Category

Matkologia

Category

Szanujmy się, czyli prawo autorskie i dobre zwyczaje w sieci

Trzy wydarzenia skłoniły mnie do napisania tego tekstu:

1.   Włodek Markowicz na swoim oficjalnym profilu FB poruszył temat prezentowania w telewizji filmów z Internetu z opisem „źródło Youtube”.  Zobacz post TU

 

2.     Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk doszło do bardzo ciekawej konfrontacji przedstawicieli mediów tradycyjnych z blogerami. Sytuacja ta wyraźnie pokazała rozdźwięk między podejściem dziennikarzy do twórców internetowych, a tym co oni sami myślą o sobie. Odniosłam wrażenie, że dziennikarze nie do końca poważnie traktują przedstawicieli Internetu. Ci z kolei mają się za ich równorzędnych partnerów i tak chcieliby być traktowani. Możesz obejrzeć cały panel na kanale Youtube BFG.

3.  Zdjęcie Córeczki z posta „O patriotyzmie”  obiegło Internet. Podobno było na wielu portalach patriotycznych, Twitterze i Facebooku. Nie miałam o tym pojęcia. Dowiedziałam się po czasie od Pani z przedszkola, kolegi, czytelniczki bloga.

 

 

Nie jestem naiwna. Zdaję sobie sprawę z tego, że publikując zdjęcie dziecka może je zobaczyć wiele osób. Po to zresztą je zrobiłam. Chciałam coś przekazać, może kogoś poruszyć. Ale ktoś podał je dalej, nie dodając, że zdjęcie ma autora, że do zdjęcia jest wpis, ba cały blog. (Zdjęcie nie miało znaku wodnego, ani podpisu.)

 

Te trzy sytuacje sprawiły,  że zaczęłam baczniej przyglądać się temu, co się dzieje na blogach i ogólnie w Internecie.  Zaczęłam zastanawiać się, czy zawsze zachowujemy się tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.
Żądamy  by respektowano  nasze prawa autorskie.  Tylko czy sami ich przestrzegamy?
Czasem aż trudno uwierzyć jak jednostronni jesteśmy.

 

Przyjrzyjmy się na przykład tak popularnym wpisom typu INSPIRACJE.
Jak urządzić pokój dla dziewczynki,  jak przybrać stół na święta, jak się ubrać na imieniny cioci…
Co znajdziemy w tych postach?
Wysyp zdjęć z z Pinterest, Google i innych ogólnodostępnych źródeł. Bez podania autora, bez żadnego linku. Co najwyżej podpisane „źródło: internet”.

Najbardziej rażące jest, jeśli te inspiracje znajduję na blogu, na którym jednocześnie zamieszczono notkę w stylu:
„Jestem autorem wszystkiego co tu się znajduje. Wszelkie kopiowanie bez pozwolenia zabronione”.

Bo jak coś jest w internecie, to jest za darmo.

Przecież wiemy, że tak nie jest.  Nawet jeśli nie chodzi o pieniądze, to co jest naszą walutą? Co jest dla nas, blogerów najważniejsze? Po co to robimy?
Jeśli nie dla pieniędzy, to dla sławy oczywiście 😉
Liczy się odbiór, czytelnicy i obserwatorzy. Komentarze i udostępnienia. Od tego się zaczyna i na tym się kończy. Dla wielu, przez długi czas ta satysfakcja jest jedyną, a jednocześnie największą nagrodą. Zrozumie to tylko ktoś, kto tego doświadczył, prawda? Tym bardziej smutne jest, że wzajemnie sobie tę nagrodę odbieramy.

A można inaczej, uczciwie i bez kompleksów.  Na przykład tak jak zrobił  Blog Ojciec, czyli Kamil we wpisie o nietypowych zastosowaniach klocków.
Bardzo mi się to rozwiązanie spodobało, więc zapytałam jak to się robi. Okazuje się, że to narzędzie do embedowania pinów.
Dla kogo za trudne, może  po prostu podlinkować autora wykorzystanego zdjęcia.
Jest jeszcze jeden powód by być uczciwym. Więzienie Pinterest, o którym przeczytacie u Moniki Czaplickiej. Polecam cały blog, bo to kopalnia merytorycznej wiedzy nie tylko o social mediach.

 Ok, powiedzmy że ktoś nie patrzył na sytuację w ten sposób.

Ktoś nam coś przesłał, nie chce nam się szukać po obrazach w Google autora. Coś innego mamy zapisane jeszcze na dyskietkach, nie ma opcji by dotrzeć do źródła. Trudno, zmieniajmy się powoli, ale róbmy to.

 

Po siódme nie kradnij

Jest coś gorszego niż nieświadomość i lenistwo. Krew mnie zalewa i płonę ze wstydu od samego patrzenia.
Wykorzystanie komercyjnych zdjęć z płatnych źródeł, jak np.: stocki, czy onlinowe programy graficzne, bez uiszczenia opłaty.
Weźmiesz sobie zdjęcie z Canvy , znak wodny zakryjesz aplikacją albo ramką z tekstem, ale charakterystyczna kratka zostanie. Co z tego?  Nawet ładnie wygląda i nikomu nie przeszkadza. Duża grupa czytelników nie zorientuje się o co chodzi.
Ale my wiemy.
To już nie jest błąd wynikający z niewiedzy czy przeoczenia. To świadoma kradzież. Wstyd, szczyt i obciach.

#NajgorszySortBlogerów

Niestety, to rzutuje na całe środowisko. Poważni ludzie robiący kampanie za duże budżety, chcą pracować z odpowiedzialnymi partnerami. Jak można poważnie traktować osobę, która kradnie z sieci? Jest albo nieuczciwa bo się nie wstydzi, albo naiwna bo sądzi, że nikt się nie zorientuje.

Poniżej zamieszczam przykład. Być może zaplątała się tu jakaś nieblogująca dusza – wszyscy pozostali muszą wiedzieć o czym mówię. Duszo droga – patrz i wiedz na przyszłość, że to jest kradzież. Na dodatek kradzież w biały dzień.

 

Computer keyboard and coffee cup on the wooden desk

Jak kraść zsieci

 

(Jeśli to u Ciebie trafiłam na takie „kwiatki” – dziękuję za ostateczną motywację do napisania tego posta. A teraz leć na swój blog i zmień tą grafikę zanim ktokolwiek zobaczy.)

 

Plagiat, a może nie?

Kiedy ktoś napisze dobry tekst, mogą zadziać się dwie rzeczy.

Opcja pierwsza, podobnie jak zdjęcie Córeczki, tekst lub jego fragmenty, będą przeklejane, udostępniane w social mediach, podawane dalej, bez podania autora. Tak było np. z tekstem „Do beznadziejnego rodzica” z bloga Nasze kluski.

Jako komentarz niech posłużą tu słowa Doroty Zawadzkiej. Pewna osoba napisała na FB Pani Doroty słowa krytyki pod jej adresem, zarzucając stronniczość itp. Z dedykacją wkleiła treść tego powyższego posta do wiadomości.

Oto co odpisała Pani Dorota:

Dorota Zawadzka Po pierwsze ten tekst był na mojej głównej tablicy, wklejony przeze mnie już jakiś czas temu.
Po drugie zawsze trzeba poszukać źródła. Jeśli znalazłaś to u koleżanki, to ona powinna poszukać źródła tekstu, bo zbyt wiele osób go sobie przypisało, a to nieładnie.
Tekst jest tłumaczeniem i jedna z blogerek ma zgodę na jego publikację podając autora…

 

W opcji drugiej to nie sam tekst, ale temat zdobywa sławę. Bo temat przecież niczyj jest.  Ktoś napisze np.:  o fenomenie bliźniaków jednojajowych, albo intuicji ojca. I nagle uświadamiasz sobie, że też masz coś do powiedzenia. Chcesz dodać od siebie kilka słów, skomentować, albo zacząć z zupełnie innej strony więc piszesz. A potem ktoś jeszcze. Każdy uważa temat za swój, bo czemu nie?
Internet jest rozległy, ale i tak wszyscy się znamy.

Niedawno zobaczyłam zapowiedź wpisu na blogu koleżanki i od razu przykro mi się zrobiło, bo lubię dziewczynę i nie spodziewałabym się po niej.
Wpis miał tytuł „Tylko szczęśliwa mama wychowa szczęśliwe dzieci”. Niewiele wcześniej znacznie bardziej popularna Nishka opublikowała doskonały wywiad z psychoterapeutą Robertem Rutkowskim pt. „Tylko szczęśliwy człowiek może wychować szczęśliwe dziecko”.

No wiec czego się mogłam spodziewać? Co najwyżej ładnego plagiatu.

Błąd. Okazało się, że jestem  głupia  i na ludziach lepiej się znać w tym wieku powinnam. Ola czyli Esencja , w którą tak nieładnie zwątpiłam nic nie skopiowała, nie opisała własnymi słowami tego co już napisano. Miała refleksje na ten sam temat, zainspirowała się tekstem Nishki i napisała o tym wprost linkując do wywiadu. Zaskoczyła mnie tym ogromnie i zdobyła mój szacunek. A przy okazji przywróciła wiarę w człowieka 🙂

Przecież o to nam chodzi. Chcemy budzić refleksje, zaczynać dyskusje. Chcemy żeby nasze tematy poruszały i miały ciąg dalszy. Dlaczego sami wzajemnie pozbawiamy się tej przyjemności? Jak nikt inny wiemy przecież ile warta jest satysfakcja z napisanego tekstu. Jeśli ma kolejne życie, poza blogiem, to doskonała nagroda.

