu Twoim i Twojego dziecka. Dlatego NIKT nie może CI niczego narzucić. nawet Policja. To, że przepisy się mylą, zwalnia Cię z obowiązku rozsądnego myślenia i odpowiedzialności. Będziesz mamą – najwyższy czas przywyknąć.  To, że nie musisz zapinać pasów, nie oznacza że nie możesz. Co więcej, wiele osób, instytucji i jakaś-tam-blogerka będą Cię przekonywać, że:

W CIĄŻY POWINNAŚ ZAPINAĆ PASY BEZPIECZEŃSTWA!

Spróbuję w kilku punktach odczarować temat.
1. TY, czyli CIĘŻARNA
Tu w zasadzie strawa jest jasna. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo podczas jazdy samochodem, kobieta w ciąży niewiele się różni od kobiety w rozmiarze XXL.  Systemy bezpieczeństwa w samochodzie, chronią Was tak samo skutecznie. I na tym zakończmy, bo nie dam się wciągnąć w polemikę na temat wyjątków kiedy, to niezapięte pasy uratowały komuś życie.
Chcesz, to testuj Teorię Darwina i nie marnuj czasu na czytanie dalszej części tego wpisu.
Ani na tego bloga, bo się nie dogadamy.
2. DZIECKO
To właśnie bezpieczeństwo nienarodzonego dziecka może budzić wątpliwości. Czy zapięte pasy, mogą mu zagrażać?
Wbrew pozorom, to złożone zagadnienie i nie da się na nie odpowiedzieć jednym słowem: tak lub nie.
Bo pasy zapinać to trzeba umieć drogie Panie Przyszłe Mamy!
ŹLE ZAPIĘTE pasy mogą zagrażać  nienarodzonemu dziecku.
PRAWIDŁOWO ZAPIĘTE PASY BEZPIECZEŃSTWA nie zagrażają dziecku w łonie matki!

Jak więc kobiety w ciąży powinny zapinać pasy, by nie narażać dziecka?

Pas nie powinien być prowadzony po brzuchu, ani nad nim.
Część ramieniowa powinna przebiegać pomiędzy piersiami i z boku brzucha, a część biodrowa po udach
i miednicy.
W utrzymaniu pasa w prawidłowej pozycji bardzo pomagają specjalne adaptery do pasów dla ciężarnych,
na przykład taki jak ten ze sklepu TOSIA
To była pierwsza rzecz jaką kupiłam dla mojego dziecka, zaraz po założeniu karty ciąży. Tak na wszelki wypadek.
Ważne jest również odpowiednie ustawienie fotela. Oparcie powinno być tak pionowo, jak dasz radę wytrzymać, a siedzenie maksymalnie odsunięte do tyłu. 

3. KOMFORT
Tak, wiem. Też to miałam. Pasy cisną, duszno się robi i nie jest wygodnie. Ale nie oszukujmy się: w ciąży, zwłaszcza zaawansowanej, ogólnie nie jest wygodnie.
 Ile czasu zajmuje Ci przyjęcie odpowiedniej pozycji do snu? Właśnie. Dlaczego więc oczekujesz, że będzie Ci wygodnie w samochodzie? Najwyższy czas pogodzić się z tym, że ta odrobina dyskomfortu, to swoiste ubezpieczenie. Cena ją musisz zapłacić, żeby Twoje dziecko miało matkę.  Żebyście mogli cali i zdrowi spojrzeć sobie w oczy. Już niedługo 🙂
4. PODUSZKI POWIETRZNE
Nie, nie są dodatkowym zagrożeniem.  Razem z pasami bezpieczeństwa stanowią jeden zintegrowany system, który ma Cię chronić. Naprawdę poduszki, też biorą udział w crash-testach. A wiesz, że  w takich testach używany jest manekin zbudowany na wzór kobiety w ciąży? Możesz go zobaczyć tu: KLIK
Podobny manekin uczestniczył w badaniach przeprowadzonych przez Volvo Car Group. Wyniki jednoznacznie dowodzą, że kobiety w ciąży powinny zapinać pasy i upewniać się, że robią to prawidłowo, oraz że są lepiej chronione w trakcie zderzeń czołowych, gdy w kierownicy jest poduszka powietrzna. Więcej o badaniach przeczytasz w artykule NATEMAT.
5. I ZNOWU TY!
Nienarodzone dziecko najbardziej  potrzebuje Ciebie – Mamo. Nie tylko po to, żeby przeżyć, nie po to żeby bezpiecznie przyjść na świat. Potrzebuje Cię jeszcze dużo, dużo później.
Musisz być zdrowa i silna, żeby wstawać do niego w nocy, żeby czuwać przy nim kiedy będzie chore, żeby schylać się przez pół dnia, kiedy zacznie nieporadnie chodzić trzymając Cię za palce, żeby je gonić kiedy już te palce puści, żeby przygotować na pierwszy dzień w przedszkolu, a potem ostatni dzień w szkole. Żeby pomóc przy dzieciach,
bo babcia, to prawdziwy skarb.Więc teraz jeszcze raz dobrze zastanów się, czy powinnaś zapinać pasy.

Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam Ci w podjęciu jedynie słusznej decyzji :)Poza tym dbanie o prawidłowo zapięte pasy to bardzo dobry nawyk. Niedawno pisałam w tej sprawie List do Pani o zielonych oczach. A już niedługo znowu napiszę o bezpiecznym przewożeniu dzieci w samochodzie.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak zapinać pasy, możesz skorzystać z BEZPŁATNEGO SZKOLENIA, które odbędzie się już 27 listopada w ramach akcji „Ciąża i pasy”.
Podczas szkolenia dowiesz się:
  • jak bezpiecznie zapinać pasy w ciąży
  • jakie błędy popełniają ciężarne zapinając pasy i jak ich uniknąć
  • do czego służą adaptery do pasów i jak ich poprawnie używać
  • na co musi uważać przyszła mama za kierownicą
A co Ty sądzisz o zapinaniu pasów w ciąży?
——————————————————————————————–
UPDATE 12.11.15
Po kilku dniach w sieci ten wpis zebrał bardzo dużo komentarzy na forach, grupach i profilach FB. Niestety znaczna część z nich to głosy matek, które nie zapinają pasów. Poza argumentami w stylu „to niewygodne” pojawiły się też takie których się nie spodziewałam.
– Póki nie będę musiała, nie będę tego robić.
– Wszyscy znajomi dziwili się, że zapinam pasy w ciąży.
– Prawo na to pozwala, więc o co chodzi?
– Lekarz mi mówił, żeby unikać jazdy w pasach (nie powiedział, żeby unikać jazdy samochodem w ogóle).
– Jeździłam bez pasów i urodziłam zdrowe dziecko.
– Nie popadajmy w skrajności.
– zapinałam tylko jedną część, drugą prowadziłam za plecami.
Sądziłam, że to będzie banalny tekst, ale skala tego typu komentarzy mnie przeraziła. Dlatego powiem wprost.
Możliwość jazdy bez pasów w NIE JEST PRZYWILEJEM ciężarnej!
Pierwszeństwo w kolejce, miejsce siedzące – tak.
Możliwość jazdy bez pasów jest pułapką nieaktualnych przepisów!
Nie daj się w nią wciągnąć.
Czy będąc w ciąży pijesz alkohol? Palisz papierosy? Zażywasz dowolne leki?
Przecież to też nie jest zabronione.
Nie robisz tego, bo masz SWÓJ ROZUM. Bo chcesz mieć zdrowe i silne dziecko. Chcesz być matką.

