Category

Przydasie

Category

Domowy syrop z młodych pędów sosny

syrop z sosny

Jako jedynaczka troskliwą opieką otaczana dodatkowo przez Babcię i Dziadka, śmiało mogę powiedzieć, że dzieciństwo miałam szczęśliwe. Niestety troska ma różne oblicza, w zależności od tego czy jest się otaczanym, czy otaczającym. Stąd też mam swoje koszmary dzieciństwa. Głównie kulinarne niestety. Wątróbka, buraczki, zupy mleczne i najgorsze: mleko z miodem i czosnkiem na przeziębienie. Nienawidzę przegotowanego mleka. Nie przechodzi mi przez gardło. Kożuch jest obrzydliwy. Na wspomniane zupy mlecznej mam odruch wymiotny do dziś. A tu, w chwili najgorszej słabości (wysoka temperatura) raczyli mnie znienawidzonym mlekiem zagotowanym z miodem (zabijając jego dobroczynne właściwości) i czosnkiem. 
Czy o sośnie nie wiedzieli!? Skoro w czasach PRL-u, można było jedynaczce jaja od chłopa załatwić i mięsko od baby, to pewnie i trochę gałęzi by się dało!

syrop z sosny
Synek i Córeczka mają to szczęście, że ja bardzo dobrze pamiętam (przynajmniej punktowo) jak to jest być dzieckiem. Poza tym mają mądrego Tatę, który na dodatek zna mnóstwo zaklęć do odczarowywania koszmarków.

On to miał dobrze… Na kaszelek pyszny syrop dostawał, nie z byle cebuli tylko z sosny właśnie. Pyszny tak bardzo, że z rodzeństwem symulowali, żeby jeszcze jedną łyżeczkę dostać.

A teraz właśnie jest najlepszy moment jest żeby młode pędy pozbierać!!! Jeszcze chwila i urosną, nie będą już takie młode, zaczną w drewno się zamieniać, soki z nich ujdą soczyste i cudowne właściwości stracą.

syrop z sosny

A moc w syropie jest ogromna. Pokona katar, kaszel i ból gardła. Działa wykrztuśnie i bakteriobójczo. Zawiera sole mineralne, węglowodany i witaminę C. Słowem pomaga dbać o górne drogi oddechowe z przyległościami. Na dodatek jest banalnie prosty w przygotowaniu.
W zasadzie najtrudniejsze jest zdobycie materiałów. Potem to już przysłowiowy Pikuś, dziecko dałoby radę. Można więc dziecko zaprosić do współpracy! Pewnie chętnie potem wypije lekarstwo które, nie dość że pyszne, to jeszcze samodzielnie przygotowane.

Przepis 

Jak zrobić syrop z pędów sosny w kilku prostych krokach

1. Wycieczka do lasu. Im dalej od drogi tym lepiej oczywiście. Metali ciężkich i spalin nam w syropie nie potrzeba. Kiedy już znajdziemy zagajnik sosnowy, zcinamy pędy o długości 10, max 15 cm długości.
Bardzo ważne, aby nie ogołocić jednego drzewka, tylko częstować się z umiarem! W przyszłym roku też będziemy chcieli syrop robić. Z tego samego powodu, zbieramy tylko pędy boczne, pionowe zostawiając na drzewku.
syrop z sosny
W drodze powrotnej zajeżdżamy do sklepu po parę kilo cukru, ewentualnie duuuże słoiki jeśli nie mamy.
2. Zebrane pędy rozkładamy na słońcu, by dać szansę ucieczki ewentualnym pajączkom i mrówkom. Nie czyścimy, im więcej brązowych łusek, tym lepiej.
W tym czasie myjemy i wyparzamy słoiki.
3. Teraz najlepsza zabawa: w słoikach układamy na przemian warstwy pędów z sosny i cukier. Warstwę pędów, przesypujemy podobną warstwą cukru.
Słoiki zakręcamy, odstawiamy najlepiej w ciepłe nasłonecznione miejsce na ok 4 do 6 tygodni. Dobrze jest raz dziennie potrząsnąć słoikiem.
syrop z sosny
Kiedy syrop będzie gotowy zlewamy do wyparzonych małych słoiczków lub buteleczek. Można śmiało pasteryzować, wysoka temperatura nie zmienia właściwości syropu.
4*. BONUS
Pozostałe po syropie pędy niektórzy zalewają czystym alkoholem, uzyskując miksturę wiele-mogącą. Taka nalewka działa cuda na męskie przeziębienie w stylu „podaj mi pilota, bo nie mam siły sięgnąć” 😉
Zalecana dzienna dawka przy przeziębieniu: 3 – 4 łyżeczki dla dzieci, dla dorosłych łyżki. Można stosować profilaktycznie przez cały sezon przeziębieniowy. A ponieważ o odporność dbać trzeba cały rok, syrop produkujemy hurtowo. Dodajemy do lodów, deserów, do wody z lodem i cytryną, ba do mięs czasem! Mówiłam, że Tata to czarodziej.
syrop z sosny