 

Czemu tego nie robimy?
Czemu nie linkujemy się wzajemnie, nawet gdy jest to nie tylko uprzejme ale wręcz wskazane?
Czemu blogroll wyszedł z mody?

Może  ze strachu?  Z braku pewności siebie?
Mamy poczucie, że blogów jest tak dużo, że musimy walczyć o przetrwanie, a każdy następny jest konkurencją.

 

 

DYGRESJA: Kiedy robiłam patent żeglarski zauważyłam, że im mniej doświadczony instruktor z nami płynął tym bardziej był asekuracyjny. Pilnował komend, zwrot jeden, zwrot drugi, zmiana, następna osoba. Od – do i koniec.
Prawdziwa frajda, była z tymi, którzy mieli już występlowane książeczki. Pozwalali na naprawdę na wiele. Przechyły, regaty. Zdarzyło nam się urwać miecz, zdarzyło się wywalić. I co? I nic. Na ten miecz musieliśmy się złożyć, ale to tyle.  Nauczyliśmy się z nimi dużo więcej w krótszym czasie. Dlaczego nam na to wszystko pozwalali? Bo byli nieodpowiedzialni? Nie. Dlatego, ze czuli się pewnie. Wiedzieli, że sobie poradzą. Ogarną sytuację. Nie byli nieodpowiedzialni, bo zasady bezpieczeństwa były zachowane. Mieliśmy kapoki, byliśmy na  małym zalewie.

 

Analogicznie jest w internecie. Moim zdaniem unikanie podania linku do źródła, czy inspiracji to zachowanie asekuracyjne. Tak robią osoby, które zaczynają, które czują że muszą walczyć o przetrwanie. Ci, którzy mają już swoją pozycję i znają swoją wartość nie boja się pokazać u siebie innych blogerów. Może nie jestem na bieżąco, ale chyba prym tu wiedzie Marlena z Makóweczek. Pokazała u siebie co najmniej kilka blogerek parentingowych. I to nie przez zwykłe linkowanie, ale całe artykuły prezentujące blogerki. Dowodów nie mam, ale intuicja mi podpowiada, że taka rekomendacja to niezła trampolina do popularności.

Różne podejścia zdarzają się nie tylko w sieci, ale i poza nią. W tak zwanym życiu.
Co jakiś czas słyszę o jakieś aferce. Ktoś komuś coś powiedział, albo wręcz przeciwnie zachował dla siebie, a nie powinien. Ktoś się obraził, opisał itp, itd. Sama na początku szukałam podpowiedzi. Robiłam wszystko po omacku, nie wiedziałam jak ustawić szablon, jak założyć Fanpage „blog osobisty”.  Prosiłam o radę bardziej doświadczone osoby, takie z górnej półki – około 1000 fanów na FB (tak wtedy myślałam).  Nie zawsze dostałam odpowiedź.

A potem spotkałam Pasków z oczekujac.pl W jeden wieczór, dostałam zastrzyk merytorycznych rad i ekspresowy kurs blogowania. To było pół roku temu. Od tego czasu jeszcze od kilku osób słyszałam: Kuba poradził mi…, Marysia mi mówiła, że…
Dziś jeśli mam problem, nie wstydzę się pytać tych którzy zbudowali już swoją markę. To znaczy wstydzę, ale to robię 🙂 Zawsze dostaję odpowiedź.
Taka postawa  świadczy o braku kompleksów, dużej pewności siebie i zaufaniu do czytelników.  Nie zaufaniu w sensie wiary, ale wiedzy. Wiem, że zrobiłam to dobrze, to są moi ludzie i nie odejdą jeśli pokażę im coś czy, kogoś nowego. Nie każdego na to stać.

A jeśli odejdą?

Jedna osoba może czytać więcej niż jeden blog.
To przyjdą inni. Wie to każdy, kto czytał książki Tomka Tomczyka, a przecież czytali wszyscy 🙂
On zrobił chyba wszystko, żeby stracić czytelników. Od zmiany formy komunikacji, przez zmiany bloga, banowanie czytelników. I co?  I dalej nie chcą się od Niego oczepić. Dalej jest w czołówce. Ba! Tworzy tą czołówkę, bo kto nie słyszał  Rankingu najbardziej wpływowych blogerów?

Liczę przy tym na to, że z czasem odbiorcy blogów sami się wychowają.  Będą wrażliwi na to co znajdą w sieci i sami swoim wyborem, zagłosują na dobrą jakość. Konkurencja, a raczej konkurencyjność może wyjść im tylko na dobre.
Zmobilizuje nas do tworzenia dobrych treści.

Pamiętacie, skąd kiedyś braliśmy muzykę? Normą było kupowanie kaset na stadionach i bazarach. Dziś piracka płyta to obciach. Mam nadzieję,  że niebawem wstydem będzie  opublikowanie cudzej treści bez podania źródła.

To jak szybko to się stanie, zależy w dużej  mierze od nas. Możemy sami wychować czytelników, brać czynny udział w tym procesie, być w czołówce i tworzyć standardy, albo czekać aż inni zrobią to za nas.

 

Profesjonalizacja, jakość, etyka.

Trudne słowa, ale wszyscy będziemy musieli się z nimi zmierzyć. Co więcej będziemy je musieli połączyć z pasją do pisania, bo sama pasja i lekkie pióro nie wystarczą.

Dla jednych podstawą profesjonalnego podejścia jest poprawność językowa, dla innych dobra grafika i ostre zdjęcia.

Blog to przestrzeń osobista, czasem nawet intymna

dlatego możesz używać wulgaryzmów, jeśli taki masz styl. Możesz ignorować interpunkcje, bo piszesz emocjonalnie.
Możesz cenzurować komentarze, bo Ci wolno, ale pamiętaj:

Wolność blogera kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa autorskie innej osoby.

 

Blogosfera się rozrasta. Zmieniają się reguły i zmniejsza tolerancja na popełnianie błędów. Tak jak na początku historii motoryzacji nie było kodeksu drogowego, tak i my nie mamy narzuconych zasad, których musimy przestrzegać. Prawo prasowe nie odnosi się do blogów, bo kiedy powstawało,  blogów jeszcze nie było.

To my, Koleżanki i Koledzy tworzymy świat blogosfery. Jest on na tyle nowy, że nie ma spisanego kodeksu, czy zasad do których musimy się stosować. To jak wyglądać będzie polska blogosfera za kilka lat zależy tylko i wyłącznie od nas. Od tego jak zachowamy się tu i teraz. Im szybciej sami będziemy szanować się wzajemnie, tym szybciej inni będą traktować nas poważnie. Nie jak zgraję dzieciaków bawiących się w Internecie, ale jak poważnych i profesjonalnych partnerów. Bo tacy przecież jesteśmy.

Dbamy o jakość tekstów, oprawę graficzną, ciekawe tematy. Czujemy się profesjonalistami i tak chcemy być traktowani. Sytuacja na tegorocznym Blog Forum Gdańsk wyraźnie to pokazała. Słusznie nie mamy kompleksów. Wiemy na co nas stać. Znamy swój potencjał i choć czasem wydaje nam się, że mamy do czynienia z blogowym wyżem, to tak naprawdę wszystko jeszcze przed nami.

Nie chcę tym wpisem nikogo urazić. Jestem przeciwniczką piętnowania, wytykania, samozwańczych służb i obrońców sprawiedliwości. Zostawmy to politykom i tak są w tym lepsi.

Propagujmy dobre praktyki. Wskazujmy drogę. Może nagradzać takie właściwe praktyki w ramach Bloga Roku?
A może to Polskie Stowarzyszenie Blogerów i Vlogerów powinno  przyznawać nagrodę fair play? (może być mojego imienia, jako pomysłodawczyni ;P)

 

 

Ten wpis to  nie koniec.  Chciałam zgłębić temat praw autorskich w internecie, a że się nie znam, to poprosiłam więc o pomoc specjalistę. Zgodził mi się pomóc Wojciech Wawrzak – prawnik, specjalizujący się w prawie własności intelektualnej i autor bloga prakreacja.pl . Zadałam mnóstwo pytań, a on Cierpliwie udzielił wyczerpujących odpowiedzi. Całość przedstawię Wam już niebawem.

 

 

PS. Chciałabym być idealna, bez skazy. Oczywiście nie jestem. Też popełniam błędy, jeśli na jakiś trafisz, daj mi znać, będę wdzięczna.
Właśnie sprzątam na blogu.

 

———————————————————————————-

 

Ten tekst startuje w konkursie na Tekst Roku

 

Chcesz zagłosować?

