Category

Przydasie

Category

4 triki, które pomogą Ci przetrwać sezon grypowy

Kojarzycie ten moment kiedy Złota Polska Jesień zmienia się w burą, depresjogenną wieczną szarówkę?
Na szczęście potem spada pierwszy śnieg i zakrywa wszystko co brzydkie. Świat robi się biały, magiczny i nawet wieczorem jest jakby jasno. Następnie okazuje się, że drogowcy są zaskoczeni, sól przeżera nam buty, a z magii  została breja.
No i przeziębienia. Jak na nieszczęścia przystało chodzą parami, albo seriami – zależy ilu osobową mamy rodzinę.
Mniej więcej w drugiej połowie stycznia zaczynam zastanawiać się, czy mam w domu więcej zabawek, czy leków.
Dzieje się tak dlatego, że za każdym razem dostaję od lekarza plik recept, które od razu wykupuję, by po powrocie do domu stwierdzić, że mam identyczny, bardzo drogi syropek –  ledwo otwarty, lub też  dwa inne bardzo drogie syropki, które różnią się nazwą lecz składem już nie bardzo.
Dlatego dziś nie będzie o domowych sposobach na odporność, czy zwalczanie zarazków.
Dziś będzie o organizacji, bo choroba w domu to sytuacja kryzysowa, którą logistyką trzeba załatwić.
Oto moje sposoby na przetrwanie od grypy do następnego przeziębienia 😉
1. Przechowywanie.
W miarę jak rosły mi dzieci, rósł pojemnik na leki, a im był większy tym trudniej coś w nim było znaleźć. Pomogła jedna, banalna wręcz zmiana.  Zamiast w kartonowym pudełku, szufladzie, czy  szafce, leki trzymam w przeźroczystym plastikowym pojemniku. Naprawdę dużo łatwiej zorientować się w zawartości.
Do tego jestem fanką przeźroczystych „kosmetyczek”.  Zdarzyło mi się wybrać droższy kocyk, czy kupić zestaw ubranek, dlatego że były w takim właśnie opakowaniu.
Przeźroczyste torebki, z dobrego plastiku są niezastąpione i trzymam w nich wszytko od kosmetyków, przez drobne zabawki. Pakuję w nie też  leki na wyjazdy.
sezon na przeziębienia
Zauważyłam taką prawidłowość, że im więcej leków wezmę ze sobą, tym zdrowsze są moje dzieci. Kiedy jednak czegoś zapomnę, najdalej drugiego dnia pobytu okazuje się,  że muszę kupić: krople na katar, maść na ukąszenia, spray na poparzenia…
2. Oznaczanie
W mojej apteczce na stałe mieszka  marker. Na wszystkich lekach, które nadają się do użytku przez określony czas od otwarcia, zapisuję tą datę.  Dotyczy to głównie  syropków, kropelek, maści.  Dzięki temu nie muszę się zastanawiać, czy już wyrzucać niedokończony lek, czy jeszcze nie.

grypa przeziębienie

3. U lekarza
Przed wizytą robię przegląd zapasów i odkładam przeterminowane leki do osobnej torby ( tu przydaje się punkt 2).
Wychodząc do przychodni zabieram je ze sobą i zostawiam w pobliskiej aptece.  Przy przychodni zawsze jest apteka 😉
Pamiętajcie, że nie wolno wyrzucać leków do kosza!
Zwłaszcza antybiotyków, sterydów, czy hormonów, bo wszystko to potem wypijemy, albo zjemy w sałacie.
I nasze dzieci też.
Lekom, które są ważne robię telefonem zdjęcie grupowe (lub kilka zdjęć), a potem karzę je oglądać naszej Pani Doktor.
sezon grypowy
Owszem, za pierwszym razem patrzyła na mnie dziwnie, nie wiem co pomyślała, ale byłam na to gotowa. Zwłaszcza jak sobie policzyłam ile mnie kosztują zdublowane lekarstwa.  Na szczęście nasza Pani Doktor jest miła, mądra, wyrozumiała i ma cierpliwość nie tylko do dzieci.
Tak więc zanim dostaniemy receptę, Pani Doktor przegląda sobie moje fotki w telefonie.  Okazało się,  że wcale to nie jest takie uciążliwe, bo sporo leków poznaje na pierwszy rzut oka po opakowaniu.
4. Harmonogram 
Kiedyś podawaliśmy leki w oparciu o notatkę sporządzoną przez Panią Doktor.
Nie był to jednak system idealny:
– przy dwójce dzieci, gdzie każde ma inne zalecenia i inne leki
– w sytuacji kiedy nie tylko ja jestem z dziećmi, ale zmieniam się z Tatą, Babcią, Opiekunką
– przy antybiotyku gdzie bardzo ważna jest godzina podania, czy przy gorące gdzie trzeba pilnować, by podawać na zmianę paracetamol  z ibuprofenem.
Ok,  to w ogóle nie był system.
W takich sytuacjach bałam się, że ktoś pomyli leki, czy godziny.  Dlatego wprowadziłam harmonogram, który wisi na lodówce. Terroryzuję rodzinę i każę zaznaczać im ptaszkami każde podanie leku, niczym w tabelce czystości w toalecie McDonalda.
I tak mają szczęście, że nie muszą składać podpisów, prawda? 😉
Dzięki temu bez składania raportów i dzwonienia do siebie wszyscy wiemy, który lek został podany,  za ile następna dawka, itd.
 Harmonogram podawania lekówHarmonogram do edycji możecie pobrać tu:  Harmonogram leków
Te 4 sposoby pomagają mi wytrwać do wiosny, kiedy to przeziębienia zamieniam na alergie, a zaoszczędzone pieniądze wydaję na prosecco, lody waniliowe i chippendalesów.
Czego i Wam życzę 🙂
Byle do lata!
PS Przypominam, że podstawowym zadaniem matki jest trzymać ojca jak najdalej od źródła zarazy,
bo jak mężczyźni reagują na temperaturę, to wszystkie wiemy 😉
grypa jak pokonać

Jak zapinać pasy bezpieczeństwa w ciąży

– Czy będąc w ciąży powinnam  zapinać pasy bezpieczeństwa w samochodzie?

– W myśl przepisów – nie musisz.

– Ale czy POWINNAM?!

Mam nadzieję, że każda przyszła mama zadaje sobie takie pytanie, a nie podąża ślepo za literą prawa. Literą, która w tym wypadku jest raczej kulfonem.
Dlaczego? Bo przepisy, które aktualnie obowiązują są… nieaktualne. Nie uwzględniają wyników najnowszych badań, testów i technologii zastosowanych w samochodach.
Polska jest jednym z trzech ostatnich krajów Unii Europejskiej, które zezwalają ciężarnym na jazdę bez pasów.
Co więc robić, skoro przepisy mówią jedno, a specjaliści, internet i jakaś-tam-blogerka drugie?
Poszukać informacji i podjąć odpowiedzialną i świadomą decyzję. Decyzję, która może zaważyć o życiu Twoim i Twojego dziecka. Dlatego NIKT nie może CI niczego narzucić. nawet Policja. To, że przepisy się mylą, zwalnia Cię z obowiązku rozsądnego myślenia i odpowiedzialności. Będziesz mamą – najwyższy czas przywyknąć.  To, że nie musisz zapinać pasów, nie oznacza że nie możesz. Co więcej, wiele osób, instytucji i jakaś-tam-blogerka będą Cię przekonywać, że:

W CIĄŻY POWINNAŚ ZAPINAĆ PASY BEZPIECZEŃSTWA!