Dobrze wychowane dzieci nie pomogą panu!

Wracamy z przedszkola. Córeczka oczywiście na rowerku. Jest ładna pogoda, więc wybieramy trasę alternatywną nr 2. Inaczej będę miała aferę pod tytułem „Ja nigdy nie byłam na spacerku moim ulubionym!”. No to idziemy na ten spacerek. Rozmawiamy o trawce zielonej, różowych chmurach i o tym co „ją” ptaszki, a co muszki. Trasa wiedzie przez duży plac. Zdarza się, że przejedzie po nim samochód, więc córeczka trzyma się blisko mnie. Tym razem  zaplątała się tu taksówka.
Pan Taksówkarz wraca właśnie do samochodu.
– A może pojedziesz ze mną? 
Puszcza do mnie oko i figlarnie zagaduje córeczkę.
– Nie, bo ja jadę na spacerek!
Rzuca przez ramię zajęta doskonaleniem techniki jazdy.
– Trzeba powiedzieć: Dziękuję, nie zawieram znajomości na ulicy.
Pouczam dziecko i też puszczam oko do Pana.
Szybko się odwracam, żeby nie zobaczył jak bardzo wyprowadził mnie z równowagi. To nie jego wina, raczej zasługa. Pierwszy raz od kiedy jestem mamą uświadamiam sobie, że taka sytuacja może się zdarzyć bez naszego mrugania.
Natychmiast przypominają mi się wyniki badań, które ostatnio czytałam: 1 na 5 dzieci w Europie jest wykorzystywanych seksualnie. W Polsce szacuje się, że problem ten dotyczy 1 na 7 dzieci.
Oczywiście to tylko średnia statystyczna, ale skądś się wzięła. Nie znam środowisk w których 100% dzieci byłoby wykorzystywanych, znam za to 5 dzieci, teoretycznie jedno z nich. A nawet jeśli nie, to ile dzieci jest w naszym przedszkolu… A w Waszym? 
Moje dziecko jest kompletnie nie przygotowane do tego jak traktować obcych. Kiedy mówić nie. Wręcz przeciwnie. Walczę z tym jej NIE, czasem do upadłego. Najczęściej upada mój autorytet.
– Umyj ząbki. 
– Nie, chcę myć rączki.
– Umyj rączki.
– Nie, chcę siku.
– Zrób siku.
– Nie, chcę to różowe!
Nie założy spodni. 
Bluzeczka tylko bez rękawów.
Nie będzie jadła tego zdrowego. 
Nie pozbiera klocków.
Codzienne próby sił mnie wykańczają. 
Jak to zrównoważyć? Jak wychowywać dziecko, by jednocześnie było posłuszne i asertywne. Potrafiło powiedzieć NIE, a w razie czego wszcząć alarm (wiem, że potrafi!). Dodajmy małe dziecko, które nie rozumie wyjątków od reguły, za to precyzyjnie wyłapuje precedensy.
I pomyśleć, że jeszcze niedawno pisałam o kapturach jako o wyzwaniach macierzyństwa…
Mniej więcej 2 lata temu, byłam z małą Córeczką i jej Ciocią na rodzinnym festynie w pobliskim parku. Park z dwóch stron graniczy z ruchliwą ulicą. Dużo ludzi, dużo atrakcji. Po obrzeżach imprezy przemyka grupka dorosłych. Widać, ze to nie ich miejsce. Brudni, palą, brzękają szkłem. Wszyscy ich widzą, wszyscy ich omijają wzrokiem, udają że ich nie ma. Mijamy jakieś zamieszanie. Zginą chłopczyk, lat 5, miał zielony rowerek. Mama rozmawia z ochroną, tłumaczy jak był ubrany, zostawia swój numer i odbiega go szukać dalej. 
Wydawała się być na skraju obłędu. Rozbiegane spojrzenie, drżące dłonie, przyśpieszony oddech. 
Chłopiec się znalazł, ale ja długo nie zapomnę twarzy jego mamy.
Córeczka mając 2 lata i 8 miesięcy potrafi się przedstawić,  wie jak nazywa się jej mama, tata i braciszek. Zna swój adres. Teraz w drodze do przedszkola, uczymy się numeru telefonu do mamy.
Nie wiem, czy w stresowej sytuacji, będzie potrafiła podać te informacje, ale wiem, że jeśli nie będzie tego wiedziała, nie poda ich na pewno. 
– Mamusiu, opowiedz mi o chłopcu, który się zgubił.
– Kiedy byłaś malutka i jeździłaś jeszcze w wózeczku, byłyśmy z Ciocią M w parku…
Dalej jest historia w wersji light.
– … wtedy do Krzysia podszedł Pan i zapytał gdzie jest jego mamusia…
Potem zazwyczaj Krzyś szedł z Panem na Komisariat, gdzie miły Policjant dzwoni po jego mamusię. 
Ale przecież Pan jest nieznajomym! Nigdzie z nim iść NIE WOLNO!!!
Przerywam opowiadanie.
– Wiesz, dziś  poczytamy książeczkę!
Kiedy Córeczka zasypia, szukam wyjścia z tej patowej sytuacji. 
W takich okolicznościach trafiłam na stronę inicjatywy Fundacji Dzieci Niczyje: „GADKI, czyli proste rozmowy na trudne tematy”
„GADKI” to akronim stanowiący system wskazówek, które rodzice mogą przekazać dzieciom: 
  • Gdy mówisz „nie”, to znaczy „nie”
  • Alarmuj, gdy potrzebujesz pomocy
  • Dobrze zrobisz, mówiąc o tajemnicach, które cię niepokoją
  • Koniecznie pamiętaj, że twoje ciało należy do ciebie
  • Intymne części ciała są szczególnie chronione