Wyślij SMS o treści  T11454  

na numer 7124
Koszt SMS to 1,23 zł z VAT

 

blogk

Jaki prezent dać dziecku i nie podpaść rodzicom

Prezent dla dziecka

Żyjemy w czasach dobrobytu, dostępności dóbr wszelakich. Bronić się wręcz musimy przed konsumpcjonizmem.
Mimo to, a może właśnie dlatego wybór odpowiedniego prezentu dla dziecka bywa kłopotem. Zwłaszcza jeśli ma to być prezent nie dla naszego dziecka i szczególnie jeśli sami dzieci nie mamy, lub mamy odrośnięte.

Prezent idealny

Dobry prezent powinien zaskoczyć. Podarować zabawkę, którą dziecko już ma, to jak pokazać się na dwóch przyjęciach w tej samej sukience. Nie jest to łatwe szczególnie dlatego, że dzisiejsze dzieci mają wszystko.
Powinien sprawić radość, musi więc wpasować się w preferencje dziecka. Są chłopcy, którzy nie bawią się samochodami i dziewczynki, które wolą kolor „Elsowy” od różowego.
Ale prezent idealny  powinien być akceptowany przez rodziców.
Niestety często prezent dla dziecka  bywa kłopotem dla rodziców.
Prezentowiczów można podzielić na kilka grup. Grupy te są mocno ze sobą związane. Jedna osoba może należeć, do kilku grup jednocześnie.
1. Bezdzietni. 
Tu zaliczam osoby które dzieci nie mają lub mają odchowane.
Przy wyborze prezentu kierują się własnym zdaniem, które mają stanowcze i intuicją, której w tym wypadku nie mają za grosz.
2. Łowcy okazji.
Kupują coś tylko dlatego, że jest tanie. Przy czym robią to tak często, że w efekcie wydają spore sumy na rzeczy bezwartościowe, złej jakości.
3. Żony Hollywood.
To mogą być też mężczyźni. Chcąc wyrazić uczucia i przywiązanie do dziecka przez cenę. Tak jak Łowcy  kierują się ceną, tyle że dla nich im drożej tym lepiej. Dodam, że drogi prezent może być odebrany jako zobowiązanie, które czasem stawia w niezręcznej sytuacji.
4. Czasołapacze.
Kupują coś w ostatniej chwili, w sklepie po drodze, lub pod blokiem. Byle co, byle nie przyjść z pustymi rękami.
Bardzo byśmy chcieli w grzeczny i subtelny sposób powiedzieć tym osobom: opamiętajcie się!
Nasze mieszkania i domy zalewają fale zabawek i ubrań, z których najchętniej 2/3 wystawilibyśmy od razu za drzwi.
Dlaczego więc nie wystawiamy tych zabawek na śmietnik?
A próbowałeś odebrać coś dziecku? Nawet jeśli dana rzecz od roku leży w kącie pokoju i zdaje się, że nikt jej nie zauważa, nie mówiąc już o zabawie, to jak tylko zniknie natychmiast robi się raban. Okazuje się bowiem, że owa rzecz jest ukochana. Żyć bez niej nie można, o spaniu nie ma mowy, a już na pewno nie da się być cicho.
A my rodzice, bardzo cenimy sobie spokój.
Prezenty są bardzo miłe, ale wybrać dobry prezent dla dziecka, nie mówiąc o idealnym, to nie jest łatwa sprawa.
W sumie to łatwo zrozumieć.
Ile rodzajów śniegu rozróżniasz?
Ja 4:
mokry – taki co się lepi,
suchy – nie lepi się,
biały-  sprząta świat i robi zimową magię,
oraz  żółty od którego trzeba się trzymać z daleka.
Jest jeszcze bury, ale to już w zasadzie nie jest śnieg, tylko stan przejściowy przed breją.
Eskimosi natomiast rozróżniają ponad 200 rodzajów śniegu. To chyba jasne dlaczego.
Bardzo podobnie jest z produktami dla dzieci. Będąc rodzicem, zaczynamy się w nich specjalizować. Nie musimy nawet szczególnie się douczać, wystarczy nam liczba osobistych doświadczeń żeby wiedzieć, ze kredka kredce nie równa.
Jeśli więc poza sprawieniem radości dziecku, zechciałbyś ułatwić życie jego rodzicom zapoznaj się poniższym zestawieniem prezentowych kitów i hitów.
Tu winna jestem wyjaśnienie, bo lista może wydać się wewnętrznie sprzeczna: nie są to tylko moje typy.
Przeprowadziłam sondaż wśród sporej grupy rodziców, znajomych z reala i wirtuala (pozdrawiam! :*)
A na końcu listy znajdziecie złote rady, które myślę, że gwarantują sukces.

KITY i HITY prezentów dla dzieci

1. Wszystko co niedostosowane do wieku dziecka.
Cieszymy się, że tak jak my uważasz, iż nasze dziecko jest genialne i przewyższa rówieśników intelektem i zdolnościami, jednak oznaczenia wiekowe mają sens.
I to w obie strony. Małe koła w samochodzie, lego, spineczki do włosów. Tym wszystkim będzie próbowało udławić się małe dziecko. Świnka Pepa natomiast, czy zbyt proste puzzle nie zainteresują małego ucznia.
2. Kioskowo  – bazarowe zabawki z chińskiego plastiku.
Tu przodują Łowcy Okazji. Nie chodzi nawet o to, że  nie lubimy chińskich zabawek, bo rozpadają się po kilku dniach.
My się ich boimy, bo nie mają odpowiednich atestów i mogą zawierać szkodliwe substancje. Najbardziej niebezpieczną z nich jest BPA czyli Bisfenol – A, który wydziela się z uszkodzonej powierzchni plastiku.
Działa jak syntetyczny estrogen i potrafi zaszkodzić nawet w małej ilości.
Wprawdzie wszystkie badania, które potwierdziły szkodliwy wpływ BPA na organizm były przeprowadzone na zwierzętach, jest ich jednak tak dużo, że od 2011 roku BPA jest to substancją zakazaną. A my – wolimy nie ryzykować.
Dlatego zawsze sprawdź proszę, czy plastikowa rzecz którą chcesz kupić ma oznaczenie „BPA FREE”.
Jest to szczególne ważne przy kubeczkach, talerzykach, czy  bidonach.
3. Cymbałki, bębenki, piszczałki i wszystko co wydaje dźwięki.
Jest to doskonały prezent dla wroga.
Jeśli nie lubisz bratowej, szwagra czy szefostwa podaruj ich dziecku grającą zabawkę. Ja sama przyniosłam do domu pieska, na smyczy, który chodzi, merga ogonem i… wygrywa melodyjkę pełną wysokich tonów. O ile Córeczka raczej się go bała, to Synek bardzo lubi z tym spacerować po domu. A ja nie mogę znaleźć głośnika, żeby go czym zatkać bez widocznej szkody dla tapicerki.
Tu zdarzają się hity, ale naprawdę trudno je znaleźć. To ryzykowna kategoria.
4. Zestawy kreatywne.
Dla starszych dzieci to prawie zawsze jest trafiony prezent w dobrej cenie. Jeśli chcesz szybko kupić coś niezbyt drogiego, puszka ciastoliny, piasek kinetyczny, malowanka, to zawsze się przyda.
Ale pamiętaj o punkcie 1!!!
Dla dzieci poniżej trzech lat, nie nadają się każde kredki i wbrew pozorom to może być ryzykowny zakup. Ważne np. by miały odpowiedni kształt i dały się łatwo uchwycić. Niektóre kredki po prostu nie rysują, inne łatwo się łamią. Mazaki – koniecznie zmywalne wodą i lepiej jeśli nie pachną owocami -takie  mogą skusić nawet niejadki. Po co kusić los 😉
5. Duże gabaryty. 
Żony Hollywood, zanim przyniesiecie namiot, misia prawie naturalnych rozmiarów, stolik niestety-grający – weźcie proszę po uwagę nasz metraż.
6. Słodycze, chipsy, gumy.
Naprawdę staramy się pilnować cukru w diecie naszych dzieci, które tylko cukrem mogłyby się żywić. I naprawdę, nie jest nam miło kiedy musimy występować w roli tych złych i odbierać, czy wydzielać coś co dziecko przed chwila dostało i słusznie twierdzi, że mu się należy. A jeśli pozwolimy dziecku zjeść całą tabliczkę czekolady o 18, to prędko spać nie pójdziemy. A przypominam, że spokój cenimy bardzo wysoko.
Jeśli już musisz przynieść jakieś łakocie, to wybierz coś małego i najlepiej z serii „eko” czy „bio”.
7. Klocki.
Mamy pełne pudła niepasujących do siebie klocków. To będzie bardzo dobry pomysł, pod warunkiem, że będą pasowały do tego co już już jest w domu.
Tu cena gra rolę o tyle, że ty tanie zestawy czasem nawet dorosłemu sprawiają trudność w dopasowaniu do siebie elementów. Zamiast radości, powodują frustrację dziecka.  Droższe produkty dają pewność zabawy, łatwo je połączyć nawet małemu dziecku, a jeśli rozbudowujemy posiadany zestaw o kolejne figurki i elementy, to będą służyć lata.
8. Ubrania.
O gustach się nie dyskutuje, ale bywamy wybredni. Ja nie lubię kapturów w ubraniach dla niemowlaków i ogrodniczek, inni piżam zapinanych na plecach.
Toniemy nie tylko w zabawkach, ale i w ubrankach, które nie pasują do niczego co mamy w szafie, albo po prostu nam się nie podobają.
Małe są szanse, że chłopiec ucieszy się z nowych spodni, chyba że są z ulubioną postacią z bajki, ale to nie każdy dorosły lubi.
I patrz punkt pierwszy. Jeśli za duże to tylko dla niemowląt. Czterolatka nie dorośnie szybko, do sukienki na 6 lat, za to nosić ją będzie chciała od razu i znowu zamiast radości mamy smuteczek.
9. Książki.
To prawie zawsze dobry wybór, musisz tylko wiedzieć o kilku rzeczach. Nie masz nawet pojęcia jak dużo jest beznadziejnych książek dla dzieci. Historia Kopciuszka opowiedziana w pięciu zdaniach. Błędy stylistyczne. Brak logiki lub/i jasnego zakończenia. Język taki jakby autorem był Google Translator. Nawet na wydawnictwie nie zawsze można polegać, bo zdarza się, że jakość  publikowanych książek jest skrajnie różna.
Książki tak, ale albo ładnie wydana klasyka, albo coś sprawdzonego.
10 .Gry planszowe. 
To moja subiektywna ocena, ale jestem na tak. Byle pamiętać o punkcie 1. Dając grę, tak naprawdę dajesz czas, bo to doskonały sposób na wspólny rodzinny wieczór bez telewizora. My wszystkie gry – planszówki, karciane, domino, memory witamy z radością.
11. Audiobooki i płyty z muzyką.
Te pierwsze przydają się w samochodzie, a czasem nawet działają  w domu. Muzyka – może być z ścieżka dźwiękowa z ulubionej bajki, albo poszukaj czegoś więcej. Np.: muzyki z przedstawień teatralnych jak „Alicja w krainie czarów” Teatru Roma, czy „Zorka” Polskiego Radia.
Wygląda strasznie, prawda? Tanie złe, drogie nie dobre. Małe może zabić, duże zagracić.
O tym, że to nie tylko fanaberie Matki Wariatki, świadczą chociażby wyniki
21 kontroli zabawek przeprowadzonej w III kwartale 2015  przez UOKiK, w której zakwestionowano aż 75% badanych zabawek!
W pierwszym kwartale zakwestionowano 36,6%.
Więcej szczegółów na stronie branzadziecieca.pl, a pełny raport na stronach BIP.
Wyniki kontroli zabawek
 Spokojnie, mam i rozwiązanie.