Spróbuję w kilku punktach odczarować temat.
1. TY, czyli CIĘŻARNA
Tu w zasadzie strawa jest jasna. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo podczas jazdy samochodem, kobieta w ciąży niewiele się różni od kobiety w rozmiarze XXL.  Systemy bezpieczeństwa w samochodzie, chronią Was tak samo skutecznie. I na tym zakończmy, bo nie dam się wciągnąć w polemikę na temat wyjątków kiedy, to niezapięte pasy uratowały komuś życie.
Chcesz, to testuj Teorię Darwina i nie marnuj czasu na czytanie dalszej części tego wpisu.
Ani na tego bloga, bo się nie dogadamy.
2. DZIECKO
To właśnie bezpieczeństwo nienarodzonego dziecka może budzić wątpliwości. Czy zapięte pasy, mogą mu zagrażać?
Wbrew pozorom, to złożone zagadnienie i nie da się na nie odpowiedzieć jednym słowem: tak lub nie.
Bo pasy zapinać to trzeba umieć drogie Panie Przyszłe Mamy!
ŹLE ZAPIĘTE pasy mogą zagrażać  nienarodzonemu dziecku.
PRAWIDŁOWO ZAPIĘTE PASY BEZPIECZEŃSTWA nie zagrażają dziecku w łonie matki!

Jak więc kobiety w ciąży powinny zapinać pasy, by nie narażać dziecka?

Pas nie powinien być prowadzony po brzuchu, ani nad nim.
Część ramieniowa powinna przebiegać pomiędzy piersiami i z boku brzucha, a część biodrowa po udach
i miednicy.
W utrzymaniu pasa w prawidłowej pozycji bardzo pomagają specjalne adaptery do pasów dla ciężarnych,
na przykład taki jak ten ze sklepu TOSIA
To była pierwsza rzecz jaką kupiłam dla mojego dziecka, zaraz po założeniu karty ciąży. Tak na wszelki wypadek.
Ważne jest również odpowiednie ustawienie fotela. Oparcie powinno być tak pionowo, jak dasz radę wytrzymać, a siedzenie maksymalnie odsunięte do tyłu. 

3. KOMFORT
Tak, wiem. Też to miałam. Pasy cisną, duszno się robi i nie jest wygodnie. Ale nie oszukujmy się: w ciąży, zwłaszcza zaawansowanej, ogólnie nie jest wygodnie.
 Ile czasu zajmuje Ci przyjęcie odpowiedniej pozycji do snu? Właśnie. Dlaczego więc oczekujesz, że będzie Ci wygodnie w samochodzie? Najwyższy czas pogodzić się z tym, że ta odrobina dyskomfortu, to swoiste ubezpieczenie. Cena ją musisz zapłacić, żeby Twoje dziecko miało matkę.  Żebyście mogli cali i zdrowi spojrzeć sobie w oczy. Już niedługo 🙂
4. PODUSZKI POWIETRZNE
Nie, nie są dodatkowym zagrożeniem.  Razem z pasami bezpieczeństwa stanowią jeden zintegrowany system, który ma Cię chronić. Naprawdę poduszki, też biorą udział w crash-testach. A wiesz, że  w takich testach używany jest manekin zbudowany na wzór kobiety w ciąży? Możesz go zobaczyć tu: KLIK
Podobny manekin uczestniczył w badaniach przeprowadzonych przez Volvo Car Group. Wyniki jednoznacznie dowodzą, że kobiety w ciąży powinny zapinać pasy i upewniać się, że robią to prawidłowo, oraz że są lepiej chronione w trakcie zderzeń czołowych, gdy w kierownicy jest poduszka powietrzna. Więcej o badaniach przeczytasz w artykule NATEMAT.
5. I ZNOWU TY!
Nienarodzone dziecko najbardziej  potrzebuje Ciebie – Mamo. Nie tylko po to, żeby przeżyć, nie po to żeby bezpiecznie przyjść na świat. Potrzebuje Cię jeszcze dużo, dużo później.
Musisz być zdrowa i silna, żeby wstawać do niego w nocy, żeby czuwać przy nim kiedy będzie chore, żeby schylać się przez pół dnia, kiedy zacznie nieporadnie chodzić trzymając Cię za palce, żeby je gonić kiedy już te palce puści, żeby przygotować na pierwszy dzień w przedszkolu, a potem ostatni dzień w szkole. Żeby pomóc przy dzieciach,
bo babcia, to prawdziwy skarb.Więc teraz jeszcze raz dobrze zastanów się, czy powinnaś zapinać pasy.

Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam Ci w podjęciu jedynie słusznej decyzji :)Poza tym dbanie o prawidłowo zapięte pasy to bardzo dobry nawyk. Niedawno pisałam w tej sprawie List do Pani o zielonych oczach. A już niedługo znowu napiszę o bezpiecznym przewożeniu dzieci w samochodzie.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak zapinać pasy, możesz skorzystać z BEZPŁATNEGO SZKOLENIA, które odbędzie się już 27 listopada w ramach akcji „Ciąża i pasy”.
Podczas szkolenia dowiesz się:
  • jak bezpiecznie zapinać pasy w ciąży
  • jakie błędy popełniają ciężarne zapinając pasy i jak ich uniknąć
  • do czego służą adaptery do pasów i jak ich poprawnie używać
  • na co musi uważać przyszła mama za kierownicą
A co Ty sądzisz o zapinaniu pasów w ciąży?
——————————————————————————————–
UPDATE 12.11.15
Po kilku dniach w sieci ten wpis zebrał bardzo dużo komentarzy na forach, grupach i profilach FB. Niestety znaczna część z nich to głosy matek, które nie zapinają pasów. Poza argumentami w stylu „to niewygodne” pojawiły się też takie których się nie spodziewałam.
– Póki nie będę musiała, nie będę tego robić.
– Wszyscy znajomi dziwili się, że zapinam pasy w ciąży.
– Prawo na to pozwala, więc o co chodzi?
– Lekarz mi mówił, żeby unikać jazdy w pasach (nie powiedział, żeby unikać jazdy samochodem w ogóle).
– Jeździłam bez pasów i urodziłam zdrowe dziecko.
– Nie popadajmy w skrajności.
– zapinałam tylko jedną część, drugą prowadziłam za plecami.
Sądziłam, że to będzie banalny tekst, ale skala tego typu komentarzy mnie przeraziła. Dlatego powiem wprost.
Możliwość jazdy bez pasów w NIE JEST PRZYWILEJEM ciężarnej!
Pierwszeństwo w kolejce, miejsce siedzące – tak.
Możliwość jazdy bez pasów jest pułapką nieaktualnych przepisów!
Nie daj się w nią wciągnąć.
Czy będąc w ciąży pijesz alkohol? Palisz papierosy? Zażywasz dowolne leki?
Przecież to też nie jest zabronione.
Nie robisz tego, bo masz SWÓJ ROZUM. Bo chcesz mieć zdrowe i silne dziecko. Chcesz być matką.

6 rzeczy których musisz nauczyć się od dziecka, żeby odnieść sukces

Przeglądając wczoraj jakieś stare materiały ze szkolenia, znalazłam pewną notkę motywacyjną. Była to lista pt.: „6 zasad dzięki którym odniesiesz sukces”.