6 rzeczy których musisz nauczyć się od dziecka, żeby odnieść sukces

Przeglądając wczoraj jakieś stare materiały ze szkolenia, znalazłam pewną notkę motywacyjną. Była to lista pt.: „6 zasad dzięki którym odniesiesz sukces”.

Przeczytałam, pomyślałam że mądre, zaczęłam się zastanawiać gdzie to powiesić. W tym momencie spojrzałam na Synka.  Akurat wdrapywał się na stolik.
I tak sobie pomyślałam, co by na tą mądrość powiedziało dziecko?
Dziecko, które codziennie, ba kilka razy dziennie, podejmuje dziesiątki prób, ponosi setki porażek, a i tak kładzie się spać z kilkoma sukcesami na koncie. Czasem mimo zmęczenia, walczy ze snem, bo tak bardzo nie może doczekać się jutra, choć to wcale nie będzie łatwiejszy dzień.
Chyba brzmiało by to mniej więcej tak:
1. Wierz w siebie.
No raczej. Kto jak nie ja? 
Kto za mnie nauczy się jeść łyżką, bić brawo, zakładać buty, wchodzić na schody, myć ręce, schodzić z krzesła….
Tylko daj mi szansę to zrobić.
Uwierz we mnie.
2. Łam niektóre zasady i reguły.
Nie mam pojęcia co to jest. Prawdopodobnie łamię je, depczę, przeżuwam, wypluwam, mymłam i znowu przeżuwam.
Sorry jeśli Cię uraziłem.
3. Nie obawiaj się porażek.
A to można bez porażek? Bez próbowania? Tak za pierwszym razem?!
4. Ignoruj tych, którzy są na nie.
„Nie wchodź tam, nie dotykaj tego, nie bierz do buzi, nie wolno, nie ruszaj”.
Gdybym ich słuchał, do dziś moim największym sukcesem byłoby podnoszenie główki.
Zaufaj mi, ten punkt mam opanowany do perfekcji.
5. Pracuj ciężko.
Nic innego nie robię. Może Cię zmylić, to że przy okazji świetnie się bawię, ale to wszystko jest ciężka robota.
6. Dawaj coś z siebie innym.
Daję nawet jak udają, że nie chcą.
Zasmarkane buziaki, ubłocone przytulasy, codzienne powody do śmiechu, bezwarunkową miłość i trochę szczęścia w bonusie.
Był jeszcze dopisek:

Pamiętaj nigdy nie wejdziesz na drabinę z rękami w kieszeniach.
A chcesz się założyć? 😛
Też tacy byliśmy. Pamiętasz? To, że dziś CZYTASZ ten tekst, na urządzeniu wymagającym obsługi, to że polubisz go, albo podasz dalej 😉 – to wszystko znaczy, że odniosłeś w życiu sporo sukcesów. Poniosłeś porażki, pokonałeś zwątpienie, stawiłeś czoło przeciwnościom. 
Byłeś małym okruszkiem w wielkim świecie. 
Dziś skala zmieniła się tylko trochę. Ty jesteś wyższy, ale świat pozostał ogromny. 
Czy faktycznie wyzwania, przed którymi teraz stoimy są większe, niż te które ma dziecko?
Przecież my oswoiliśmy już życie. To, że znamy reguły powinno nam pomagać i pchać do przodu, nie wstrzymywać.
Pomyśl ile masz, jak wiele potrafisz. 
Czy jako dziecko poddałbyś się przy pierwszej przy którejkolwiek próbie?
O którym punkcie zapomniałeś?
Co zmienisz dziś?

Błędne koło

Są takie chwile, że Zwykła Matka ma dosyć. Chciałaby uciec, albo schować się w kąt najciemniejszy. 
I to nawet nie tyle ze zmęczenia, co ze wstydu.  Hormony, albo inne czynniki jej w głowie namieszały i teraz serce ściska jak pomyśli, że ma dziecko na 10 godzin dziennie zostawić. Nie idzie więc do pracy, tylko jest „na urlopie”. Zaparła się. Dla dobra dziecka to zrobi. Najwyżej plan ekonomiczny się wdroży na jakiś czas. Ona da radę. Posiedzi, macierzyństwo pocelebruje, dzieckiem się zajmie, czasem jakiś projekt zdalnie wykona. 
Da radę. No bo „kto, jak nie my?” 

Tak się zaczyna. 
Wieczny wyścig z czasem. 
Łapanie każdej chwili, w której ma się wolne ręce. 

Logistyka
Zapakować zmywarkę, czy odpisać na maila? 
Na maila można odpisać z telefonu na placu zabaw, a zmywarkę jak się przy dziecku otworzy, to zaraz tam wlezie.. 

Podejmowanie decyzji 
Robić schabowe, czy podać pierogi z garmażerki, a zająć się przeglądem szaf przed zimą? Sam się nie zrobi. I nikt inny tego nie zrobi. Prędzej Tata te schabowe utłucze, niż się zorientuje, które spodnie są Córeczki, a które Synka. Już za małe, czy jeszcze za duże? 
Potem by się przydało kilka aukcji wystawić, żeby ten plan ekonomiczny wesprzeć. Zdjęcia najlepiej robić w świetle dziennym, czyli jak Małe będzie spało. To kiedy zmywarkę zapakować? A jeszcze maile czekają..