3 sposoby na idealny prezent dla dziecka

1. Zadaj pytanie
To naprawdę najlepsze wyjście. To już nie jest nieręczne. My rodzice bardzo byśmy chcieli poza dziećmi  wychować otoczenie, tak by rozmawiało z nami o potrzebach i preferencjach naszych dzieci.
Jeśli nie chcesz pytać wprost, czego dziecko potrzebuje, to zapytaj o to co lubi, jaka jest ulubiona bajka, klocki, czy woli samochody czy pociągi.
To opłaci się wszystkim. Bądźmy ekologiczni i ekonomiczni.
2. Znajdź czas.
Nie odkładaj wyboru prezentu na ostatni moment. Poświęć chwilę czasu, poszukaj propozycji i pomysłu. Skarbnicą inspiracji będą blogi parentingowo – lifestylowe, które prześcigają się w proponowaniu oryginalnych gadżetów dla dzieci. Osobiście ręczą przy tym swoją renomą i wizerunkiem bloga za  ich jakość. recenzje te i polecenia są więc znacznie bardziej wiarygodne niż reklamy na dziecięcych kanałach tematycznych.
3. Podaruj przeżycie.
Najlepszym i zawsze trafionym prezentem będzie jakieś wydarzenie. Dzieci uwielbiają przeżywać. Wizyta w teatrze, muzeum kolejnictwa, techniki czy na wystawie dinozaurów, będzie wspaniałym doświadczeniem. Jeśli mieszkasz w dużym mieście, to wybór masz ogromny, wystarczy chwila w internecie.
Jeśli jesteś z małej miejscowości, dowiedz się czy nie ma zaplanowanych występów gościnnych. Możesz też wykazać się kreatywnością, wykorzystać znajomych i zorganizować wycieczkę do miejsca, które nie jest powszechnie dostępne. Uwierz, nawet oczyszczalnia ścieków czy zaplecze pizzerii mogą być wspaniałą atrakcją na którą dziecko będzie czekać z niecierpliwością.
Naprawdę przy odrobinie zdrowego rozsądku, to nie może się nie nie udać.
.
.
.
.
A jeśli… jeśli dołożysz do tego swoją opiekę, dając w ten sposób rodzicom wolne popołudnie, to zapewniam, że zostaniesz bohaterem roku! 😀
.
.
.
A wy co myślicie, drodzy rodzice?
Dodacie coś do mojej listy kitów i hitów?

Mały wolontariusz Wielkiej Orkiestry

Pamiętam początki. Pamiętam program Kręcioła w TVP, duet Owsiak i Młynarska (😄). Jak mogłabym nie pamiętać, skoro pierwszy Finał, był jednocześnie moim pierwszym dużym koncertem, na którym byłam sama, czyli z koleżanką.  Ola, pamiętasz?! 😉
Grała IRA i Vader a może The Bill…? Najważniejszy był HEY.
Czułam się mała przy tych punkach i metalowcach z papierosami i piwem. Trochę się też bałam pogującego pod sceną tłumu.
Pamiętacie co znaczyły wtedy subkultury? Jak nas definiowały? W całej akcji Owsiaka niesamowite było między innymi to, że zaangażował i zjednoczył tą masę oszołomów. To nie byli młodzi ludzie sukcesu, Europejczycy, szczury w wyścigu. To byli pogardzani, niedoceniani  przez starsze pokolenia  ludzie. Może trochę zagubieni, na pewno zbuntowani, potrzebujący przynależeć do czegoś. Wyrazić się jakoś.
Rok później już sama kwestowałam z puszką. Puszką Orkiestry oczywiście, nie piwa 🙂
Przez 24 (!) lata trochę się zmieniło.
Puszki są tekturowe, koncerty mają ogromny rozmach, Kręcioła jest, ale w internecie i bez Pani Agaty (!)
Pozostała idea.
Ten sam szczytny cel, a nawet dwa. Ten sam Owsiak.
Są wymierne efekty – w całej Polsce na oddziałach dziecięcych jest mnóstwo sprzętu z serduszkiem.
Sprzętu, który na własne oczy widziałam i z którego korzystały moje i znajome  dzieci. Tego sprzętu nie byłoby gdyby nie WOŚP. Gdyby nie Jurek Owsiak, który według mnie należy do szczególnego gatunku ludzi, jak Jacek Kuroń, czy Marek Kotański.
Ludzi, którzy mają chęci,  charyzmę i niesamowitą wiarę w drugiego człowieka.
Ludzi, którzy zmieniają świat.
Ja tak nie umiem. Chęci wprawdzie mam ale ani charyzmy, ani wiary mi nie starcza.
Wspieram jednak Orkiestrę przez prawie ćwierć już wieku,  na ile umiem i na ile mogę.
A w tym roku zamierzam zrobić coś więcej. Nie tylko pierwszy raz od bardzo dawna, wyjdę z puszką na ulicę, ale na dodatek zabiorę ze sobą dziecko.
W zasadzie, to będę tylko osobą towarzyszącą, bo to Córeczka (mam nadzieję) dostanie identyfikator.
Sama zaniosła do sztabu deklaracje. Wie, że będziemy zbierać pieniążki na chore dzieci, żeby mogły szybciej wrócić do domu.
O tym, że będziemy rozdawać serduszka powiem jej później, bo to miły dodatek, nie cel.
W ten sposób mam nadzieję złapać stado wron za ogon.
Pierwsza wrona charytatywna – pomożemy.
Druga wychowawcza – zależy mi żeby przekazać dzieciom, że warto się starać, że trzeba działać, bo to ma sens. Nieważne co ludzie powiedzą, wiadomo że będą przeszkody, ale warto.
Trzecia wrona zdrowotna, złapiemy masę świeżego powietrza.
Kolejna wrona  społeczna – spotkamy masę ludzi, którzy jestem pewna, powiedzą Córeczce że jest śliczna i dzielna. Nawet jeśli się zawstydzi i będzie mnie trzymać za rękę, to tylko na początku. Trochę ją już znam 😉
I ostatnia blogowa – materiał na post będę miała jak znalazł 👍
A na poważnie, to nie wiem czy Ona zapamięta ten dzień, ale wierzę, że coś z tego doświadczenia w niej zostanie.
Coś dobrego.
Co zrobić, żeby zostać wolontariuszem Wielkiej Orkiestry?
Najpierw musicie znaleźć pobliski sztab. Najlepiej na Liście Sztabów na stronie WOŚP, zakładka Finał.
I tak na prawdę to reszta zależy od sztabu. Na pewno musicie złożyć wstępną deklarację, ale w niektórych miejscach możecie zrobić to online, a w innych będzie to podpisany dokument.  Druga sprawa to zdjęcie. W tym roku Fundacja zastrzegła, że zdjęcia mają być dokładnie takiej jak legitymacyjne i będzie każde z nich oddzielnie zatwierdzać.  Tu znowu bo sztaby różnią się nieco zasadami. W niektórych zrobią Wam zdjęcie na miejscu, innym wystarczy wersja elektroniczna wysłana mailem, a jeszcze inne mogą życzyć sobie wydrukowanego zdjęcia.
Identyfikator WOŚP
Jeśli chcecie pomóc w tegorocznej zbiórce, to ostatni moment, bo liczba wolontariuszy jest ograniczona i terminy się kończą. Tym bardziej warto dobrze przemyśleć tą decyzje, żeby nie odbierać miejsca osobie, która na pewno 10 stycznia może/chce/jest w stanie pomóc.
Co więcej Szef Sztabu ma prawo zdecydować z kim chce pracować, dlatego wyżej pisałam, że mam nadzieję  na identyfikator.
Póki co czekamy na dokumenty z Fundacji, które są podstawą do jego wydania.
A co jeśli się nie uda? Zapytam, czy możemy pomóc inaczej, na miejscu w sztabie. Jestem pewna, że dodatkowa para rąk się przyda, choć nie wiem czy dla małych rączek znajdą tam pożyteczne zajęcie. Póki co sprawdzamy skrzynkę  🙂
A Wy czekacie na Finał? Chodzicie na koncerty?
Jurek Owsiak
Zdjęcia pochodzą z Facebooka sztabu Warszawa Targówek i zostały wykorzystane za zgodą sztabu.