Główny przekaz dotyczy problemu wykorzystywania seksualnego dzieci, ale poruszane są też tematy mówienia NIE przez dzieci, czy nieufania obcym. Akcji towarzyszy kampania medialna „Dobre wychowanie”.
Na stronie  www.gadki.fdn.pl można obejrzeć filmiki na których dzieci głośno i stanowczo mówią NIE!
– Nie! Nie zdejmę!
– Nie! Nie wsiądę! 
Jest też film animowany „GADKI z psem”. 
Chociaż akcja kierowana jest do dzieci powyżej 5 lat, pokazałam te filmiki Córeczce. Wykładów psa nie zrozumiała, ale podobały jej się sceny z dziećmi. Rozmawiałyśmy o tym, co powinny zrobić dzieci. Czy mogą pomóc nieznajomemu panu szukać jamniczka? Czy wsiąść do samochodu nieznanej pani? NIE! Krzyczymy razem.

Córeczka jest jeszcze mała. Nie ma 3 lat. Dzięki Panu Taksówkarzowi powoli zaczynamy rozmawiać o tym, kto to jest obcy. Opowiadamy bajeczki o Olbrzymie, który przyszedł na plac zabaw i zapraszał dzieci na herbatkę z błota. Opowiadamy razem, bo ja zaczynam, a ona kończy. Mówi co powinny zrobić dzieci. Krzyczy: NIE PÓJDĘ!!!
Dobrze się przy tym bawi, ale też trenuje. W minimalnym stopniu oswaja sytuacje. 