Wyznaczanie priorytetów
Zabrać Go na spacer, czy puścić bajkę? Tylko dziś w drodze wyjątku…  i nadgonić ten projekt, co już zaczyna być lekko przeterminowany? Wyjątki kuszą, a potem się powtarzają. Nie da się Matka tej pułapce!  
Przecież jest jeszcze noc. O ile nie zaśnie przy przy czytaniu bajeczki… Bo Tata jest fajny do wygłupów na dywanie, ale w łóżku ma być Mama. 

3:00 AM 
Dało się. Plan dnia zamknięty. To nic, że rano trzeba wstać. Ważne, że prawie daje radę. Jednak kiedy tylko lekko poczuje, że coś się zaczyna układać, zdarza się katar, dead-line, fuck-up, PMS i audyt u Niego w firmie. 
To nic.
Postanowiła być dobrą matką, gospodynią, freelancerem. Inne matki przecież  dają radę. Mają zadbane dzieci, karierę, pomalowane paznokcie i porządek w domu. Ona też da. Najwyżej te paznokcie odpuści. 
To co,  że nigdy na własne oczy nie widziała kobiety, która by SAMA wszystko to pogodziła. Ona da radę, bo jest wyjątkowa. Tzn. wyjątkowo uparta. 
I nagle okazuje się, że dziecko na kolanie przed komputerem posadzone, gary w zlewie, projekt wisi. 

3:00 AM. 
Kawa. Next day. 
To nic.Niedługo Babcia przyjedzie, to sobie Matka odpocznie. Odeśpi .A potem Babcia przyjeżdża i Matka głupieje. Szaleje wręcz. W pierwszej chwili, nawet się położy (ze zdrowego rozsądku), ale dostaje takiej  gonitwy myśli, przyspieszenia tętna i napięcia mięśni, że zrywa się po chwili. Przecież nie można tyle cennego czasu, danego od losu (czyt. Babci) zmarnować. Co zrobić. Co nadgonić? Okna umyć bo już ich zasłaniać prawie nie trzeba? Czy raczej zająć się tym nowym projektem, bo wygląda obiecująco, a strasznie dużo roboty przy nim będzie?

Podobno w sieci są poradniki dotyczące organizacji. 
Podobno są nawet kursy zarządzania czasem. 
Podobno na blogach dziewczyny się dzielą swoimi sposobami na ogarnianie wszechświata. 
Tylko kto ma czas, żeby to czytać? Na pewno nie Matka Zwykła.

Są takie dni, że czas jakoś spowalnia.  
Są takie miejsca, że zdjęcia robią się same i nawet te nieostre i prześwietlone będą w ramce.  
Są tacy ludzie, dla których warto  gonić własny ogon.

Ktoś jeszcze, jak ten chomik w kołowrotku?
Chętnie poczytam…

Boję się szkoły

Mając kilka lat, nie mogłam doczekać się kiedy zostanę uczennicą. Babcia często mi powtarzała, że trzeba się uczyć, bo tego co mam w głowie nikt mi nie zabierze. Rozumiałam już, że przeżyła wojnę i wie o czym mówi. Na dodatek reklamowała mi tę szkołę jak najlepszy Brand Manager. Do dziś pamiętam jej opowieści o eksperymentach na lekcjach chemii i doświadczeniach na fizyce.
Te poważne przedmioty zaczynały się dopiero w 4 klasie, zdążyłam więc wyzbyć się złudzeń i uniknąć bolesnego rozczarowania.
Na przygotowanie do szkoły moich dzieci  mam  czas. 1 września jeszcze przez kilka lat będzie dla nas zwykłym dniem, ale już dziś przeraża mnie jak to będzie.
Naprawdę, tak jak sen z oczu spędza mi moja emerytura, tak samo martwię się o szkołę moich dzieci.
Uważam, że pięciolatki są gotowe na szkołę. Mam za to ogromne wątpliwości, co do tego, czy szkoła jest gotowa na pięciolatki. 
Dzieci mają naturalną ciekawość świata, są kreatywne, łatwo przyswajają wiedzę. Ale też są żywiołowe, funkcjonują według określonego rytmu, nie wszystkie potrafią skupić uwagę, usiedzieć w miejscu, powstrzymać się od rozmów, czy zwyczajnie poczekać przez dłuższy czas. Czy nauczyciele zostali odpowiedni przygotowani? Programy nauczania i sale dostosowane do potrzeb i możliwości dzieci?
Bardzo jestem ciekawa opinii rodziców tegorocznych pięciolatków. Będę je zbierać skrupulatnie po zakamarkach internetu i nie tylko. Wnioskami się podzielę, obiecuję!
Nauczyciele. No właśnie. Czy będziemy „z jednej bajki”? Dogadamy się? Z jednej strony jestem za budowanie autorytetu i szacunku do nauczyciela. Z drugiej, uważam że nauczyciel powinien na ten szacunek zasłużyć, bo nie zgadzam się na  ślepe posłuszeństwo. Chcę żeby moje dzieci miały własne zdanie, potrafiły je wyrazić bez obaw, podając odpowiednie argumenty.  
No i koszmar mój największy. Logistyka. Jak to się żyje z dzieckiem szkolnym, pracując na etat od 9 do 17, plus dojazdy?! Jeśli nie ma Babci po sąsiedzku? Świetlica? Kompletnie nie wiem, jak dziś wyglądają świetlice. Nigdy na świetlicy nie zostawałam. Zupełnie nieracjonalnie, wiem, ale mam opór i lęk świetlicowy. 
Cóż… Dzieci pewnie dadzą sobie świetnie radę, a ja i tak się będę zamartwiać. Mimo tych obaw, postaram się żeby czekały na szkołę jak na wspaniałą przygodę. Bo choć nie zawsze lekcje wyglądają tak jak w opowieściach mojej Babci, to w jednym miała racje: tego co masz w głowie, nikt Ci nie odbierze.  
W tym roku zrobiłam pierwszy krok.
– Mamo, czy tu jest biblioteka?
 Zapytała mnie ostatnio Córeczka. Po pierwsze zdziwiło mnie, że zna takie słowo. Po drugie… byłyśmy w eleganckim dość sklepie z ubraniami.
– A dlaczego tak myślisz?
– Bo jest tak cicho.
Powiedziała wcale nie szeptem i zdziwiła mnie, że najwyraźniej wie o czym mówi. Brawo przedszkole! 
Skoro teoretycznie została już przygotowana, to postanowiłam pokazać jej jak biblioteka wygląda, żeby już w przyszłości nie miała wątpliwości 🙂
Z okazji nowego Roku Szkolnego wybrałyśmy się więc na wycieczkę do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. 
Jej się podobało, owszem. Ja byłam zachwycona.  
Zobaczcie sami.