Porozmawiaj ze mną

Zaczęłam pisać 100 Pociech  żeby  wypuścić z głowy to, co mi się tam nazbierało w trakcie wydłużonej metamorfozy z aktywnej, zorganizowanej w miarę zadbanej bezdzietnej w Matkę Polkę Dresową.
Zaczęłam pisać, żeby nie znielubić swojego życia, nie złościć się na dzieci, nie popaść w totalną depresje, melancholie i rutynę. Kiedyś, może napiszę o tym więcej.
Pociechy to moja blogoterapia, mój wentyl bezpieczeństwa, a pisanie jest w w tym wszystkim najprostsze. Trochę więcej roboty jest ze zdjęciami. Ale najtrudniejsze jest to, co dzieje się po opublikowaniu wpisu.
Jeśli  nie piszesz bloga, to nie znasz tego uczucia. Opowiem Ci.
Wyobraź sobie stary teatr z pluszową ciężką kurtyną, drewnianą troszkę skrzypiącą podłogą. Jesteś za kulisami. Bierzesz głęboki wdech i dobrowolnie wychodzisz na środek sceny. To jestem ja po kliknięciu „publikuj”. Nic nie widzisz, bo wszystkie światła skierowane są na Ciebie.
Wiesz, że na widowni ktoś jest, bo słyszysz jakieś dźwięki, czasem nawet szepty. To statystyki i fani na FB. Jednak, zwłaszcza na początku, nie wiesz czy widownia jest pełna, czy przyszło tylko kilka osób (przyjmę korepetycje z Google Analytics!).
Zaczynasz coś mówić i nie masz pojęcia, czy to jest ok. Podoba im się, czy nie. Zmieniać kierunek, brnąć w to dalej, a może uciekać?
Pół biedy kiedy piszę o czymś, czego jestem stuprocentowo pewna, na przykład czy zapinać pasy w ciąży, czy klapsy. Wtedy wyrażam swoje zdanie w słusznej sprawie i jestem gotowa bronić go, choćbym była sama przeciw tłumowi.
Ale kiedy piszę coś takiego jak Pustka, czy Błędne koło to stoję na tej scenie naga.
Jako czytelniczka, wiele razy zamknęłam stronę nic po sobie nie zostawiając, nawet jeśli wpis szczególnie mi się podobał, poruszył, czy zdenerwował. Bo nie wiedziałam jak to jest stać samotnie na tej scenie.
A jeśli komentarzy było już kilka, to tym bardziej nie widziałam powodu żeby coś dopisywać. Nie sądziłam, że to komuś zrobi różnicę
Jest zupełnie inaczej. Liczy się KAŻDY komentarz.
Dzięki nim wiem, że nie jestem sama. Że nie wygłupiam się tak do końca.
I chciałabym więcej. Chciałbym, żebyśmy mogły rozmawiać. Wszystkie. Chciałabym mieć pewność, że kiedy ja, lub ktoś inny odpisze Ci to będziesz o tym wiedziała.
Dlatego z duszą na ramieniu i sercem w gardle za chwilę rozpocznę instalowanie nowego systemu komentarzy – Disquis. Większość z Was pewnie już go zna, ale i tak czuję się zobowiązana przybliżyć Wam w dwóch słowach jego zalety.
Jeśli wolicie pozostać anonimowe, możecie się nie logować. Możecie podać dowolny nick, zaznaczyć opcje komentowania jako gość, mail który podacie nie musi być prawdziwy.
Możecie się też zalogować przez Facebooka, Twittera, czy Google, ale najbardziej polecam założenie osobnego konta na www.disqus.com Zajmie chwilę, a Wasi znajomi nie będą informowani o każdym komentarzu jaki zostawicie w sieci 🙂
Poza tym dostaniecie do dyspozycji wiele udogodnień. Możliwość łatwego śledzenia dyskusji pod wpisem, możliwość dodawania zdjęć, głosowania na inne komentarze, jeśli ktoś odpowie na Twój komentarz dostaniesz powiadomienie na maila, bez konieczności ponownego zaglądania na stronę, czy odświeżania okna przeglądarki.
Jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.
Mam nadzieję, że sprawdzę się w roli administratora własnego bloga, że nie zawiodę siebie i Was. Że nie wyślę w kosmos wszystkich dotychczasowych komentarzy i nie popadnę w depresję.
Mam nadzieję, że nowy system Wam się spodoba i że porozmawiamy 🙂
A tak w ogóle to przyśpieszamy.
Zaglądajcie częściej, bo plan jest taki, że w poniedziałek środę i piątek będzie nowe!

Subiektywny Kodeks Praw Dziecka

Jedną z pierwszych dat, jakiej uczy się dziecko (zaraz po dacie swoich urodzin) jest 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka. 
Pamiętam jak mając kilka lat przeżywałam to święto. Nie chodziło o prezent, ale o fakt, że to będzie MÓJ dzień. Nie dlatego, że ja to ja, tylko dlatego że JESTEM DZIECKIEM. Chyba dawało mi to jakieś poczucie mocy, bo było dla mnie oczywiste, że tego dnia będę królową (podkreślam że nie królewną i nie księżniczką, tylko królową!). Na wszelki wypadek uprzedziłam o tym rodzinę i kota. Wolałam, żeby byli przygotowani. Oczywiście zasiadałam tego dnia na tronie. Wiklinowym.
Od zeszłego roku mamy w kalendarzu jeszcze jedną datę, którą każde dziecko znać powinno. 20 listopada – Ogólnopolski Dzień Praw Dziecka.
Niby rzecz oczywista, że dzieci mają szczególne prawa, a jednak szykując ten wpis natknęłam się na mnóstwo komentarzy w stylu:
– Nie popadajmy w przesadę, dziś to dzieci same prawa mają, żadnych obowiązków.
– Kiedyś nikt o prawach dziecka nie słyszał, za brak pracy domowej ojciec pasem częstował i jakoś wyszliśmy na ludzi.
– Teraz dzieciarnia się odgraża, że do opieki społecznej lub na policję pójdą jak im iPada nie kupisz.
Dlatego zanim o prawach, kilka słów o obowiązkach.
Po pierwsze: 
Dzieci tak jak wszyscy ludzie mają prawa i tak jak wszyscy powinny mieć obowiązki. Obowiązki dostosowane do ich wieku i możliwości. 
Po drugie:
Prawa dziecka przynależą mu bez względu na to czy i jak wykonuje swoje obowiązki. Trzeba to podkreślać w rozmowie z nimi, 
ale i my dorośli musimy uważać, żeby nie stosować mechanizmu nagrody i kary, bo nie ma on zastosowania w tym przypadku!
Po trzecie:
Prawa dziecka, to w dużej mierze obowiązki dorosłych. 
Chciałabym, żeby dzisiejszy dzień był wyjątkowy dla moich dzieci, trochę tak jak wyjątkowy był dla mnie tamten Dzień Dziecka sprzed lat. Żeby było to święto dzieciństwa. W ramach prezentu przygotowałam dla nich kilka paragrafów 😉