Przeczytałam, pomyślałam że mądre, zaczęłam się zastanawiać gdzie to powiesić. W tym momencie spojrzałam na Synka.  Akurat wdrapywał się na stolik.
I tak sobie pomyślałam, co by na tą mądrość powiedziało dziecko?
Dziecko, które codziennie, ba kilka razy dziennie, podejmuje dziesiątki prób, ponosi setki porażek, a i tak kładzie się spać z kilkoma sukcesami na koncie. Czasem mimo zmęczenia, walczy ze snem, bo tak bardzo nie może doczekać się jutra, choć to wcale nie będzie łatwiejszy dzień.
Chyba brzmiało by to mniej więcej tak:
1. Wierz w siebie.
No raczej. Kto jak nie ja? 
Kto za mnie nauczy się jeść łyżką, bić brawo, zakładać buty, wchodzić na schody, myć ręce, schodzić z krzesła….
Tylko daj mi szansę to zrobić.
Uwierz we mnie.
2. Łam niektóre zasady i reguły.
Nie mam pojęcia co to jest. Prawdopodobnie łamię je, depczę, przeżuwam, wypluwam, mymłam i znowu przeżuwam.
Sorry jeśli Cię uraziłem.
3. Nie obawiaj się porażek.
A to można bez porażek? Bez próbowania? Tak za pierwszym razem?!
4. Ignoruj tych, którzy są na nie.
„Nie wchodź tam, nie dotykaj tego, nie bierz do buzi, nie wolno, nie ruszaj”.
Gdybym ich słuchał, do dziś moim największym sukcesem byłoby podnoszenie główki.
Zaufaj mi, ten punkt mam opanowany do perfekcji.
5. Pracuj ciężko.
Nic innego nie robię. Może Cię zmylić, to że przy okazji świetnie się bawię, ale to wszystko jest ciężka robota.
6. Dawaj coś z siebie innym.
Daję nawet jak udają, że nie chcą.
Zasmarkane buziaki, ubłocone przytulasy, codzienne powody do śmiechu, bezwarunkową miłość i trochę szczęścia w bonusie.
Był jeszcze dopisek:

Pamiętaj nigdy nie wejdziesz na drabinę z rękami w kieszeniach.
A chcesz się założyć? 😛
Też tacy byliśmy. Pamiętasz? To, że dziś CZYTASZ ten tekst, na urządzeniu wymagającym obsługi, to że polubisz go, albo podasz dalej 😉 – to wszystko znaczy, że odniosłeś w życiu sporo sukcesów. Poniosłeś porażki, pokonałeś zwątpienie, stawiłeś czoło przeciwnościom. 
Byłeś małym okruszkiem w wielkim świecie. 
Dziś skala zmieniła się tylko trochę. Ty jesteś wyższy, ale świat pozostał ogromny. 
Czy faktycznie wyzwania, przed którymi teraz stoimy są większe, niż te które ma dziecko?
Przecież my oswoiliśmy już życie. To, że znamy reguły powinno nam pomagać i pchać do przodu, nie wstrzymywać.
Pomyśl ile masz, jak wiele potrafisz. 
Czy jako dziecko poddałbyś się przy pierwszej przy którejkolwiek próbie?
O którym punkcie zapomniałeś?
Co zmienisz dziś?

Błędne koło

Są takie chwile, że Zwykła Matka ma dosyć. Chciałaby uciec, albo schować się w kąt najciemniejszy. 
I to nawet nie tyle ze zmęczenia, co ze wstydu.  Hormony, albo inne czynniki jej w głowie namieszały i teraz serce ściska jak pomyśli, że ma dziecko na 10 godzin dziennie zostawić. Nie idzie więc do pracy, tylko jest „na urlopie”. Zaparła się. Dla dobra dziecka to zrobi. Najwyżej plan ekonomiczny się wdroży na jakiś czas. Ona da radę. Posiedzi, macierzyństwo pocelebruje, dzieckiem się zajmie, czasem jakiś projekt zdalnie wykona. 
Da radę. No bo „kto, jak nie my?” 

Tak się zaczyna. 
Wieczny wyścig z czasem. 
Łapanie każdej chwili, w której ma się wolne ręce. 

Logistyka
Zapakować zmywarkę, czy odpisać na maila? 
Na maila można odpisać z telefonu na placu zabaw, a zmywarkę jak się przy dziecku otworzy, to zaraz tam wlezie.. 

Podejmowanie decyzji 
Robić schabowe, czy podać pierogi z garmażerki, a zająć się przeglądem szaf przed zimą? Sam się nie zrobi. I nikt inny tego nie zrobi. Prędzej Tata te schabowe utłucze, niż się zorientuje, które spodnie są Córeczki, a które Synka. Już za małe, czy jeszcze za duże? 
Potem by się przydało kilka aukcji wystawić, żeby ten plan ekonomiczny wesprzeć. Zdjęcia najlepiej robić w świetle dziennym, czyli jak Małe będzie spało. To kiedy zmywarkę zapakować? A jeszcze maile czekają..

Wyznaczanie priorytetów
Zabrać Go na spacer, czy puścić bajkę? Tylko dziś w drodze wyjątku…  i nadgonić ten projekt, co już zaczyna być lekko przeterminowany? Wyjątki kuszą, a potem się powtarzają. Nie da się Matka tej pułapce!  
Przecież jest jeszcze noc. O ile nie zaśnie przy przy czytaniu bajeczki… Bo Tata jest fajny do wygłupów na dywanie, ale w łóżku ma być Mama. 

3:00 AM 
Dało się. Plan dnia zamknięty. To nic, że rano trzeba wstać. Ważne, że prawie daje radę. Jednak kiedy tylko lekko poczuje, że coś się zaczyna układać, zdarza się katar, dead-line, fuck-up, PMS i audyt u Niego w firmie. 
To nic.
Postanowiła być dobrą matką, gospodynią, freelancerem. Inne matki przecież  dają radę. Mają zadbane dzieci, karierę, pomalowane paznokcie i porządek w domu. Ona też da. Najwyżej te paznokcie odpuści. 
To co,  że nigdy na własne oczy nie widziała kobiety, która by SAMA wszystko to pogodziła. Ona da radę, bo jest wyjątkowa. Tzn. wyjątkowo uparta. 
I nagle okazuje się, że dziecko na kolanie przed komputerem posadzone, gary w zlewie, projekt wisi. 

3:00 AM. 
Kawa. Next day. 
To nic.Niedługo Babcia przyjedzie, to sobie Matka odpocznie. Odeśpi .A potem Babcia przyjeżdża i Matka głupieje. Szaleje wręcz. W pierwszej chwili, nawet się położy (ze zdrowego rozsądku), ale dostaje takiej  gonitwy myśli, przyspieszenia tętna i napięcia mięśni, że zrywa się po chwili. Przecież nie można tyle cennego czasu, danego od losu (czyt. Babci) zmarnować. Co zrobić. Co nadgonić? Okna umyć bo już ich zasłaniać prawie nie trzeba? Czy raczej zająć się tym nowym projektem, bo wygląda obiecująco, a strasznie dużo roboty przy nim będzie?

Podobno w sieci są poradniki dotyczące organizacji. 
Podobno są nawet kursy zarządzania czasem. 
Podobno na blogach dziewczyny się dzielą swoimi sposobami na ogarnianie wszechświata. 
Tylko kto ma czas, żeby to czytać? Na pewno nie Matka Zwykła.

Są takie dni, że czas jakoś spowalnia.  
Są takie miejsca, że zdjęcia robią się same i nawet te nieostre i prześwietlone będą w ramce.  
Są tacy ludzie, dla których warto  gonić własny ogon.