Sama nie wiem…  Fajniej jest w środku, czy na zewnątrz?

PS. Obok BUW jest też bardzo miły park. Do parku przychodzą młode pary robić sobie zdjęcia. Panny Młode mają sukienki i buty. A Ona kocha buty… 

Więcej zdjęć na naszym Instagramie: 100pociech.blog  KLIK

W głowie się nie mieści to film dla rodziców

Zabrałam Ją do kina na ten film. Nie byłam przygotowana, recenzji i opinii nie przeczytałam. W tak zwane ciemno poszłyśmy. Prawie w ciemno, bo reklamę kinową raz widziałam, ale i tak miałam obawy. Jeśli chodzi o dzieci, to najbardziej lubię te filmy, które już widziałam. Mam tak od czasu, kiedy przez splot wydarzeń zamiast na „Pszczółce Mai” wylądowałyśmy na „Barbie i coś tam”. 

Wiedziałam, że „w głowie się nie mieści” to film o emocjach. Zastanawiałam się, czy to nie za trudny temat? Czy odpowiedni przekazany? Czy zrozumie? Nie znudzi się? Na wypadek gdyby to była kolejna eksplozja różowej popkultury, miałam naładowany telefon i zaplanowaną sesje na FB.  
Nie jestem pewna ile Ona z filmu zrozumiała, ale ja telefonu nie wyciągnęłam. Okazało się  bowiem, że nie jest to byle kreskówka lecz animowany film edukacyjny, który każdy rodzić obejrzeć powinien.
Dla dorosłych
Dlaczego film jest dla rodziców? Bo pomaga zmienić perspektywę.  W prosty, przystępny sposób (czyli tak, jak lubię najbardziej) pokazuje skomplikowaną sferę funkcjonowania człowieka. 
Pozwala popatrzeć na dziecko, nie jak na Złośnika, Marudę, czy Beksę, tylko jak na osobę kierowaną emocjami. Emocjami, na które nie ma wpływu. Ulega im bezwiednie. Przecież panowanie nad sobą, to wielka sztuka. Wiemy o tym wszyscy, którym zdarzyło się krzyknąć na dziecko.

Odpowiedzialność
Kiedy przeniesiemy odpowiedzialność za poszczególne zachowania z dziecka na emocje, zdamy sobie sprawę, jak często potrzebuje ono naszego zrozumienia i pomocy. 
Czasem może to oznaczać wycofanie się, zostawienie przestrzeni do wyładowania energii. Czasem zareagowanie wbrew temu co nam się wydaje na pierwszy rzut oka, bo agresja może być przejawem smutku, a nie złości. A czasem wystarczy po prostu być obok. 
Nie tylko radość
Film uświadamia, że wszystkie emocje są ważne. Pełnią określone role. Dzieci nie muszą być zawsze radosne – choć czasem tak byśmy chcieli, tego od nich oczekujemy. Czasem się złoszczą, bo nie wiedzą co innego mogą zrobić. Czasem się smucą – i nie jest to ani ich, ani nasza wina. 

Fundamenty
Musimy cały czas bardzo uważać na to jak postępujemy z dzieckiem, bo przecież właśnie tworzą się jego wspomnienia. Tu i teraz. Codziennie. A niektóre z nich utworzą fundamenty. Staną się podstawą osobowości. I nigdy nie wiadomo, które to będą wspomnienia. Na czym więc ma budować Twoje dziecko? Na wspomnieniu strachu przed klapsem, zmarszczonych brwi, grożenia palcem? Czy wspólnych wygłupach, empatii, wsparciu, dumy z jego osiągnięć?
Zabrakło mi
Jeden tylko widzę minus scenariusza. Myśląc o dzieciach starszych niż moje, dzieciach które zrozumieją znacznie więcej z filmu. Myślę, że warto byłoby im pokazać, że nie tylko emocje kierują nami. My też czasem przejmujemy stery. Możemy powściągnąć złość, stłumić odrazę, przezwyciężyć strach. Trudna to umiejętność, ale możliwa do opanowania i bardzo ważna. Choć czasem o tym zapominamy, to na tym między innymi polega  bycie dorosłym. Na panowaniu nad emocjami. Jestem dorosła, nie biję.
Córeczka zobaczyła, że jest kilka emocji, że mogą powodować różne zachowania. Rozmawiałyśmy o tym, kiedy można się złościć, a kiedy smucić i do jakiego stopnia. Ustaliłyśmy na przykład, że brak różowej sukienki na podorędziu może być powodem smutku, ale nie koniecznie płaczu.
Ona ma 3 lata. Oczywiście, że to tylko rozmowa i pewnie kolejny kryzys pralniczy skończy się aferką, ale mamy punkt zaczepienia. Ja się nie zdenerwuję, bo przypomnę sobie, że to chwilowo smutek przejął stery za konsolą. Od razu więcej cierpliwości będę miała do tłumaczenia, że inne kolory też są ładne. 
A może przy okazji stworzymy jakiś fajny fundament?

PS Dla tych,którym taki sposób rozmowy o emocjach się spodobał, mam dobrą wiadomość. Wydana została seria książeczek nawiązujących do filmu, w których poznajemy bliżej poszczególne stany emocjonalne KLIK.