Subiektywny Kodeks Praw Dziecka

§ 1. Dziecko ma prawo do szacunku.
Dlatego nikt nie ma prawa nazwać go „gówniarzem”, wyśmiewać, publicznie piętnować.
Dlatego rozmowa o niegrzecznym zachowaniu Jasia w przedszkolu powinna odbywać się 
w cztery oczy, a nie przy całej grupie pilnie słuchających maluchów.
§ 2.   Dziecko ma prawo być zdrowe.
A że dzieci najszybciej uczą się przez naśladownictwo, to my rodzice mamy obowiązek odżywiać się zdrowo, unikać dymu papierosowego,  rozmawiać o tym co jest zdrowe, a co nie. Mamy obowiązek tak kształtować świadomość naszych dzieci, by za kilka lat same w sklepiku szkolnym  wybrały jabłko zamiast chipsów.
§ 3. Dziecko ma prawo do własnego zdania.
Nawet jeśli oznacza to, że nie lubi szpinaku, nie lubi biegać, czy rysować czerwoną kredką.
§ 4. Dziecko ma prawo do emocji. Wszystkich.
Nie zawsze musi być radosne. Może być smutne, złe, a nawet wściekłe. Co więcej, nie musi tych emocji rozumieć i ma prawo im ulegać. 
Ma też prawo do tego, żeby nauczyć je nazywać poszczególne stany emocjonalne, przeżywać je, a potem panować nad nimi.
(Kto jeszcze nie wie, że  „W głowie się nie mieści” to film dla rodziców powinien szybko nadrobić ten błąd.)
§ 4. Dziecko ma prawo do mamy i taty.
Kiedy więc dojdziemy do ściany, kiedy wydaje nam się, ze miłość już się skończyła i nic dalej nie ma, mamy obowiązek spojrzeć sobie w oczy i zapytać: Czy naprawdę zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy by pozostać rodziną? Czy to jest ten szczególny wypadek, kiedy musimy rozstać się dla dobra dziecka? 
§ 5.  Dziecko ma prawo do nietykalności!
Do wychowania bez klapsów, poszturchiwania, krzyku. Rodzic ma obowiązek radzić sobie z własnymi słabościami jak osoba dorosła i wychowywać dziecko bez przemocy fizycznej i emocjonalnej. 

§ 6. Dziecko ma prawo być dzieckiem.
Ma prawo biegać, aż się spoci. Ma prawo krzyczeć podczas zabawy. Ma prawo skakać 
po łóżku. Ma prawo woleć czekoladę od obiadu i lody zamiast kolacji. Ma prawo wierzyć 

w czary i Świętego  Mikołaja. Ma prawo zabiegać o uwagę rodziców. Ma prawo być naiwne.

§ 7. Dziecko ma prawo wiedzieć, że inne dzieci mają te same prawa.

Pamiętajmy, że dziecko, to człowiek, tyle że niższy 🙂
W Polsce najważniejszymi aktami prawnymi gwarantującymi prawa dziecka są:
Konstytucja RP, Konwencja o Prawach Dziecka, Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka.

Prawa dziecka

– te oficjalne, które każdy kto umie czytać znać powinien!

Dziecko ma prawo do:
– wychowywania się w rodzinie,
– adopcji,
– oświaty i nauki,
– kultury, wypoczynku i rozrywki,
– ochrony zdrowia i opieki medycznej,
– wszechstronnego rozwoju osobowości, swobody wyznania, światopoglądu,
– dostępu do informacji,
– ochrony przed wyzyskiem i poniżającym traktowaniem (prawo do nietykalności
osobistej),
– prywatności,
– równości.

Prawa socjalne dziecka:
– prawo do zabezpieczenia socjalnego,
– prawo do możliwie najwyższego poziomu ochrony zdrowia,
– prawo do odpowiedniego standardu życia,
– prawo do wypoczynku, czasu wolnego, rozrywki i zabawy


Więcej informacji na stronie www.brpd.gov.pl

Świat się zmienia i ciągle jest taki sam

„Od dziś świat nie będzie już taki sam” – usłyszałam w radio po zamachu w Paryżu.

Kiedyś w to wierzyłam. Ciągle słyszę, że jestem naiwna, ale naprawdę wierzyłam, że można zmienić świat w skali globalnej. Że po niektórych wydarzeniach nie można wrócić do poprzedniego stanu rzeczy.
W 2001roku studiowałam dziennie i pracowałam jako kelnerka w bardzo eleganckiej restauracji. 11 września akurat miałam zmianę. Moja przyjaciółka była wtedy 
w Waszyngtonie. Pamiętam jak sparaliżowała mnie informacja o ataku. Jak biłam się 
z myślami czy dzwonić do jej mamy, a potem jej głos. Pamiętam jak czekałyśmy na informacje co z Waszyngtonem? Nie miał mnie kto zastąpić, na szczęście był mały ruch. 
Kiedy umierał Jan Paweł II –  byliśmy jednością. Widziałam łzy w oczach ludzi, którzy kościoły omijają z daleka. Razem paliliśmy świeczki, wiedzieliśmy że czujemy to samo, przeżywaliśmy wyjątkową wspólnotę. Wszyscy podziwialiśmy człowieka, żałowaliśmy że odchodzi. Pamiętam jak bratali się wtedy politycy, jak obiecywali porozumienie, podawali dłonie i wymieniali uściski.
Katastrofa Smoleńska wstrząsnęła wszystkimi. Wydarzyła się rzecz nie do pojęcia. Sama nie mogłam w to uwierzyć, bo takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Moja mama specjalnie przyjechała do Warszawy, by stać kilkanaście godzin w kolejce, w nocy i w zimnie. 
Tak jak wielu innych chciała pożegnać Parę Prezydencką. I znowu obietnice, postanowienia, ba! Stwierdzenia, że teraz będzie inaczej, że razem, że nowa jakość… Słowom i gestom nie było końca. A ja wierzyłam, bo takie rzeczy się nie dzieją, skoro więc nas spotkały, to coś musi się zmienić.
Teraz Paryż. Współczujemy. Boimy o swoje dzieci, swoje rodziny. Gniewamy się.  Świat stał się okropnym miejscem – myślimy. Świat powinien się zmienić. 
Obracamy te emocje przeciw uchodźcom. Ludiom, którzy też są ofiarami terroryzmu. Ludziom, którzy uciekli z kraju w którym od 4 lat toczy się regularna wojna jakiej nie znamy. Wojna w której zginęło ponad 215 tysięcy ludzi, w tym dziesiątki tysięcy cywili, również dzieci.
Co jakiś czas dzieją rzeczy smutne, złe, nieprawdopodobne. Wzruszamy się. Myślę nawet, 
że szczerze wierzymy w to, że świat będzie inny. Tyle, że świat to my.
A my jesteśmy tylko ludźmi. Po wielkiej tragedii targają nami emocje, czy też hormony – jak wolisz. Jesteśmy na haju, a haj ma to do siebie, że trwa krótko i  jeśli nie dzień, to tydzień później: 
– Ja już Panu ręki nie podam!
– Gdzie jedziesz, Ty głupku!!!
– Polska dla Polaków!
– Pan tu nie stał!
– Spalić tęczę!

Co ciekawe zmieniać świat chcemy zawsze po wielkich tragediach. Kiedy natomiast wydarzy się coś naprawdę dobrego – świętujemy chwilę i przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Jakby nam się lekarstwo na grypę należało, jakby przeszczep serca, czy twarzy był oczywistą opcją. A przecież to dobro zmienia świat. Jeśli oglądaliście film „Bogowie”, wiecie co mam namyśli.  To dzięki  odkryciom nauki, wielkim zmianom jakich dokonują mądrzy ludzie świat naprawdę się zmienia i nie jest już taki sam.


Nikt niczego nie obiecuje, to się po prostu dzieje.
Dziś ciągle jestem naiwna, tyle że świat zamieniłam na podwórko. Nie słucham już obietnic
i postanowień z telewizora, ale zależy mi żeby choć jeden rodzic zrozumiał, że klaps to też bicie, że w ciąży trzeba zapinać pasy i że trzeba pomagać, bo zwykły Miś może zmienić czyjś świat. Dlatego o tym piszę, tyle mogę zrobić.

Mały miś, wielkie serce

 

Chciałam Wam dziś opowiedzieć o dwóch Aśkach.
Obie prowadzą blogi. Obie mają synków.

Los wybrał sobie jednego z nich. Ten niefajny los.  Dlaczego trafiło akurat na  Franka, a nie na  Alfa? Dlaczego nie na mojego, albo Twojego Synka?
Bo tak to z tym losem bywa i już.
Pierwsza Asia pisze bloga Babskie Pisanie. Franek ma jej oczy. Ma też złożoną wadę serca. Wadę, którą trzeba operować, a na operacje potrzebne są pieniądze. Oczywiście duże pieniądze.
Co czuje matka kiedy odkrywa, że to na nią padło. Jak podejmuje walkę, jak kocha i się nie poddaje. Wszystko znajdziecie na blogu.
Jest też druga Aśka. Tej to nie mogę rozgryźć. Znamy się wirtualnie od jakiegoś czasu
i myślę, że jest lekko szalona. Ona chyba też tak o sobie myśli, tylko wyraża to bardziej dyplomatycznie – jej blog nazywa się Niekonwencjonalna  😉
Nie dość, że jest szalona, to jeszcze ma szydełko i nie zawaha się go użyć.
Dowiedziała się o Franku i zaczęła robić misie. Siedzi dziewczyna w domu i dzierga misie, które potem sprzedaje, a dochód przekazuje na Franka. Przypominam, że jest też mamą i chyba nie trafiła na spokojny egzemplarz 🙂 Mogłaby wieczorem serial obejrzeć, książkę poczytać, zielonej herbaty w spokoju się napić. Przypominam, że też jest mamą i chyba nie trafiła na najspokojniejszy egzemplarz, więc zajęć w ciągu dnia jej nie brakuje 🙂
Piszę o tym, bo próśb o wsparcie akcji charytatywnych wszyscy blogujący dostają dużo. Głównie udostępniamy je na FB, a i to nie zawsze.
Z jednej strony dlatego, że często efekt jest mizerny, a z drugiej dlatego że zależy nam na czytelnikach. Nikt nie chce by jego tablica stałą się słupem ogłoszeniowym. Brzydkie to, ale szczere.
Dlatego, tak podoba mi się to co robi ta szalona Aśka. Bo ROBI coś więcej, niż tylko lajkuje i udostępnia. Ona szydełkuje 😉
Podoba mi się, że są tacy ludzie, że mają pomysł, że im się chce.