Ktoś jeszcze, jak ten chomik w kołowrotku?
Chętnie poczytam…

Boję się szkoły

Mając kilka lat, nie mogłam doczekać się kiedy zostanę uczennicą. Babcia często mi powtarzała, że trzeba się uczyć, bo tego co mam w głowie nikt mi nie zabierze. Rozumiałam już, że przeżyła wojnę i wie o czym mówi. Na dodatek reklamowała mi tę szkołę jak najlepszy Brand Manager. Do dziś pamiętam jej opowieści o eksperymentach na lekcjach chemii i doświadczeniach na fizyce.
Te poważne przedmioty zaczynały się dopiero w 4 klasie, zdążyłam więc wyzbyć się złudzeń i uniknąć bolesnego rozczarowania.
Na przygotowanie do szkoły moich dzieci  mam  czas. 1 września jeszcze przez kilka lat będzie dla nas zwykłym dniem, ale już dziś przeraża mnie jak to będzie.
Naprawdę, tak jak sen z oczu spędza mi moja emerytura, tak samo martwię się o szkołę moich dzieci.
Uważam, że pięciolatki są gotowe na szkołę. Mam za to ogromne wątpliwości, co do tego, czy szkoła jest gotowa na pięciolatki. 
Dzieci mają naturalną ciekawość świata, są kreatywne, łatwo przyswajają wiedzę. Ale też są żywiołowe, funkcjonują według określonego rytmu, nie wszystkie potrafią skupić uwagę, usiedzieć w miejscu, powstrzymać się od rozmów, czy zwyczajnie poczekać przez dłuższy czas. Czy nauczyciele zostali odpowiedni przygotowani? Programy nauczania i sale dostosowane do potrzeb i możliwości dzieci?
Bardzo jestem ciekawa opinii rodziców tegorocznych pięciolatków. Będę je zbierać skrupulatnie po zakamarkach internetu i nie tylko. Wnioskami się podzielę, obiecuję!
Nauczyciele. No właśnie. Czy będziemy „z jednej bajki”? Dogadamy się? Z jednej strony jestem za budowanie autorytetu i szacunku do nauczyciela. Z drugiej, uważam że nauczyciel powinien na ten szacunek zasłużyć, bo nie zgadzam się na  ślepe posłuszeństwo. Chcę żeby moje dzieci miały własne zdanie, potrafiły je wyrazić bez obaw, podając odpowiednie argumenty.  
No i koszmar mój największy. Logistyka. Jak to się żyje z dzieckiem szkolnym, pracując na etat od 9 do 17, plus dojazdy?! Jeśli nie ma Babci po sąsiedzku? Świetlica? Kompletnie nie wiem, jak dziś wyglądają świetlice. Nigdy na świetlicy nie zostawałam. Zupełnie nieracjonalnie, wiem, ale mam opór i lęk świetlicowy. 
Cóż… Dzieci pewnie dadzą sobie świetnie radę, a ja i tak się będę zamartwiać. Mimo tych obaw, postaram się żeby czekały na szkołę jak na wspaniałą przygodę. Bo choć nie zawsze lekcje wyglądają tak jak w opowieściach mojej Babci, to w jednym miała racje: tego co masz w głowie, nikt Ci nie odbierze.  
W tym roku zrobiłam pierwszy krok.
– Mamo, czy tu jest biblioteka?
 Zapytała mnie ostatnio Córeczka. Po pierwsze zdziwiło mnie, że zna takie słowo. Po drugie… byłyśmy w eleganckim dość sklepie z ubraniami.
– A dlaczego tak myślisz?
– Bo jest tak cicho.
Powiedziała wcale nie szeptem i zdziwiła mnie, że najwyraźniej wie o czym mówi. Brawo przedszkole! 
Skoro teoretycznie została już przygotowana, to postanowiłam pokazać jej jak biblioteka wygląda, żeby już w przyszłości nie miała wątpliwości 🙂
Z okazji nowego Roku Szkolnego wybrałyśmy się więc na wycieczkę do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. 
Jej się podobało, owszem. Ja byłam zachwycona.  
Zobaczcie sami.

Sama nie wiem…  Fajniej jest w środku, czy na zewnątrz?

PS. Obok BUW jest też bardzo miły park. Do parku przychodzą młode pary robić sobie zdjęcia. Panny Młode mają sukienki i buty. A Ona kocha buty… 

Więcej zdjęć na naszym Instagramie: 100pociech.blog  KLIK

Filtry UV – co każda mama wiedzieć powinna

Kremy z filtrem. Obowiązkowy element niezbędnika świadomego rodzica.
Czy jednak naprawdę jesteśmy świadomi?

Ja do niedawna przekonana byłam, że tak. Kupowałam przecież krem z dużą cyfrą na opakowaniu, 30 lub 50. Smarowałam dzieci przed spacerem. Ba! Uważałam, że jestem super świadoma.
Sprawdzałam skład i wiedziałam jakich substancji unikać. Kiedy wspomniałam o tym przy okazji moich ulubionych tubek z Rossmanna, zaczęliście pytać. Pomyślałam więc, że podzielę się tym co wiem, a że dużo tego nie było 😉 to postanowiłam się douczyć. Zależało mi na wiedzy fachowej, szukałam więc wiarygodnych źródeł informacji. Przeczesywałam branżowe fora, grupy tematyczne, czytałam artykuły i wypowiedzi specjalistów. I wtedy okazało się, że im dalej w las tym bardziej nic nie wiem. Bo jak źródła fachowe, to i słownictwo i skróty myślowe sprawiają, że laik tego nie pojmie. A ja nie chciałam przepisać mądrze brzmiących zdań, tylko zrozumieć, żeby potem takim jak ja prostym matkom, wytłumaczyć.
Uznałam, że nie dam rady bez pomocy fachowca, który wyjaśni mi jak na przysłowiowej miedzy.
Z pomocą przyszła mi nieoceniona Kasia, magister kosmetologii.
Ja zebrałam najistotniejsze według mnie fakty, a Kasia mi je wyjaśniła i dodała sporo mądrych rzeczy.
Zapraszam więc na dawkę solidnej wiedzy o kosmetykach z filtrem (nie tylko) dla dzieci.
Jeśli sądzisz, że najtrudniejsze w obsłudze filtra jest namówienie dziecka by dało się nim posmarować – ten tekst jest dla Ciebie!

Ochrona

Smarujemy się kremem i sądzimy, ze jesteśmy bezpieczni. Czerniak nam nie grozi, bo przecież na tubce wyraźnie napisano „chroni przed promieniowaniem UVA i UVB”. Okazuje się jednak, że jest to co najmniej semantyczne nadużycie.
Wartość faktora podana na opakowaniach, czyli SPF 20, 30, 50 – odnosi się tylko do promieniowania UVB, bo tego dotyczą badania.
Przyjmuje się, że ochrona przed UVA jest około 2,5 raza mniejsza.
Promieniowanie UVB odpowiada za powstawanie raka skóry, czyli czerniaka.
UVA przyczynia się do powstawania innego rodzaju nowotworów skóry, a ponieważ nie powoduje zaczerwienienia nie daje nam sygnału ostrzegawczego.
To UVA jest powodem starzenia się skóry i to specyficznego (czytaj brzydkiego) starzenia się. Dzieje się tak ponieważ pod wpływem tego promieniowania zachodzi zjawisko elastozy, czyli specyficzne zbijanie się włókien kolagenowych. Skutki widzimy na suchej, pomarszczonej, spalonej skórze wielbicieli opalania przy każdej okazji. Dziś już wiemy, że nie można bezkarnie korzystać z solarium.

SPF czyli co?