Cukier owocowy

Niby lato w pełni, na straganach i bazarkach owoców tyle, że nie wiadomo co wybrać, a tak naprawdę  sezon mija nie wiadomo kiedy. Na truskawki na przykład jest już w zasadzie ostatni moment. Ja truskawki lubię bardzo, ale te prawdziwe. Nie znoszę truskawkowej czekolady, galaretki, batoników.Wszystko ten smak naśladuje naśladować, pachnie mi chemią…  Co więc zrobić, żeby te smaki i zapachy zostały z nami na dłużej? Można przetwory, ale dziś mam propozycję dla lubiących szybkie i proste sposoby. 
Zaczęło się w zeszłym roku od truskawek właśnie. Pomysł, jak wszystkie wielkie odkrycia powstał przez przypadek, w zeszłym roku. Tak, patent jest nasz własny, a wszelkie prawa autorskie przynależą się naszemu domowi 🙂

Sposób wykonania jest banalnie prosty.
Składniki:
– 1 szklanka cukru (+ druga w zapasie)
– odrobina wybranego owoca, np. pół średniej truskawki, jedna malina.
Cukier może być zwykły, ale bardzo ładnie wyglądają duże kryształki, tzw. „gruba rafinada”.
Truskawkę musisz oczywiście umyć. Ważne, żeby ją potem dobrze osuszyć, np. ręcznikiem papierowym. Jedyna wilgoć jakiej potrzebujemy to sok z owoca. 
Najważniejsze, to nie dopuścić żeby cukier się rozpuścił. 
Ma się zabarwić, wchłonąć sok. Jeśli wyjdzie zbyt mokry, zacnie się sklejać w grudy, po prostu dosyp cukru.
Będzie Ci się wydawać, że pół truskawki to za mało, będzie Cię kusić żeby dać całą.
Poczekaj. Najwyżej dołożysz. A potem dosypiesz cukru 😉
Do miseczki wsypujemy cukier, dokładamy truskawkę i zamaszystym ruchem, jakbyśmy roztrzepywali białko, rozcieramy.
Gotowy cukier wysypujemy cienką warstwą na tacy i zostawiamy do wyschnięcia. Co jakiś czas rozgrzebujemy widelcem, rozgniatając ewentualne grudki.
W tak upalne dni jak dziś, suszenie zajmuje mi jeden dzień. 
Przechowuję w metalowych puszkach po herbacie. Wreszcie się na coś przydadzą 🙂

Co z tym robić?

Wykorzystuję do posypania bitej śmietany na mrożonej kawie, ozdabiania lukrowanych ciasteczek i kremowych tortów. 

Czasem też (zwłaszcza zimą) podaję jako zwykły cukier. Wprawdzie, aromat się zgubi, ale wrażenie na gościach pozostaje. Siła autosugestii jest nie do przecenienia 😉
Jeszcze jedno zastosowanie. Czary Mary. Ja mam swoje – pisałam o nich przy okazji Tubek na przekąski, a Córeczka ma swoje – różowe oczywiście.
Jeśli kręci nosem na jedzenie, marudzi, wybrzydza – pozwalam jej posypać odrobiną owocowego cukru. Czary wiadomo, trzeba oszczędzać. Bardzo często działają 🙂
Zaczęło się od truskawek, ale w tym roku  eksperymentuję też z innymi owocami. Oto w:
truskawka – klasyka sama w sobie,
malina –  pachnie obłędnie,
jeżyna –  ładny kolor, ale stosunkowo słabo pachnie, chyba po wysuszeniu spróbuję do tego samego cukru dodać jeszcze jeden owoc,
jagody – są małe więc trudno je rozgnieść, ale warto bo dają najładniejszy kolor.

Uwaga: 
W odróżnieniu od gotowych kolorowych posypek, cukier stosunkowo łatwo się rozpuszcza, dlatego lukier musi być wystudzony.
Jeśli spróbujecie, dajcie znać jak wyniki Waszych eksperymentów 🙂

CV Matki

Mama zaczyna myśleć o powrocie do pracy. 

Pierwsze co czuje to dreszcz podniecenia, na myśl o tym co ją czeka.
Nowe zadania.
Zmiana oteczenia.
Wyzwania MERYTORYCZNE.
Pierś sama wypina się do przodu, nos wędruje do góry, uśmiechu nie można powstrzymać.
„Kto jak nie Ja”!?

Zaraz potem dresz przechodzi we wstrząs i gulę w gardle. To rozpacz, że  trzeba będzie się rozstać.
Na tyle godzin. Tyle razy w tygodniu…

Następnie gula rośnie jeszcze bardziej, ramiona opadają, a szczękę trzeba zbierać z podłogi.
To strach. A raczej przerażenie, bo właśnie sobie uświadomiła jak długo jej nie było!
Ile się zmieniło?
Czy te programy, które zna są jeszcze w użyciu?
Czy się jeszcze nadaje?
Czy umie rozmawiać z dorosłymi?
Czy skoro jest Matką, to czy ktokolwiek będzie chciał z nią rozmawiać?!

Przecież wiadomo z czym się kojarzy kobieta z małym dzieckiem. Wieczna niedyspozycja. Ciągłe L4 na dziecko. Wcześniejsze wyjścia.

Samoocena zawodowa: ZERO.

Jak ma dobrze wypać na rozmowie kwalifikacyjnej, skoro sama w siebie kompletnie nie wierzy?!
Nie czuje się na siłach.

– Co Pani ostatnio czytała?
– „Ulicę Czereśniową”. Wszystkie tomy.

– W jakim projekcie ostatnio Pani brała udział?
– Wprowadzanie glutenu.

– Pani największy sukces?
– 3 lata bez klapsa.

Ale jest przecież druga strona medalu.
Matka chce wyjść o czasie, dlatego nie będzie pić kawy przez pół godziny. Nie wyjdze kilka razy na papierosa. Daruje sobie Pudelka, FB i biurowe ploteczki.
Swoją robotę zrobi dobrze za pierwszym razem.
Rozwijając kreatywność swoich dzieci, sama zaczęła wpadać na świetne pomysły.
Komunikacje niwerbalną ma opanowaną do perfekcji.
Co jeszcze?
Zobaczcie filmik.

Oto uniwersalny załącznik do CV każdej Matki.

W filmie trochę motywacji, dla tych które zgubiły gdzieś wiarę w siebie.

Podajcie film dalej, niech się pracodawcy dowiedzą, że Matka ma Moc!

A jaka jest Wasza lista dodatkowych atutów?

Ten wpis został wyróżniony w cotygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice.



Dla dobra dziecka

Znam dwa małżeństwa. Podobne dość.  Duże miasto jedno na północy, drugie bliżej centrum kraju. Oni wykształceni, zamożni, aktywni, sympatyczni. Jedno dziecko. Oczko w głowie. Tu dziewczynka, siedmioletnia Ania, tam Krzyś lat 4. 
Nagle coś się nie udaje. Mniej więcej w tym samym czasie podejmują decyzje o rozstaniu. 

Jeszcze nie rozwód, ale już separacja. 