 

A te Miśki świetne! Takie oldschoolowe. Wzrostu mają ok 20 cm. Wzór możesz sobie wybrać,a nawet zaprojektować, albo zlecić to dziecku.
Miś kosztuje 25 zł, z czego 10 zł wędruje na konto Frania. Pozostałe 15 zł to koszt włóczki, tasiemek, guzików.
Więcej szczegółów o misiach znajdziecie tu: Miś dla Frania.
Mam dla Was kilka propozycji:
1. Pamiętajcie, że każdy chłopiec powinien mieć swojego misia. Nawet jeśli jest już po trzydziestce. Chłopiec, nie miś 🙂
Pomyślcie więc komu Mikołaj mógłby w tym roku zrobić taki prezent.
A może Wasz miś chciałby mieć skrzydła blond czuprynę i zamieszczać na choince?
2. Jedna z Was dostanie ode mnie kupon na swojego Miśka.
Musicie tylko troszkę pomóc. Wystarczy, że wejdziecie na stronę fundacji „Się pomaga” – Serduszka dla Franka, przeczytacie historię Frania i udostępnicie ją na swoim Facebooku (lewa, górna część strony). Miło będzie jeśli napiszecie kilka słów zachęcając znajomych do wsparcia.
Na maila 100pociech.blog@gmail.com wyślijcie linka do waszego profilu.
W niedzielę 29 listopada wybierzemy osobę, która będzie mogła zamówić swojego misia.
Dlaczego nie robimy zwykłego konkursu na Facebooku, tylko kombinujemy z mailami? Bo mam poczucie, ze tylko w ten sposób, to będzie uczciwe, bo nie chodzi o nabijanie ruchu
na profilu 100pociech. Chodzi o to, by zaangażować Was w pomaganie.
Może zamiast mnożyć prezenty mikołajowe, zamiast kolejnej czekolady, kolejnej zabawki, która po tygodniu zostanie zapomniana, sprawicie że dla kogoś zmieni się całe życie.
Że będzie miał życie.
Dziś Franek ma na koncie niecałe 8,39% potrzebnej kwoty. A wiecie jak to jest z sercem. Nie może czekać za długo.

Wolność


Dzień Niepodległości. Święto Narodowe. Święto Wolności. 
Tyle, że od pewnego czasu 11 listopada ja wolę zostać w domu. JA się boję. Pójścia do miasta z dziećmi nawet nie rozważam. 
Jednak w tym roku postanowiłam to zmienić, uznając, że idę na łatwiznę. 
Wolność to stan umysłu.
Nie mogę więc narzucać sobie ograniczeń. Wystarczy sprawdzić godziny manifestacji, trasy przemarszu, przygotować się logistycznie i zrobić coś ciekawego. 
Nie takie zwykłe coś, bo Córeczką przyjmuje  wiedzę o patriotyzmie w małych dawkach, za to regularnie i to nie tylko w domu, ale i w przedszkolu.
Flaga DYI była więc gotowa, hymn przećwiczony, biała bluzka na Święto Polski 🙂 wyprasowana. Ten dzień miał być wyjątkowy. I był.
Wybraliśmy się całą rodziną do Sejmu. Na dzień otwarty.
Zapraszam na małą foto-wycieczkę 🙂
Mazurek Dąbrowskiego.
Laski.

Mamo, to jest dom flagi?
Sala kolumnowa i super TV.
– Mamo, prawda że tam można oglądać bajeczki?

Na kogo czeka to miejsce?

Mówię Wam – On ma wszędzie przyjaciół. Taki typ 😉

Sam wlazł…

Jeszcze Pooolska…

Najbardziej podobało mi się to, że choć byliśmy w centrum miasta mogliśmy iść za ręce, we czwórkę, całą szerokością chodnika i z podniesionymi wysoko głowami. 
I śmialiśmy się głośno.
Wolność to brak lęku przed oceną.
Nie musieliśmy przemykać pod ścianami kamienic, przepychać się w dzikim tłumie, zasłaniać dzieci swoim ciałem.Było to jakieś trzy godziny przed początkiem manifestacji. Miasto wyglądało na opustoszałe.
Moja wolność kończy się tam, 
gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Może za jakiś czas, będę mogła zabrać dzieci na taki jesienny, patriotyczny spacer. 
Może będziemy mogli uczestniczyć w Marszu Wolności. Może moje dzieci zapytają dlaczego tak tu dużo ludzi, dokąd idą i czemu my z nimi idziemy. 
Odpowiem im wtedy, że wszyscy tu przyszli, żeby uczcić wolność, żeby za nią podziękować, żeby pokazać że jesteśmy dumni i szczęśliwi, że ją mamy. 
Wolność nie jest na zawsze.

Wolność nie jest łatwa. Dlatego zamiast narzekać na  wynik wyborów, zastanów się:
Co zrobiłam by było inaczej?
Co mogę zrobić przy następnej okazji? 
Może zaangażuję się bardziej w życie lokalnej społeczności? Może włączę się w działania ugrupowania, które popieram. Może założę profil na FB i tam będę wyrażać swoje zdanie, spróbuję trafić do ludzi takich jak ja i zachęcić ich do działania. 
Wolność to odpowiedzialność.
Nie oddawaj jej walkowerem, tylko dlatego, że Ci się nie chce, że nie masz czasu, że… powód zawsze się znajdzie.
Ktoś kiedyś krwią i blizną, a nawet życiem, zapłacił za to żebyś mogła.

A co Wy robiliście 11 listopada?


Jak zapinać pasy bezpieczeństwa w ciąży

– Czy będąc w ciąży powinnam  zapinać pasy bezpieczeństwa w samochodzie?

– W myśl przepisów – nie musisz.

– Ale czy POWINNAM?!

Mam nadzieję, że każda przyszła mama zadaje sobie takie pytanie, a nie podąża ślepo za literą prawa. Literą, która w tym wypadku jest raczej kulfonem.
Dlaczego? Bo przepisy, które aktualnie obowiązują są… nieaktualne. Nie uwzględniają wyników najnowszych badań, testów i technologii zastosowanych w samochodach.
Polska jest jednym z trzech ostatnich krajów Unii Europejskiej, które zezwalają ciężarnym na jazdę bez pasów.
Co więc robić, skoro przepisy mówią jedno, a specjaliści, internet i jakaś-tam-blogerka drugie?
Poszukać informacji i podjąć odpowiedzialną i świadomą decyzję. Decyzję, która może zaważyć o życiu Twoim i Twojego dziecka. Dlatego NIKT nie może CI niczego narzucić. nawet Policja. To, że przepisy się mylą, zwalnia Cię z obowiązku rozsądnego myślenia i odpowiedzialności. Będziesz mamą – najwyższy czas przywyknąć.  To, że nie musisz zapinać pasów, nie oznacza że nie możesz. Co więcej, wiele osób, instytucji i jakaś-tam-blogerka będą Cię przekonywać, że:

W CIĄŻY POWINNAŚ ZAPINAĆ PASY BEZPIECZEŃSTWA!

Spróbuję w kilku punktach odczarować temat.
1. TY, czyli CIĘŻARNA
Tu w zasadzie strawa jest jasna. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo podczas jazdy samochodem, kobieta w ciąży niewiele się różni od kobiety w rozmiarze XXL.  Systemy bezpieczeństwa w samochodzie, chronią Was tak samo skutecznie. I na tym zakończmy, bo nie dam się wciągnąć w polemikę na temat wyjątków kiedy, to niezapięte pasy uratowały komuś życie.
Chcesz, to testuj Teorię Darwina i nie marnuj czasu na czytanie dalszej części tego wpisu.
Ani na tego bloga, bo się nie dogadamy.
2. DZIECKO
To właśnie bezpieczeństwo nienarodzonego dziecka może budzić wątpliwości. Czy zapięte pasy, mogą mu zagrażać?
Wbrew pozorom, to złożone zagadnienie i nie da się na nie odpowiedzieć jednym słowem: tak lub nie.
Bo pasy zapinać to trzeba umieć drogie Panie Przyszłe Mamy!
ŹLE ZAPIĘTE pasy mogą zagrażać  nienarodzonemu dziecku.
PRAWIDŁOWO ZAPIĘTE PASY BEZPIECZEŃSTWA nie zagrażają dziecku w łonie matki!