Jest to współczynnik ochrony przeciwsłonecznej (z ang. Sun Protection Factor). Im wyższy SPF tym lepiej jesteśmy chronieni przed UVB. Jednaj wbrew powszechnej opinii, nie jest zależny od czasu i NIE określa o ile dłużej możemy bezpiecznie przebywać na słońcu.
Żeby to dobrze zrozumieć, musimy wiedzieć, skąd biorą się cyferki na opakowaniach kosmetyków z filtrem.
Badania polegają na napromieniowaniu skóry i obserwacji po jakiej dawce UVB pojawi się zaczerwienienie, jest to tzw. Minimalna Dawka Rumieniowa.
Każdy z nas ma inną wrażliwość na promieniowanie. Swój próg bezpieczeństwa możesz określić przeprowadzając  tzw. próbę Próbę rumieniową. Dzieci nie są poddawane temu badaniu.
Producenci [przeprowadzają badania na dużą skalę i podają wartości uśrednione.
SPF wyznacza stosunek ilości promieniowania, która spowoduje zaczerwienienie na skórze bez filtra i po użyciu kosmetyku. Oczywiście, czas bezpiecznej ekspozycji na promieniowanie skóry posmarowanej filtrem będzie dłuższy, ale nie jest to jednostka pomiaru.
Producenci piszą o czasie, ponieważ jest to dużo łatwiej zrozumieć i zmierzyć. Jest to jednak zbyt duże i niebezpieczne uproszczenie.
SPF 50 nie oznacza, że mogę 50 razy dłużej  bezpiecznie przebywać na słońcu. Oznacza, że moja skóra może przyjąć 50 razy więcej promieniowania UVB zanim się zaczerwieni. Dla mnie to istotna różnica.
Zaskoczona? Czytaj dalej.
50 czy 30?
Czy SPF 50 chroni dwa razy lepiej niż SPF 25?
Jeśli myślimy w kategoriach „czas” (czyli jak długo mogę bezpiecznie przebywać na słońcu) tak by się mogło wydawać. Ale wiemy już, że to błędne myślenie. Mówimy o dawce promieniowania, a tu zasady są inne.
Poziom ochrony nie wzrasta tak proporcjonalnie jak by nam się wydawało:
SPF 25 – daje około  96 % ochrony przed promieniowaniem UVB
SPF 50 – około 98%
SPF 60 – około  98,5%
Kosmetyki z wyższym faktorem, bardziej obciążają skórę, a im wyższy wskaźnik filtra tym mniejszy przyrost poziomu ochrony.

Rodzaje filtrów

Na dwa sposoby możemy zabezpieczać skórę przed promieniowaniem  fizycznie lub chemicznie.
Filtry fizyczne (inaczej mineralne), to takie które pozostawiają białą warstwę na skórze. Ich cząsteczki są na tyle duże, że nie wnikają w głąb skóry, działają więc od razu po nałożeniu. Fizycznie: odbijają promienie UV. Mówi się na nie „mineralne”, bo są to tlenki minerałów:
–  Dwutlenek tytanu (Titanium dioxide)
–  Tlenek cynku (Zinc oxide)
Filtry fizyczne najczęściej zalecane są dla małych dzieci i uznawane za najbezpieczniejsze. Pojawiają się jednak opinie poddające w wątpliwość ich fotostabilność. Dlatego niektórzy zalecają kosmetyki zawierające filtry fizyczne i chemiczne jednocześnie.
Filtry chemiczne
Wnikają w wierzchnią warstwę naskórka i tam pochłaniają szkodliwą energię UV zmieniając odwracalnie swoją strukturę chemiczną. Żeby działać muszą się wchłonąć, dlatego ważne jest aby nakładać je minimum 15 minut przed ekspozycją na słońce.
Niestety niektóre z tych substancji mogą wnikać głębiej do organizmu i zaburzać gospodarkę hormonalną. Są to tzw. filtry przenikające.  Znaleziono je w mleku matek. Poniżej wymieniam wszystkie tego typu substancje. Sprawdzajcie składy kosmetyków! Kobiety w ciąży, kobiety karmiące i małe dzieci zdecydowanie powinny unikać preparatów, które zawierają filtry przenikające. Reszta – wedle własnego sumienia i zdrowego rozsądku. Ja dziękuję.

czarna lista filtrów uv

Wszystkie filtry przenikające to filtry chemiczne. Ale nie wszystkie filtry chemiczne są złe. Niektóre z nich to dobre, stabilne substancje chroniące przed UV.
Ile tego?
Mamy więc wybrany preparat z odpowiednim SPF i bezpiecznym składem. Wystarczy posmarować? Nie do końca. Okazuje się, że aby zapewnić sobie ochronę na poziomie deklarowanej przez producenta, musimy nałożyć odpowiednią ilość kosmetyku. Konkretnie 2 mg na centymetr kwadratowy skóry, czyli na samą twarz około 1,6 – 1.8 ml.
Nie jest to błaha sprawa, ponieważ poziom ochrony zmniejsza się istotnie
SPF (3)
Oznacza to, że nakładając połowę zalecanej ilości filtra 50, uzyskujemy ochronę na poziomie SPF 7,1. Koniec złudzeń.
Paradoks
W krajach wysokorozwiniętych, w których powszechnie stosuje się kosmetyki z filtrami UV odnotowuje się istotny wzrost zachorowań na czerniaka.
Dziwne, prawda? Nie tak bardzo, dobrze się zastanowić. Co się działo, kiedy jeszcze filtrów nie było? Zbyt długie przebywanie na słońcu powodowało poparzenie. Zaczerwienienie skóry, swędzenie, czasem nawet bąble. Organizm jasno i wyraźnie dawał nam znać, że przekroczyliśmy niebezpieczną granicę i trzeba uważać. Sprawdźcie jeszcze raz skład kosmetyków chroniących przed słońcem. Poza filtrami znajdziecie tam pathenol i inne substancje łagodzące. Oznacza to, że nie mamy szansy odczuć dyskomfortu wynikającego ze zbyt długiego przebywania na słońcu, nie znamy więc naszej naturalnej granicy i notorycznie ją przekraczamy. Bezkarnie. Ale tylko do czasu.
Ubranie
Zwykłe ubranie nie chroni przed niebezpiecznym promieniowaniem. Nie wystarczy więc smarować tylko odkrytych części ciała. Filtr najlepiej nałożyć minimum 8 minut przed nałożeniem ubrania.
Coraz częściej w sklepach dla dzieci i sklepach sportowych spotkać można ubrania chroniące przed UV.  Wykonane są one ze specjalnie tkanego poliestru, który dodatkowo wzbogacony jest nanocząsteczkami dwutlenku tytanu. Swoje właściwości zachowuje niezależnie od rozciągnięcia, zmoczenia, ilości prań etc. Taka wysoka ochronę oznacza standard UV 801 – warto szukać tego oznaczenia na metce.  Wysoka ochrona dotyczy zarówno promieniowania UVA jak i UVB.  Dla tkanin oznacza się to faktorem UPF (ultraviolett protection factor).
Pamiętajmy: filtry nigdy nie dają 100% ochrony przed promieniowaniem UV.
Przeciwnie, trudno uzyskać poziom ochrony deklarowany przez producenta. Możliwe jest to chyba tylko w warunkach laboratoryjnych.
Tyle o kosmetykach, nie mogę jednak nie wspomnieć o naturalnych olejach roślinnych.
Szczególnie polecany jest tu olej z pestek malin, który podobno dobrze przechowywany (w lodówce) jest w stanie zapewnić ochronę na poziomie SPF 50. Nawet jeśli to będzie SPF 30 to też będę zachwycona. Co ciekawe, wbrew moim obawom, to że coś jest olejem, niekoniecznie oznacza, że zostawia na skórze tłustą warstwę do której przyklei się byle paproch, o piasku nie wspominając. Przeciwnie, byłam miło zaskoczona.Doskonałym sposobem ochrony przed UV jest też właściwa dieta bogata w antyoksydanty. Marchew, jagody, brukselka, czarna porzeczka. Tyle, że to droga trudniejsza niż posmarowanie kremem. Nie oszukujmy się, my lubimy łatwo i szybko. Zarówno jeśli chodzi o związki, jak i o zdrowie. W obu wypadkach polecam jednak odrobinę wysiłku. Na pewno się opłaci.