Tak się złożyło, że w obu przypadkach to Mama decyduje się spakować i wynająć mieszkanie. Ale to nie istotne. Oboje dziecko kochają, więc się nim dzielą sprawiedliwie, nowocześnie.

Dwa tygodnie z Mamą w nowym mieszkaniu, dwa z Tatą w domu. Tak będzie najlepiej dla dziecka. Wszystko zostało przemyślane. Zaplanowane. Wytłumaczone. Rodzice są dumni, bo dzieci takie dojrzałe. Tak wszystko rozumieją, tak dobrze, spokojnie tą nową sytuacje przyjęły. Krzyś cieszy się nawet z nowego pokoju i dodatkowych zabawek, a Ania u mamy ma blisko najlepszą koleżankę.
Mieszkamy daleko, więc doniesień o sytuacji słucham przez telefon. A raczej słuchałam, bo ostatnio staram się nie odbierać. Skończyła mi się tolerancja na hipokryzje.Ciągłe zasłanianie się „dobrem dziecka”, które szczęśliwe może być tylko wtedy kiedy ma szczęśliwych rodziców, choćby osobno. A tu najlepsza decyzja od dawna. Chociaż boli, to taka świeżość, oddech. Razem już się dusili, nie dogadywali w sprawach fundamentalnych.
Sama nie wiem, czy bardziej trafia mnie szlag, czy serce mi pęka. 
Bo ja tu dobra dziecka nie widzę. 
Ludzie się rozstają, wiem. Z różnych powodów. Bywają sytuacje ekstremalne, z nimi nie dyskutuje. Nie godzę się natomiast z pójściem na łatwiznę. 
Jak wychowuje nas nowoczesny świat? Dopiero co pochylałam się nad losem dzieci, które mają wszystko. A co z nami, dorosłymi?  My pokolenie i-phona,  user frendly. Nie musimy się starać,  męczyć. Wystarczy nacisnąć guzik i gotowe. Klik. Przepraszam, nie trzeba naciskać, wystarczy dotknąć. 
Potrzebujesz witamin? Łyknij tabletkę. Chcesz być szczupła? Odessij tłuszcz. Dziecko ma problemy z zasypianiem? Podaj syropek.
My egoiści – hedoniści patrzymy na związek przez pryzmat korzyści, a nie poświęceń. Niestety, takie podejście, rzadko wytrzymuje próbę czasu. 
Odzwyczailiśmy się od podejmowania wysiłku. Odzwyczajamy się od czekania na efekt. Wszystko da się zrobić, wszystko można dostać i to na już. Jestem Panem Świata! 
Czy moi znajomi zrobili wszystko co w ich mocy, żeby naprawić sytuacje? 
Czy byli u terapeuty, mediatora, księdza? 
Nie. Wyszli ze związku, w którym przestało im być wygodnie, w którym zaczęło być trudno. 
Nie chcę tu powiedzieć, że rozstanie jest łatwe, zwłaszcza rozstanie rodziców. Wręcz przeciwnie, ZAWSZE jest to trudna decyzja. Ale najszybciej daje efekt. „Co z oczu to z serca”,  a „czas leczy rany”. Nie trzeba codziennie walczyć ze sobą. Szukać nowych kompromisów. Oddawać kawałka siebie, w imię wyższego, wspólnego dobra. Rodziny.
W tym znaczeniu Oni wybrali najłatwiejsze rozwiązanie.
Rozstanie. 

Kiedy wreszcie dobro dziecka przestanie być terminem relatywnym, a będzie pojęciem jednoznacznym?

Ja w słowach „dla czyjegoś dobra” widzę poświęcenie, wysiłek, rezygnację z kawałka siebie. 
Nie kupię sobie nowej pary butów tej wiosny, żeby wystarczyło mi na bezpieczniejszy fotelik – dla dobra dziecka. Karmię piersią, choć to czasochłonne, nudne i czasem boli – dla dobra dziecka. Toczę bitwy o mycie zębów, rąk i uszu – dla dobra dziecka.
Nie idę na łatwiznę.
Ale jeśli dziecko ma zaleconą dietę, bo musi walczyć z nadwagą i dostaje specjalne posiłki, podczas gdy cała rodzina je niezdrowo, nie zmienia swoich nawyków żywieniowych, to czy to jest dobro dziecka? Jeśli nie zakładam mu kasku kiedy jeździ na rowerze, by było mu wygodniej, to czy to jest dobro dziecka? 
Choć to trudne, nie idę na skróty. Codziennie wyciągam skarpety zza kanapy. Raz na jakiś czas robię aferę o zachlapaną łazienkę, ale co wieczór ją wycieram. Naprawdę staram się pamiętać, by odkładać kluczyki na parapet, razem z dokumentami…
A jeśli kiedyś zelektryzuje mnie czyjeś spojrzenie. Jeśli zaschnie mi w gardle i ugną się kolana, odwrócę wzrok. Jeśli płakać będę już każdego wieczora, dorobię się garba od samodzielnej obsługi zmywarki, poproszę o pomoc. Nie dam się przestraszyć potworom, nawet tym najstraszniejszym: Nałogowi, Słabości, Chorobie. W każdym razie nie prędko. Jeśli będzie trzeba będę kochać za dwoje. I nie odpuszczę. Będę walczyć o nasz Everest. To obiecuję wam Córeczko i Synku.
A słuchając waszego śmiechu kiedy tarzacie się z Tatą po dywanie, patrząc jak spokojnie śpicie we troje, w niedzielny już-nie-poranek, będę błagać los by nigdy mnie z tej obietnicy nie rozliczył. 
Wracając do moich znajomych, nowoczesnych małżeństw na zakręcie. 
Skoro tak ważne jest dla Was dobro dziecka, to postawmy je na pierwszym planie. Ale tak naprawdę. 
To Wy pojęliście decyzje o osobnym życiu na dwa domy. Ponieście więc tego konsekwencje. Wy. Dlaczego to Wasz tak bardzo kochany jedynak dwa razy w miesiącu ma pakować plecaczek i przenosić się, ze swoim małym życiem?
Buj – buj. 
Mama – Tata. 
Tata –Mama.
Zróbcie to faktycznie najmniejszym kosztem dziecka. Niech ono zostanie u siebie, w swoim pokoju, w swoim łóżku. I tak mu się świat rozsypuje. Dlaczego więc zabieracie mu to coś stałego, materialnego? Dom. 
Wynajmijcie sobie dwa mieszkania (albo jedno większe w wersji ekonomicznej – każdy ma swój pokój) i sami ganiajcie z walizkami. 
Buj –Buj.
A potem zadzwońcie i powiedzcie, czy fajnie?