Jak więc kobiety w ciąży powinny zapinać pasy, by nie narażać dziecka?

Pas nie powinien być prowadzony po brzuchu, ani nad nim.
Część ramieniowa powinna przebiegać pomiędzy piersiami i z boku brzucha, a część biodrowa po udach
i miednicy.
W utrzymaniu pasa w prawidłowej pozycji bardzo pomagają specjalne adaptery do pasów dla ciężarnych,
na przykład taki jak ten ze sklepu TOSIA
To była pierwsza rzecz jaką kupiłam dla mojego dziecka, zaraz po założeniu karty ciąży. Tak na wszelki wypadek.
Ważne jest również odpowiednie ustawienie fotela. Oparcie powinno być tak pionowo, jak dasz radę wytrzymać, a siedzenie maksymalnie odsunięte do tyłu. 

3. KOMFORT
Tak, wiem. Też to miałam. Pasy cisną, duszno się robi i nie jest wygodnie. Ale nie oszukujmy się: w ciąży, zwłaszcza zaawansowanej, ogólnie nie jest wygodnie.
 Ile czasu zajmuje Ci przyjęcie odpowiedniej pozycji do snu? Właśnie. Dlaczego więc oczekujesz, że będzie Ci wygodnie w samochodzie? Najwyższy czas pogodzić się z tym, że ta odrobina dyskomfortu, to swoiste ubezpieczenie. Cena ją musisz zapłacić, żeby Twoje dziecko miało matkę.  Żebyście mogli cali i zdrowi spojrzeć sobie w oczy. Już niedługo 🙂
4. PODUSZKI POWIETRZNE
Nie, nie są dodatkowym zagrożeniem.  Razem z pasami bezpieczeństwa stanowią jeden zintegrowany system, który ma Cię chronić. Naprawdę poduszki, też biorą udział w crash-testach. A wiesz, że  w takich testach używany jest manekin zbudowany na wzór kobiety w ciąży? Możesz go zobaczyć tu: KLIK
Podobny manekin uczestniczył w badaniach przeprowadzonych przez Volvo Car Group. Wyniki jednoznacznie dowodzą, że kobiety w ciąży powinny zapinać pasy i upewniać się, że robią to prawidłowo, oraz że są lepiej chronione w trakcie zderzeń czołowych, gdy w kierownicy jest poduszka powietrzna. Więcej o badaniach przeczytasz w artykule NATEMAT.
5. I ZNOWU TY!
Nienarodzone dziecko najbardziej  potrzebuje Ciebie – Mamo. Nie tylko po to, żeby przeżyć, nie po to żeby bezpiecznie przyjść na świat. Potrzebuje Cię jeszcze dużo, dużo później.
Musisz być zdrowa i silna, żeby wstawać do niego w nocy, żeby czuwać przy nim kiedy będzie chore, żeby schylać się przez pół dnia, kiedy zacznie nieporadnie chodzić trzymając Cię za palce, żeby je gonić kiedy już te palce puści, żeby przygotować na pierwszy dzień w przedszkolu, a potem ostatni dzień w szkole. Żeby pomóc przy dzieciach,
bo babcia, to prawdziwy skarb.Więc teraz jeszcze raz dobrze zastanów się, czy powinnaś zapinać pasy.

Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam Ci w podjęciu jedynie słusznej decyzji :)Poza tym dbanie o prawidłowo zapięte pasy to bardzo dobry nawyk. Niedawno pisałam w tej sprawie List do Pani o zielonych oczach. A już niedługo znowu napiszę o bezpiecznym przewożeniu dzieci w samochodzie.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak zapinać pasy, możesz skorzystać z BEZPŁATNEGO SZKOLENIA, które odbędzie się już 27 listopada w ramach akcji „Ciąża i pasy”.
Podczas szkolenia dowiesz się:
  • jak bezpiecznie zapinać pasy w ciąży
  • jakie błędy popełniają ciężarne zapinając pasy i jak ich uniknąć
  • do czego służą adaptery do pasów i jak ich poprawnie używać
  • na co musi uważać przyszła mama za kierownicą
A co Ty sądzisz o zapinaniu pasów w ciąży?
——————————————————————————————–
UPDATE 12.11.15
Po kilku dniach w sieci ten wpis zebrał bardzo dużo komentarzy na forach, grupach i profilach FB. Niestety znaczna część z nich to głosy matek, które nie zapinają pasów. Poza argumentami w stylu „to niewygodne” pojawiły się też takie których się nie spodziewałam.
– Póki nie będę musiała, nie będę tego robić.
– Wszyscy znajomi dziwili się, że zapinam pasy w ciąży.
– Prawo na to pozwala, więc o co chodzi?
– Lekarz mi mówił, żeby unikać jazdy w pasach (nie powiedział, żeby unikać jazdy samochodem w ogóle).
– Jeździłam bez pasów i urodziłam zdrowe dziecko.
– Nie popadajmy w skrajności.
– zapinałam tylko jedną część, drugą prowadziłam za plecami.
Sądziłam, że to będzie banalny tekst, ale skala tego typu komentarzy mnie przeraziła. Dlatego powiem wprost.
Możliwość jazdy bez pasów w NIE JEST PRZYWILEJEM ciężarnej!
Pierwszeństwo w kolejce, miejsce siedzące – tak.
Możliwość jazdy bez pasów jest pułapką nieaktualnych przepisów!
Nie daj się w nią wciągnąć.
Czy będąc w ciąży pijesz alkohol? Palisz papierosy? Zażywasz dowolne leki?
Przecież to też nie jest zabronione.
Nie robisz tego, bo masz SWÓJ ROZUM. Bo chcesz mieć zdrowe i silne dziecko. Chcesz być matką.

6 rzeczy których musisz nauczyć się od dziecka, żeby odnieść sukces

Przeglądając wczoraj jakieś stare materiały ze szkolenia, znalazłam pewną notkę motywacyjną. Była to lista pt.: „6 zasad dzięki którym odniesiesz sukces”.

Przeczytałam, pomyślałam że mądre, zaczęłam się zastanawiać gdzie to powiesić. W tym momencie spojrzałam na Synka.  Akurat wdrapywał się na stolik.
I tak sobie pomyślałam, co by na tą mądrość powiedziało dziecko?
Dziecko, które codziennie, ba kilka razy dziennie, podejmuje dziesiątki prób, ponosi setki porażek, a i tak kładzie się spać z kilkoma sukcesami na koncie. Czasem mimo zmęczenia, walczy ze snem, bo tak bardzo nie może doczekać się jutra, choć to wcale nie będzie łatwiejszy dzień.
Chyba brzmiało by to mniej więcej tak:
1. Wierz w siebie.
No raczej. Kto jak nie ja? 
Kto za mnie nauczy się jeść łyżką, bić brawo, zakładać buty, wchodzić na schody, myć ręce, schodzić z krzesła….
Tylko daj mi szansę to zrobić.
Uwierz we mnie.
2. Łam niektóre zasady i reguły.
Nie mam pojęcia co to jest. Prawdopodobnie łamię je, depczę, przeżuwam, wypluwam, mymłam i znowu przeżuwam.
Sorry jeśli Cię uraziłem.
3. Nie obawiaj się porażek.
A to można bez porażek? Bez próbowania? Tak za pierwszym razem?!
4. Ignoruj tych, którzy są na nie.
„Nie wchodź tam, nie dotykaj tego, nie bierz do buzi, nie wolno, nie ruszaj”.
Gdybym ich słuchał, do dziś moim największym sukcesem byłoby podnoszenie główki.
Zaufaj mi, ten punkt mam opanowany do perfekcji.
5. Pracuj ciężko.
Nic innego nie robię. Może Cię zmylić, to że przy okazji świetnie się bawię, ale to wszystko jest ciężka robota.
6. Dawaj coś z siebie innym.
Daję nawet jak udają, że nie chcą.
Zasmarkane buziaki, ubłocone przytulasy, codzienne powody do śmiechu, bezwarunkową miłość i trochę szczęścia w bonusie.
Był jeszcze dopisek:

Pamiętaj nigdy nie wejdziesz na drabinę z rękami w kieszeniach.
A chcesz się założyć? 😛
Też tacy byliśmy. Pamiętasz? To, że dziś CZYTASZ ten tekst, na urządzeniu wymagającym obsługi, to że polubisz go, albo podasz dalej 😉 – to wszystko znaczy, że odniosłeś w życiu sporo sukcesów. Poniosłeś porażki, pokonałeś zwątpienie, stawiłeś czoło przeciwnościom. 
Byłeś małym okruszkiem w wielkim świecie. 
Dziś skala zmieniła się tylko trochę. Ty jesteś wyższy, ale świat pozostał ogromny. 
Czy faktycznie wyzwania, przed którymi teraz stoimy są większe, niż te które ma dziecko?
Przecież my oswoiliśmy już życie. To, że znamy reguły powinno nam pomagać i pchać do przodu, nie wstrzymywać.
Pomyśl ile masz, jak wiele potrafisz. 
Czy jako dziecko poddałbyś się przy pierwszej przy którejkolwiek próbie?
O którym punkcie zapomniałeś?
Co zmienisz dziś?