Dużo o filtrach (i nie tylko) możecie dowiedzieć się z bloga Anity srokao.pl
Po wpisaniu w wyszukiwarkę SPF pojawią się artykuły i testy konkretnych kosmetyków. Autorka zna temat i fachowo analizuje składy kosmetyków.Ja nie jestem specjalistą, tylko zwykłą mamą, która próbuje ogarnąć temat. W zrozumieniu, a potem wyjaśnianiu trudnych kwestii pomagała mi Kasia Gęborys – magister kosmetologii i  praktyk z dużym doświadczeniem.

Dziękuję Kasiu! 🙂

To nie powinna być wiedza tajemna, zarezerwowana dla profesjonalistów. My rodzice jesteśmy odpowiedzialni za dzieci na różnych poziomach, również dbając o ich zdrowie na co dzień.

Udostępniajcie więc, niech idzie w świat 🙂

 

Cukier owocowy

Niby lato w pełni, na straganach i bazarkach owoców tyle, że nie wiadomo co wybrać, a tak naprawdę  sezon mija nie wiadomo kiedy. Na truskawki na przykład jest już w zasadzie ostatni moment. Ja truskawki lubię bardzo, ale te prawdziwe. Nie znoszę truskawkowej czekolady, galaretki, batoników.Wszystko ten smak naśladuje naśladować, pachnie mi chemią…  Co więc zrobić, żeby te smaki i zapachy zostały z nami na dłużej? Można przetwory, ale dziś mam propozycję dla lubiących szybkie i proste sposoby. 
Zaczęło się w zeszłym roku od truskawek właśnie. Pomysł, jak wszystkie wielkie odkrycia powstał przez przypadek, w zeszłym roku. Tak, patent jest nasz własny, a wszelkie prawa autorskie przynależą się naszemu domowi 🙂

Sposób wykonania jest banalnie prosty.
Składniki:
– 1 szklanka cukru (+ druga w zapasie)
– odrobina wybranego owoca, np. pół średniej truskawki, jedna malina.
Cukier może być zwykły, ale bardzo ładnie wyglądają duże kryształki, tzw. „gruba rafinada”.
Truskawkę musisz oczywiście umyć. Ważne, żeby ją potem dobrze osuszyć, np. ręcznikiem papierowym. Jedyna wilgoć jakiej potrzebujemy to sok z owoca. 
Najważniejsze, to nie dopuścić żeby cukier się rozpuścił. 
Ma się zabarwić, wchłonąć sok. Jeśli wyjdzie zbyt mokry, zacnie się sklejać w grudy, po prostu dosyp cukru.
Będzie Ci się wydawać, że pół truskawki to za mało, będzie Cię kusić żeby dać całą.
Poczekaj. Najwyżej dołożysz. A potem dosypiesz cukru 😉
Do miseczki wsypujemy cukier, dokładamy truskawkę i zamaszystym ruchem, jakbyśmy roztrzepywali białko, rozcieramy.
Gotowy cukier wysypujemy cienką warstwą na tacy i zostawiamy do wyschnięcia. Co jakiś czas rozgrzebujemy widelcem, rozgniatając ewentualne grudki.
W tak upalne dni jak dziś, suszenie zajmuje mi jeden dzień. 
Przechowuję w metalowych puszkach po herbacie. Wreszcie się na coś przydadzą 🙂

Co z tym robić?

Wykorzystuję do posypania bitej śmietany na mrożonej kawie, ozdabiania lukrowanych ciasteczek i kremowych tortów. 

Czasem też (zwłaszcza zimą) podaję jako zwykły cukier. Wprawdzie, aromat się zgubi, ale wrażenie na gościach pozostaje. Siła autosugestii jest nie do przecenienia 😉
Jeszcze jedno zastosowanie. Czary Mary. Ja mam swoje – pisałam o nich przy okazji Tubek na przekąski, a Córeczka ma swoje – różowe oczywiście.
Jeśli kręci nosem na jedzenie, marudzi, wybrzydza – pozwalam jej posypać odrobiną owocowego cukru. Czary wiadomo, trzeba oszczędzać. Bardzo często działają 🙂
Zaczęło się od truskawek, ale w tym roku  eksperymentuję też z innymi owocami. Oto w:
truskawka – klasyka sama w sobie,
malina –  pachnie obłędnie,
jeżyna –  ładny kolor, ale stosunkowo słabo pachnie, chyba po wysuszeniu spróbuję do tego samego cukru dodać jeszcze jeden owoc,
jagody – są małe więc trudno je rozgnieść, ale warto bo dają najładniejszy kolor.

Uwaga: 
W odróżnieniu od gotowych kolorowych posypek, cukier stosunkowo łatwo się rozpuszcza, dlatego lukier musi być wystudzony.
Jeśli spróbujecie, dajcie znać jak wyniki Waszych eksperymentów 🙂

CV Matki

Mama zaczyna myśleć o powrocie do pracy. 

Pierwsze co czuje to dreszcz podniecenia, na myśl o tym co ją czeka.
Nowe zadania.
Zmiana oteczenia.
Wyzwania MERYTORYCZNE.
Pierś sama wypina się do przodu, nos wędruje do góry, uśmiechu nie można powstrzymać.
„Kto jak nie Ja”!?

Zaraz potem dresz przechodzi we wstrząs i gulę w gardle. To rozpacz, że  trzeba będzie się rozstać.
Na tyle godzin. Tyle razy w tygodniu…

Następnie gula rośnie jeszcze bardziej, ramiona opadają, a szczękę trzeba zbierać z podłogi.
To strach. A raczej przerażenie, bo właśnie sobie uświadomiła jak długo jej nie było!
Ile się zmieniło?
Czy te programy, które zna są jeszcze w użyciu?
Czy się jeszcze nadaje?
Czy umie rozmawiać z dorosłymi?
Czy skoro jest Matką, to czy ktokolwiek będzie chciał z nią rozmawiać?!

Przecież wiadomo z czym się kojarzy kobieta z małym dzieckiem. Wieczna niedyspozycja. Ciągłe L4 na dziecko. Wcześniejsze wyjścia.

Samoocena zawodowa: ZERO.

Jak ma dobrze wypać na rozmowie kwalifikacyjnej, skoro sama w siebie kompletnie nie wierzy?!
Nie czuje się na siłach.

– Co Pani ostatnio czytała?
– „Ulicę Czereśniową”. Wszystkie tomy.

– W jakim projekcie ostatnio Pani brała udział?
– Wprowadzanie glutenu.

– Pani największy sukces?
– 3 lata bez klapsa.

Ale jest przecież druga strona medalu.
Matka chce wyjść o czasie, dlatego nie będzie pić kawy przez pół godziny. Nie wyjdze kilka razy na papierosa. Daruje sobie Pudelka, FB i biurowe ploteczki.
Swoją robotę zrobi dobrze za pierwszym razem.
Rozwijając kreatywność swoich dzieci, sama zaczęła wpadać na świetne pomysły.
Komunikacje niwerbalną ma opanowaną do perfekcji.
Co jeszcze?
Zobaczcie filmik.