A na koniec taki prosty sposób na Olbrzyma, dla troszkę starszych dzieci:

Plakat do pobrania tu KLIK 
jest też na FB
Ten wpis zajął 5 miejsce w cotygodniowym zestawieniu portalu Mądrzy Rodzice
Mądrzy Rodzice

Historie samochodowe

Fot. Pixabay/LouAnna/CCO                                                                                                                                                                      
Rok 2010
Jadę autem na „biznes – miting” pt.: Bardzo Ważna Prezentacja
Teoretycznie mam jeszcze czas, tyle że mój Szef to Perfekcjonista Jedyny w Swoim Rodzaju. Tego samego oczekuje od członków zespołu. Prezentacja ma się odbyć u Klienta, a to oznacza, że zbyt dużo rzeczy będzie poza moją kontrolą. Staram się przewidzieć wszystko. Merytorycznie jestem przygotowana, raport jest dopięty na ostatni guzik, ale i tak wiem, że życie mnie zaskoczy. 
Wskaźnik laserowy mam, baterie zapasowe mam, głośnik też. Prezentacja na płycie, USB, na komputerze oczywiście, na mailu. Przedłużacz mam. Jest nowy na liście, ale ostatnio Szef poprosił o o zmianę ustawienia sali, kabel od rzutnika był za krótki, Klient nie miał przedłużacza, ja też. 
Jego jedno spojrzenie sprawiło, że poczułam się jak uczennica, która znowu zrobiła kleksa w zeszycie. Rzutnik! Kurcze. Nie mam zapasowego bo w firmie był potrzebny…  


Myślę o tym wszystkim i spieszę się. Przede mną jedzie jakiś Pan, choć w tym momencie nazywam go inaczej. 
Jedzie granatowym Fordem i zdecydowanie się nie śpieszy. Zmieniam pas. Ciężarówka. Fuck.. Znowu zmieniam. Autobus. Żyłka mi pulsuje. Czy na pewno wysłałam prezentacje? Zmieniam pas. Światła. Czerwone oczywiście. Nie wiem jak to możliwe, ale przede mną stoi granatowy Ford.  
W zasadzie nie stoi tylko… sama nie wiem, podjeżdża? Przed nim sporo miejsca. Zamieściłam bym się tam, ale po obu stronach mam samochody. 
A ten Typ w Fordzie jedzie, staje, jedzie, staje. Nosz… Czapkę ma z daszkiem na bok założoną. Lusterko wsteczne, też jakoś dziwnie ustawione, prawie pionowo. Hip- hopu słucha i tak podjeżdża, czy co? Pomstuję na wiecznych chłopców, boom-boxy i niebieskie ptaki co życia nie znają.




Rok 2013 


Mam nadzieję, że zdążę. Od kiedy mam dziecko, staram się nie umawiać na konkretną godzinę, tylko na porę dnia. Niestety, nie wszystkie instytucje to akceptują. Choć wyjście planuję z dużym zapasem czasu, to i tak w ostatnim momencie okazuje się, że jeszcze kupa, albo jeszcze  jeść, pić… 
Staram się wybrać trasę z jak najmniejsza ilością świateł, bo z tyłu mam kilkumiesięczny czujnik ruchu. Wystarczy, że się zatrzymam i dostanę serią decybeli. Dbam więc o płynność jazdy
W dużym mieście niestety świateł nie ominę, a zielona fala to rzadkość.
Tym razem się nie udało. Zwalniam odpowiednio wcześniej przed światłami, tak żeby nie zatrzymywać się zupełnie. Gaz, hamulec, gaz, hamulec. Bujam tak Córeczkę śpiewając jednocześnie Kaczkę Działaczkę na całe gardło. Lusterko wsteczne mam ustawione na godzinę 5, bo tylko tak widzę Małą. Długo jeszcze te światła?
Śpiewam.
– Raz poszła więc do montera. Poproszę o kawalera
Zaraz będzie ryk… A nie! To uśmiech, będzie uśmiech! Jedno jej spojrzenie, sprawia, że czuję się jakbym wygrała Dakar, dostała Nobla i owacje na stojąco.
W lusterku wstecznym zauważam Pana. Jest wiśniowy na twarzy prawie jak jego SUV. 
No, przepraszam Pana…
I Pana w granatowym Fordzie też.