Ten tekst zajął 4 miejsce w tygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice

Mądrzy Rodzice

Dzieci, które mają wszystko.

„Właśnie miałem do Ciebie dzwonić!”

To podobno jedno z najczęściej powtarzanych kłamstw. Zaraz potem na liście jest
„Wolę dawać prezenty niż je dostawać”. 
W moim przypadku trudno powiedzieć co wolę, bo dawanie z dostawaniem miesza mi się i przeplata. Uwielbiam robić prezenty i jestem w tym naprawdę dobra. Poświęcam czas na ich znalezienie jeśli to coś kupionego, zaprojektowanie i wykonanie jeśli akurat wybiorę DIY, zorganizowanie jeśli to impreza niespodzianka. 
I zawsze – opakowanie. Nie lubię gotowych torebek. Rozdzieranie papieru, powolne odkrywanie zawartości to część magii dzieciństwa, która działa też na dorosłych. 
Kiedy już wymyślę prezent idealny, nie mogę się doczekać wręczenia go. Lubię szukać tego  wyjątkowego błysku w oku, drgnięcia kącika ust, uniesienia brwi. Oglądanie radości, a czasem zaskoczenia sprawia, że czuję się jakby to były moje urodziny. Na dodatek nie muszę sprzątać po gościach 🙂 Endorfiny w czystej postaci.
Niestety, ostatnio się  chyba zepsułam. Coraz częściej zamiast się cieszyć z okazji do zrobienia prezentu, myślę o tym jak o problemie. Najtrudniej mam z dziećmi. Moje prezenty stały się banalne. Zamiast radości, wywołują reakcje w stylu „Aha” lub „Ok…” potem szybki uśmiech nr 5 i ucieczka do pokoju zabaw.  
Niedawno pisałam o prezencie idealnym na Dzień Matki KLIK, a tu znowu Dzień Dziecka. Znowu trzeba coś wymyślić, czymś zaskoczyć…
Sądząc po wszechobecnych listach prezentów i inspiracji, nie tylko ja mam ten kłopot.
Bo wcale nie chodzi o to, że ja tych dzieci nie znam. Wręcz przeciwnie, znam je dobrze. Wiem co lubią, co im się podoba. Wiem, że Leon jest na etapie Spidermana,  Pola brokatu,  Maja pluszaków, a Julka gumowych bransoletek. 
Po prostu  wszystko co mi przyjdzie do głowy one już mają. 

Dzisiejsze dzieci mają wszystko. Nasze mieszkania są dosłownie zasypane zabawkami. Zabawkami które leżą, bo dziecko i tak bawi się 1/10 z nich. Ja zabawki chowam i czasem wymieniam, a i tak w ciągłym użyciu są zamiennie piesek „Córeczka” i lalka „Dzidziusiek”. Synek woli wtyczki, brokuła, albo kółko od walizki.
Moja znajoma robiąc porządki na strychu wyniosła na śmietnik stare zabawki swoich nie małych już dzieci. Wieczorem przybiegły podekscytowane, krzycząc: 
-Mamo!!! Zobacz jakie świetne zabawki ktoś wyrzucił… Możemy sobie zostawić?!!! 
Tak ponad połowa towaru wróciła z powrotem. 
Swego czasu stwierdziłam, że dla dzieci atrakcyjny jest element nowości, pierwsze wrażenie. 
Idąc tym tropem, jeszcze jako bezdzietna Ciotka, dałam się zapędzić w kozi róg. Dopiero jako Matka to widzę. 
Zauważyłam, że wypasione  zabawki, które znoszę i tak dnia następnego lądują  w kącie pokoju.Dzieci cieszy sama sytuacja otrzymania prezentu, zabawa trwa najwyżej jeden wieczór, a radość jest krótkotrwała. A o radość właśnie mi chodzi. Może więc lepiej więcej i częściej, niż raz a porządnie? Zaczęłam znosić figurki z kiosku, samochodziki z bazarku, kolorowe sprężyny od chińczyków i laleczki zombie.
Tu niniejszym przepraszam drogie Koleżanki, które zasypałam badziewiem!
Planując prezenty na 1 czerwca, zaczęłam zastanawiać się: Czego uczą się dzieci, które mają wszystko? Nie zdążą zamarzyć, nie muszą poprosić, bo rodzice sami podtykają im kolejne nowości, gadżety. 
Pewnie tak jak ja lubią dawać prezenty. Zastanawiam się, na ile jest to efekt pokolenia PRL. Może my, dzisiejsi dorośli, którzy z darów od księdza dostawaliśmy M&M’sy,  a Barbie widzieliśmy na wystawie w Pewexie, tak to sobie kompensujemy. Chcąc nieba przychylić dzieciom, kupujemy, dajemy. Nowe ubrania, zabawki, gadżety, kursy językowe, balety.
Tylko czego w ten sposób uczymy? Jakich ludzi wychowamy? Może takich, którzy sądzą, że im się wszystko należy?  Że w pierwszej pracy powinni dostać 5 000 na rękę i samochód. Takich, którzy nie rozumieją, że na efekty trzeba poczekać. Że ogród dopiero za 2 lata będzie wyglądał tak jak w projekcie, bo rośliny potrzebują czasu.
Oby nie. Obyśmy znaleźli równowagę między dobrodziejstwem cywilizacji, a pułapką konsumpcjonizmu.
Ale to praca na dłużej, a póki co znalazłam swój patent, swoją receptę na radość. 
Oto moja lista prezentów na 1 czerwca (i nie tylko):
– Czas
– Uwaga
 – Zaangażowanie
Impreza w dużym domu? Zbieram dzieciaki i bawimy się w chowanego. Dorośli, niby rozmawiają o swoich biznesach, crossficie i dietach, ale łypią okiem co rusz. Komentują pomysły na skrytki. Podpowiadają, powoli zaczynają pomagać w szukaniu tych najlepszych, 
w końcu sami się chowają, a ja jestem Królową  Balu!
Mało miejsca i pada? Guma lub cukierek dla każdego, w wersji eko jabłko, tyle że schowane. Zabawa w ciepło – zimno wciąga i nie ma końca. Potem smakołyki zastępujemy byle kręglem,
bo ważne „by gonić króliczka”.
Konkurs byle czego. Skoków na trampolinie, kopania piłki, picia mleka ze spodeczka bez użycia rąk.
Ważne, żeby rodzice byli w Jury, żeby znaleźć sposób oceny, w którym wszyscy wygrywają. Żabki i króliczki. 
Dzieci nie potrzebują zabawek, by dobrze się bawić.  Wspomnienia. To są najdroższe, bo bezcenne prezenty jakie możemy im dać.
Może w tym roku zastąpić duży prezent symbolicznym drobiazgiem, a w zamian wynająć ze znajomymi domek na ostatni weekend maja? Może wybrać się na niedzielny piknik*, albo na działkę? Pograć w badmintona, gumę, podchody? Świętować Światowy  Dzień Dziecka. Bo dzieci najbardziej cieszą się z rodziców KLIK.  A jeśli rodzice przypomną sobie jak to jest być dzieckiem, zdejmą krawaty i szpilki, dadzą się pobrudzić to większej radości być nie może!
* Piknik rozumiany jako posiłek spożyty na łonie natury w towarzystwie bliskich i lubianych osób. Nie piknik, jako komercyjny event z tłumem obcych ludzi i bogatą ofertą płatnych atrakcji, które wyręczą nas w zajmowaniu się dzieckiem.                           