Oto uniwersalny załącznik do CV każdej Matki.

W filmie trochę motywacji, dla tych które zgubiły gdzieś wiarę w siebie.

Podajcie film dalej, niech się pracodawcy dowiedzą, że Matka ma Moc!

A jaka jest Wasza lista dodatkowych atutów?

Ten wpis został wyróżniony w cotygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice.



Dla dobra dziecka

Znam dwa małżeństwa. Podobne dość.  Duże miasto jedno na północy, drugie bliżej centrum kraju. Oni wykształceni, zamożni, aktywni, sympatyczni. Jedno dziecko. Oczko w głowie. Tu dziewczynka, siedmioletnia Ania, tam Krzyś lat 4. 
Nagle coś się nie udaje. Mniej więcej w tym samym czasie podejmują decyzje o rozstaniu. 

Jeszcze nie rozwód, ale już separacja. 

Tak się złożyło, że w obu przypadkach to Mama decyduje się spakować i wynająć mieszkanie. Ale to nie istotne. Oboje dziecko kochają, więc się nim dzielą sprawiedliwie, nowocześnie.

Dwa tygodnie z Mamą w nowym mieszkaniu, dwa z Tatą w domu. Tak będzie najlepiej dla dziecka. Wszystko zostało przemyślane. Zaplanowane. Wytłumaczone. Rodzice są dumni, bo dzieci takie dojrzałe. Tak wszystko rozumieją, tak dobrze, spokojnie tą nową sytuacje przyjęły. Krzyś cieszy się nawet z nowego pokoju i dodatkowych zabawek, a Ania u mamy ma blisko najlepszą koleżankę.
Mieszkamy daleko, więc doniesień o sytuacji słucham przez telefon. A raczej słuchałam, bo ostatnio staram się nie odbierać. Skończyła mi się tolerancja na hipokryzje.Ciągłe zasłanianie się „dobrem dziecka”, które szczęśliwe może być tylko wtedy kiedy ma szczęśliwych rodziców, choćby osobno. A tu najlepsza decyzja od dawna. Chociaż boli, to taka świeżość, oddech. Razem już się dusili, nie dogadywali w sprawach fundamentalnych.
Sama nie wiem, czy bardziej trafia mnie szlag, czy serce mi pęka. 
Bo ja tu dobra dziecka nie widzę. 
Ludzie się rozstają, wiem. Z różnych powodów. Bywają sytuacje ekstremalne, z nimi nie dyskutuje. Nie godzę się natomiast z pójściem na łatwiznę. 
Jak wychowuje nas nowoczesny świat? Dopiero co pochylałam się nad losem dzieci, które mają wszystko. A co z nami, dorosłymi?  My pokolenie i-phona,  user frendly. Nie musimy się starać,  męczyć. Wystarczy nacisnąć guzik i gotowe. Klik. Przepraszam, nie trzeba naciskać, wystarczy dotknąć. 
Potrzebujesz witamin? Łyknij tabletkę. Chcesz być szczupła? Odessij tłuszcz. Dziecko ma problemy z zasypianiem? Podaj syropek.
My egoiści – hedoniści patrzymy na związek przez pryzmat korzyści, a nie poświęceń. Niestety, takie podejście, rzadko wytrzymuje próbę czasu. 
Odzwyczailiśmy się od podejmowania wysiłku. Odzwyczajamy się od czekania na efekt. Wszystko da się zrobić, wszystko można dostać i to na już. Jestem Panem Świata! 
Czy moi znajomi zrobili wszystko co w ich mocy, żeby naprawić sytuacje? 
Czy byli u terapeuty, mediatora, księdza? 
Nie. Wyszli ze związku, w którym przestało im być wygodnie, w którym zaczęło być trudno. 
Nie chcę tu powiedzieć, że rozstanie jest łatwe, zwłaszcza rozstanie rodziców. Wręcz przeciwnie, ZAWSZE jest to trudna decyzja. Ale najszybciej daje efekt. „Co z oczu to z serca”,  a „czas leczy rany”. Nie trzeba codziennie walczyć ze sobą. Szukać nowych kompromisów. Oddawać kawałka siebie, w imię wyższego, wspólnego dobra. Rodziny.
W tym znaczeniu Oni wybrali najłatwiejsze rozwiązanie.
Rozstanie. 

Kiedy wreszcie dobro dziecka przestanie być terminem relatywnym, a będzie pojęciem jednoznacznym?

Ja w słowach „dla czyjegoś dobra” widzę poświęcenie, wysiłek, rezygnację z kawałka siebie. 
Nie kupię sobie nowej pary butów tej wiosny, żeby wystarczyło mi na bezpieczniejszy fotelik – dla dobra dziecka. Karmię piersią, choć to czasochłonne, nudne i czasem boli – dla dobra dziecka. Toczę bitwy o mycie zębów, rąk i uszu – dla dobra dziecka.
Nie idę na łatwiznę.
Ale jeśli dziecko ma zaleconą dietę, bo musi walczyć z nadwagą i dostaje specjalne posiłki, podczas gdy cała rodzina je niezdrowo, nie zmienia swoich nawyków żywieniowych, to czy to jest dobro dziecka? Jeśli nie zakładam mu kasku kiedy jeździ na rowerze, by było mu wygodniej, to czy to jest dobro dziecka? 
Choć to trudne, nie idę na skróty. Codziennie wyciągam skarpety zza kanapy. Raz na jakiś czas robię aferę o zachlapaną łazienkę, ale co wieczór ją wycieram. Naprawdę staram się pamiętać, by odkładać kluczyki na parapet, razem z dokumentami…
A jeśli kiedyś zelektryzuje mnie czyjeś spojrzenie. Jeśli zaschnie mi w gardle i ugną się kolana, odwrócę wzrok. Jeśli płakać będę już każdego wieczora, dorobię się garba od samodzielnej obsługi zmywarki, poproszę o pomoc. Nie dam się przestraszyć potworom, nawet tym najstraszniejszym: Nałogowi, Słabości, Chorobie. W każdym razie nie prędko. Jeśli będzie trzeba będę kochać za dwoje. I nie odpuszczę. Będę walczyć o nasz Everest. To obiecuję wam Córeczko i Synku.
A słuchając waszego śmiechu kiedy tarzacie się z Tatą po dywanie, patrząc jak spokojnie śpicie we troje, w niedzielny już-nie-poranek, będę błagać los by nigdy mnie z tej obietnicy nie rozliczył. 
Wracając do moich znajomych, nowoczesnych małżeństw na zakręcie. 
Skoro tak ważne jest dla Was dobro dziecka, to postawmy je na pierwszym planie. Ale tak naprawdę. 
To Wy pojęliście decyzje o osobnym życiu na dwa domy. Ponieście więc tego konsekwencje. Wy. Dlaczego to Wasz tak bardzo kochany jedynak dwa razy w miesiącu ma pakować plecaczek i przenosić się, ze swoim małym życiem?
Buj – buj. 
Mama – Tata. 
Tata –Mama.
Zróbcie to faktycznie najmniejszym kosztem dziecka. Niech ono zostanie u siebie, w swoim pokoju, w swoim łóżku. I tak mu się świat rozsypuje. Dlaczego więc zabieracie mu to coś stałego, materialnego? Dom. 
Wynajmijcie sobie dwa mieszkania (albo jedno większe w wersji ekonomicznej – każdy ma swój pokój) i sami ganiajcie z walizkami. 
Buj –Buj.
A potem zadzwońcie i powiedzcie, czy fajnie?