PS Przypominam, że trwa akcja wychowywania społeczeństwa przed 26 MAJA! 🙂  KLIK

Hydrozagadka

Ostatni raz kąpałam się 3 lata temu.  Dokładnej daty nie pamiętam, ale to musiało być  w okolicach połowy ciąży z Córeczką.  Mieściłam się jeszcze w wannie, a jednocześnie dawałam radę wytrzymywać dłużej niż 5 min leżąc na plecach. Nie chodzi mi o zwykłe mycie się, tylko kąpiel z prawdziwego zdarzenia. Z wylegiwaniem się, pianą, dolewaniem ciepłej wody, maseczką na twarzy i włosach, z gazetą, do której czytania nigdy się nie przyznam, a może nawet książką (nigdy nie przemyciłam Jego czytnika do łazienki, nigdy; i tej wersji będę się trzymać!). Wszystko w oparach aromaterapii i z Dianą Krall w tle. 

Dziś taka kąpiel jest dla mnie jak drugi koniec tęczy, marzeniem absolutnie nieosiągalnym. 
Przekonałam się o tym kilka dni temu, podejmując próbę relaksu za wszelką cenę. Okazało się jednak, że:
– maseczki przeterminowały się dawno temu
– świeca zapachowa jest, ale od płyty indukcyjnej nie da się odpalić
– nostalgiczna Diana nie ma szans z żywiołowym duetem  „Maaamaaa! / Łaaa!”  
Efekt relaksujący: mizerny.
Zostaje mi jeszcze prysznic. Uwielbiam. Gdyby nie eko-odpowiedzialność mogłabym stać pod prysznicem godzinami. Spadająca woda oczyszcza mi umysł i koi duszę. Tam przychodzą i do głowy najlepsze pomysły, tam sama z sobą dochodzę do ładu, podejmuję decyzje, planuję negocjacje (najtrudniejsze – rodzinne) etc. I szum. Dźwięk wody, który odcina mnie od świata zewnętrznego i pozwala na uczesanie myśli.

A w zasadzie pozwalał.
Pierwszy raz zdarzyło się to, kiedy Córeczka miała kilka dni. Jako, że należała do wyjątkowo spokojnych dzieci, jak zwykle grzecznie zasnęła w łóżeczku. Mając w perspektywie parę kwadransów dla siebie, weszłam pod prysznic. Ledwie zdążyłam odkręcić wodę, a tu: płacz.
Wyskakuję, więc w pośpiechu, ślizgając się na płytkach, zostawiając kałuże na panelach dopadam łóżeczka. Dziecko śpi jak spało.
Wracam pod prysznic, puszczam wodę, zamykam oczy. Płacz. Troszkę już wolniej, ale znowu wybiegam, żeby się przekonać, że aniołek śpi dalej.
Wracam pod prysznic. Puszczam wodę. Płacz. Zakręcam. Cisza. Woda -płacz. Zakręcam. Cisza.
Choć wiele wody upłynęło od tamtego dnia, przedziwne zjawisko wciąż występuje.
Bez względu na porę dnia czy nocy. Bez różnicy, kto opiekuje się dziećmi. No, chyba że akurat znajdują się w odległości nie mniejszej niż kilometr od mojej łazienki. Wtedy, jak na złość, zaczynają płakać dzieci sąsiadów  (serio), a ja zaczynam popierać restauracje ze strefą wolną od dzieci.
Oczywiście, zastanawiałam się nad sobą. Czy wszystko ze mną ok? Czy moja wewnętrzna kwoka, zadziobała wewnętrzną boginię (nie cierpię E.L. James)?