Ten wpis został wyróżniony w cotygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice

Mądrzy Rodzice

                                                                  Like it?     Share it!

Domowy syrop z młodych pędów sosny

syrop z sosny

Jako jedynaczka troskliwą opieką otaczana dodatkowo przez Babcię i Dziadka, śmiało mogę powiedzieć, że dzieciństwo miałam szczęśliwe. Niestety troska ma różne oblicza, w zależności od tego czy jest się otaczanym, czy otaczającym. Stąd też mam swoje koszmary dzieciństwa. Głównie kulinarne niestety. Wątróbka, buraczki, zupy mleczne i najgorsze: mleko z miodem i czosnkiem na przeziębienie. Nienawidzę przegotowanego mleka. Nie przechodzi mi przez gardło. Kożuch jest obrzydliwy. Na wspomniane zupy mlecznej mam odruch wymiotny do dziś. A tu, w chwili najgorszej słabości (wysoka temperatura) raczyli mnie znienawidzonym mlekiem zagotowanym z miodem (zabijając jego dobroczynne właściwości) i czosnkiem. 
Czy o sośnie nie wiedzieli!? Skoro w czasach PRL-u, można było jedynaczce jaja od chłopa załatwić i mięsko od baby, to pewnie i trochę gałęzi by się dało!

syrop z sosny
Synek i Córeczka mają to szczęście, że ja bardzo dobrze pamiętam (przynajmniej punktowo) jak to jest być dzieckiem. Poza tym mają mądrego Tatę, który na dodatek zna mnóstwo zaklęć do odczarowywania koszmarków.

On to miał dobrze… Na kaszelek pyszny syrop dostawał, nie z byle cebuli tylko z sosny właśnie. Pyszny tak bardzo, że z rodzeństwem symulowali, żeby jeszcze jedną łyżeczkę dostać.

A teraz właśnie jest najlepszy moment jest żeby młode pędy pozbierać!!! Jeszcze chwila i urosną, nie będą już takie młode, zaczną w drewno się zamieniać, soki z nich ujdą soczyste i cudowne właściwości stracą.

syrop z sosny

A moc w syropie jest ogromna. Pokona katar, kaszel i ból gardła. Działa wykrztuśnie i bakteriobójczo. Zawiera sole mineralne, węglowodany i witaminę C. Słowem pomaga dbać o górne drogi oddechowe z przyległościami. Na dodatek jest banalnie prosty w przygotowaniu.
W zasadzie najtrudniejsze jest zdobycie materiałów. Potem to już przysłowiowy Pikuś, dziecko dałoby radę. Można więc dziecko zaprosić do współpracy! Pewnie chętnie potem wypije lekarstwo które, nie dość że pyszne, to jeszcze samodzielnie przygotowane.

Przepis 

Jak zrobić syrop z pędów sosny w kilku prostych krokach

1. Wycieczka do lasu. Im dalej od drogi tym lepiej oczywiście. Metali ciężkich i spalin nam w syropie nie potrzeba. Kiedy już znajdziemy zagajnik sosnowy, zcinamy pędy o długości 10, max 15 cm długości.
Bardzo ważne, aby nie ogołocić jednego drzewka, tylko częstować się z umiarem! W przyszłym roku też będziemy chcieli syrop robić. Z tego samego powodu, zbieramy tylko pędy boczne, pionowe zostawiając na drzewku.
syrop z sosny
W drodze powrotnej zajeżdżamy do sklepu po parę kilo cukru, ewentualnie duuuże słoiki jeśli nie mamy.
2. Zebrane pędy rozkładamy na słońcu, by dać szansę ucieczki ewentualnym pajączkom i mrówkom. Nie czyścimy, im więcej brązowych łusek, tym lepiej.
W tym czasie myjemy i wyparzamy słoiki.
3. Teraz najlepsza zabawa: w słoikach układamy na przemian warstwy pędów z sosny i cukier. Warstwę pędów, przesypujemy podobną warstwą cukru.
Słoiki zakręcamy, odstawiamy najlepiej w ciepłe nasłonecznione miejsce na ok 4 do 6 tygodni. Dobrze jest raz dziennie potrząsnąć słoikiem.
syrop z sosny
Kiedy syrop będzie gotowy zlewamy do wyparzonych małych słoiczków lub buteleczek. Można śmiało pasteryzować, wysoka temperatura nie zmienia właściwości syropu.
4*. BONUS
Pozostałe po syropie pędy niektórzy zalewają czystym alkoholem, uzyskując miksturę wiele-mogącą. Taka nalewka działa cuda na męskie przeziębienie w stylu „podaj mi pilota, bo nie mam siły sięgnąć” 😉
Zalecana dzienna dawka przy przeziębieniu: 3 – 4 łyżeczki dla dzieci, dla dorosłych łyżki. Można stosować profilaktycznie przez cały sezon przeziębieniowy. A ponieważ o odporność dbać trzeba cały rok, syrop produkujemy hurtowo. Dodajemy do lodów, deserów, do wody z lodem i cytryną, ba do mięs czasem! Mówiłam, że Tata to czarodziej.
syrop z sosny