Ten tekst zajął 4 miejsce w tygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice

Mądrzy Rodzice

Dzieci, które mają wszystko.

„Właśnie miałem do Ciebie dzwonić!”

To podobno jedno z najczęściej powtarzanych kłamstw. Zaraz potem na liście jest
„Wolę dawać prezenty niż je dostawać”. 
W moim przypadku trudno powiedzieć co wolę, bo dawanie z dostawaniem miesza mi się i przeplata. Uwielbiam robić prezenty i jestem w tym naprawdę dobra. Poświęcam czas na ich znalezienie jeśli to coś kupionego, zaprojektowanie i wykonanie jeśli akurat wybiorę DIY, zorganizowanie jeśli to impreza niespodzianka. 
I zawsze – opakowanie. Nie lubię gotowych torebek. Rozdzieranie papieru, powolne odkrywanie zawartości to część magii dzieciństwa, która działa też na dorosłych. 
Kiedy już wymyślę prezent idealny, nie mogę się doczekać wręczenia go. Lubię szukać tego  wyjątkowego błysku w oku, drgnięcia kącika ust, uniesienia brwi. Oglądanie radości, a czasem zaskoczenia sprawia, że czuję się jakby to były moje urodziny. Na dodatek nie muszę sprzątać po gościach 🙂 Endorfiny w czystej postaci.
Niestety, ostatnio się  chyba zepsułam. Coraz częściej zamiast się cieszyć z okazji do zrobienia prezentu, myślę o tym jak o problemie. Najtrudniej mam z dziećmi. Moje prezenty stały się banalne. Zamiast radości, wywołują reakcje w stylu „Aha” lub „Ok…” potem szybki uśmiech nr 5 i ucieczka do pokoju zabaw.  
Niedawno pisałam o prezencie idealnym na Dzień Matki KLIK, a tu znowu Dzień Dziecka. Znowu trzeba coś wymyślić, czymś zaskoczyć…
Sądząc po wszechobecnych listach prezentów i inspiracji, nie tylko ja mam ten kłopot.
Bo wcale nie chodzi o to, że ja tych dzieci nie znam. Wręcz przeciwnie, znam je dobrze. Wiem co lubią, co im się podoba. Wiem, że Leon jest na etapie Spidermana,  Pola brokatu,  Maja pluszaków, a Julka gumowych bransoletek. 
Po prostu  wszystko co mi przyjdzie do głowy one już mają. 

Dzisiejsze dzieci mają wszystko. Nasze mieszkania są dosłownie zasypane zabawkami. Zabawkami które leżą, bo dziecko i tak bawi się 1/10 z nich. Ja zabawki chowam i czasem wymieniam, a i tak w ciągłym użyciu są zamiennie piesek „Córeczka” i lalka „Dzidziusiek”. Synek woli wtyczki, brokuła, albo kółko od walizki.
Moja znajoma robiąc porządki na strychu wyniosła na śmietnik stare zabawki swoich nie małych już dzieci. Wieczorem przybiegły podekscytowane, krzycząc: 
-Mamo!!! Zobacz jakie świetne zabawki ktoś wyrzucił… Możemy sobie zostawić?!!! 
Tak ponad połowa towaru wróciła z powrotem. 
Swego czasu stwierdziłam, że dla dzieci atrakcyjny jest element nowości, pierwsze wrażenie. 
Idąc tym tropem, jeszcze jako bezdzietna Ciotka, dałam się zapędzić w kozi róg. Dopiero jako Matka to widzę. 
Zauważyłam, że wypasione  zabawki, które znoszę i tak dnia następnego lądują  w kącie pokoju.Dzieci cieszy sama sytuacja otrzymania prezentu, zabawa trwa najwyżej jeden wieczór, a radość jest krótkotrwała. A o radość właśnie mi chodzi. Może więc lepiej więcej i częściej, niż raz a porządnie? Zaczęłam znosić figurki z kiosku, samochodziki z bazarku, kolorowe sprężyny od chińczyków i laleczki zombie.
Tu niniejszym przepraszam drogie Koleżanki, które zasypałam badziewiem!
Planując prezenty na 1 czerwca, zaczęłam zastanawiać się: Czego uczą się dzieci, które mają wszystko? Nie zdążą zamarzyć, nie muszą poprosić, bo rodzice sami podtykają im kolejne nowości, gadżety. 
Pewnie tak jak ja lubią dawać prezenty. Zastanawiam się, na ile jest to efekt pokolenia PRL. Może my, dzisiejsi dorośli, którzy z darów od księdza dostawaliśmy M&M’sy,  a Barbie widzieliśmy na wystawie w Pewexie, tak to sobie kompensujemy. Chcąc nieba przychylić dzieciom, kupujemy, dajemy. Nowe ubrania, zabawki, gadżety, kursy językowe, balety.
Tylko czego w ten sposób uczymy? Jakich ludzi wychowamy? Może takich, którzy sądzą, że im się wszystko należy?  Że w pierwszej pracy powinni dostać 5 000 na rękę i samochód. Takich, którzy nie rozumieją, że na efekty trzeba poczekać. Że ogród dopiero za 2 lata będzie wyglądał tak jak w projekcie, bo rośliny potrzebują czasu.
Oby nie. Obyśmy znaleźli równowagę między dobrodziejstwem cywilizacji, a pułapką konsumpcjonizmu.
Ale to praca na dłużej, a póki co znalazłam swój patent, swoją receptę na radość. 
Oto moja lista prezentów na 1 czerwca (i nie tylko):
– Czas
– Uwaga
 – Zaangażowanie
Impreza w dużym domu? Zbieram dzieciaki i bawimy się w chowanego. Dorośli, niby rozmawiają o swoich biznesach, crossficie i dietach, ale łypią okiem co rusz. Komentują pomysły na skrytki. Podpowiadają, powoli zaczynają pomagać w szukaniu tych najlepszych, 
w końcu sami się chowają, a ja jestem Królową  Balu!
Mało miejsca i pada? Guma lub cukierek dla każdego, w wersji eko jabłko, tyle że schowane. Zabawa w ciepło – zimno wciąga i nie ma końca. Potem smakołyki zastępujemy byle kręglem,
bo ważne „by gonić króliczka”.
Konkurs byle czego. Skoków na trampolinie, kopania piłki, picia mleka ze spodeczka bez użycia rąk.
Ważne, żeby rodzice byli w Jury, żeby znaleźć sposób oceny, w którym wszyscy wygrywają. Żabki i króliczki. 
Dzieci nie potrzebują zabawek, by dobrze się bawić.  Wspomnienia. To są najdroższe, bo bezcenne prezenty jakie możemy im dać.
Może w tym roku zastąpić duży prezent symbolicznym drobiazgiem, a w zamian wynająć ze znajomymi domek na ostatni weekend maja? Może wybrać się na niedzielny piknik*, albo na działkę? Pograć w badmintona, gumę, podchody? Świętować Światowy  Dzień Dziecka. Bo dzieci najbardziej cieszą się z rodziców KLIK.  A jeśli rodzice przypomną sobie jak to jest być dzieckiem, zdejmą krawaty i szpilki, dadzą się pobrudzić to większej radości być nie może!
* Piknik rozumiany jako posiłek spożyty na łonie natury w towarzystwie bliskich i lubianych osób. Nie piknik, jako komercyjny event z tłumem obcych ludzi i bogatą ofertą płatnych atrakcji, które wyręczą nas w zajmowaniu się dzieckiem.                           

Ten wpis został wyróżniony w cotygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice

Mądrzy Rodzice

                                                                  Like it?     Share it!