Zwierzyłam się jednemu koledze. Jego dzieci są w podobnym wieku. Kończy drugi stopień specjalizacji z psychiatrii.
Powiedział, że ma tak samo.
Tylko, czy to dobrze..?

Mój ostatni bastion spokoju padł.

‚Jaś i Małgosia’ w Teatrze Polonia

To była okazja. Trafiła się dosyć nagle i niespodziewanie. „Jaś i Małgosia” w Teatrze Polonia. W prawdziwym teatrze. Któż by odmówił? Na pewno nie ja. Nie z moim podejściem do teatru (klik).

Następnego dnia zapakowałam więc Córeczkę, do samochodu i wyruszyłyśmy na przedstawienie. Rozmowę na temat czy będzie Baba Jaga, a po co będzie oraz kiedy będzie, przerwał nam telefon.

Dzwoniła M:
–   I jak jedziecie? Bo wiesz… Wczoraj w TV była akurat filmowa wersja „Jasia i Małgosi”. Tam zła macocha namawia ojca, żeby zostawił dzieci w lesie, bo nie mają pieniędzy, głodują itd… Krzysiowi  (lat 6) to wyłączyłam. I tak sobie myślę, czy Twoja Córeczka nie za mała jest na tą bajkę? Sprawdziłaś jaka to wersja?
No oczywiście… Oczywiście, że nie sprawdziłam! Natychmiast przypomniały mi się Baśnie Braci Grimm, które dostałam w podstawówce. Dwa grube tomy, śmiało można ustawić w jednym rzędzie z dziełami  Stevena Kinga, czy Edgara Allana Poe.
Siostry Kopciuszka obcinają sobie części ciała, na Królewnę Śnieżkę Leśniczy dostał zlecenie od złej macochy. Macochy zresztą notorycznie pozbywają się pasierbów, mniej lub bardziej definitywnie:
„Matula obcięła mi główkę,
tatulo w potrawce mnie zjadł”.
Okrucieństwo, masakra, kanibalizm, mord… i moja dwuletnia dziewczynka. 
Z pewną taką niepewnością zajmujemy więc miejsca na widowni. Będzie dobrze, myślę sobie, przecież na afiszu dużymi literami napisano, że to wersja Jana Brzechwy. We wczesnym dzieciństwie słuchałam tej bajki na adapterze i traumy nie mam. Ale czy na pewno wszystko pamiętam..?
Kurtyna się podnosi, ze sceny padają pierwsze słowa:
„Już nigdy nie zrobię wędlinki z dziewczynki”
Rozglądam się nerwowo i zastanawiam którędy wyjść, nie robiąc zamieszania. Zajmuje mi to chwilę na tyle długą, by dać szansę Brzechwie.
No i na całe szczęście!
Obejrzałyśmy całe przedstawienie. Okazało, się że jest to wersja soft & easy, pełna piosenek i tańców (czyli Córeczka szczęśliwa). Nie ma macochy, jest mama, dzieci nie zostają porzucone, tylko gubią się idąc przez las z prowiantem dla Taty Drwala. 
Spektakl łamie stereotypy.
Najpierw Drwal-Torreador grany przez Matyldę Damięcką znowu na chwilę budzi moje wątpliwości. Czy aby nie przemyca się tu ideologii gender i czy ja mam na to ochotę?  Kiedy jednak Matylda Drwal odśpiewuje arie do swojej żony, przekonuje mnie absolutnie o swojej męskości, orientacji i miłości do małżonki.
Potem okazuje się, że nie ma Baby Jagi. Jest za to Czarownica Pajęczyca. Młoda i ładna (fuj ;)).
Ponieważ w teatrze już bywałyśmy, cała sytuacja była oswojona. Córeczka nie przestraszyła się gasnących świateł, czy głosu z offu.  Cały spektakl obejrzała jak zahipnotyzowana. Nie bała się i nie nudziła nawet przez chwilę.
Mnie rozczarowała tylko scenografia. Powiedzmy, że zostawia duże pole do popisu wyobraźni. A przecież chatka z piernika to ogromne pole do popisu, nie koniecznie wymagające dużego budżetu. Niestety tu została potraktowana wyjątkowo umownie.
Za recenzję Córeczki  niech wystarczą słowa z jakimi opuszczałyśmy Teatr Polonia: 
– Ja chcę do Czarownicy! 
Ja też ze spokojnym sumieniem polecam spektakl, nawet młodszym dzieciom. 
Tylko tej chatki z piernika żal…

Everest

Lepiej być nie może

Zwykła sobota. Idziemy na spacer. Też taki zwykły, do parku (bo blisko), albo do lasu (bo jeszcze bliżej). Wszyscy idziemy, w końcu  to sobota. Nawet zwykła ma swoje prawa. Córeczka szczebiocze, podśpiewuje, podskakuje. Radość z Niej kipi. Fajne słońce, zwykły spacer, a Ona jak nakręcona. Wyrwałaby do przodu, ale nie może, bo kurczowo trzyma nas za ręce. 
Patrzę na Nią i zastanawiam się: ile jeszcze? 
Ile jeszcze takich chwil przed nami? 
Ile czasu nam zostało?
Jak długo będziemy wszystkim, czego jej do szczęścia potrzeba?
Jutro urośnie i okaże się, że nie może żyć bez nowych Martensów; że świat jest beznadziejny, bo koleżankom nie spodobała się jej fryzura; że ja jestem podła, bo nie puszę jej na imprezę do nocnego klubu.
Jej życie legnie w gruzach, a mi pęknie serce, bo nie będzie mnie stać na COŚ (najnowszy model smartczegośtam, obóz windsurfingowy, modne jeansy, whatever…). Oczywiście, będę się starać wychowywać Ją w duchu „być nie mieć”, ale nie mam złudzeń co do roli grupy rówieśniczej w życiu dziecka, nastolatka. 
Dlatego choć mi trudno, choć nie wyrabiam na tylu zakrętach, to gdzieś pomiędzy 
prania rozwieszaniem, 
zupki podgrzewaniem,
franka kursowaniem
witamin podawaniem
bloga oraniem
lekarskich wizyt umawianiem
nadymam się, rozpycham łokciami i robię czas na
baniek puszczanie
po plecach drapanie
z klocków budowanie
odwiecznych praw natury tłumaczenie
tłumaczeń powtarzanie, powtarzanie i powtarzanie
po kałużach skakanie
bajeczek wymyślanie
różowych chmur oglądanie
o różowej tęczy rozmawianie.
Potrzebuję tego bardziej niż Ona, bo ja wiem. Wiem, co będzie jutro.
Jutro się okaże, że ten spacer, to „Everest moich marzeń”*.
*Paktofonika „Lepiej być nie może”

Fajny gadżet. Gryzak do owoców.

gryzak do podawania owoców

Syn: 9 miesięcy już ma na karku, a zęba ani jednego.  Nie to, żebym się martwiła. Nigdy nie przejmowałam się specjalnie tabelkami wyznaczającymi kolejne etapy rozwoju dziecka.  Co prawda z niecierpliwością czekałam, aż urosną włosy Córeczki, ale to była zupełnie inna historia (klik). W każdym razie dietę rozszerzamy już od jakiegoś czasu i bezzębiem się nie przejmujemy. Staram się przy tym, żeby poznawał nie tylko nowe smaki, ale też struktury i konsystencje. Niech się chłopak uczy szczęką pracować.

Dlatego chętnie korzystamy z gryzaka do podawania pokarmu. Przypomina smoczek, tyle że w miejsce smoczka zajmuje siateczka. W siateczkę można wkładać dowolnie owoce, ugotowane warzywa, ciasteczka. Maluch żądny nowych smaków (przynajmniej mój) rzuca się na gadżet łapczywie i kombinuje póki nie wchłonie całej zawartości siatkowej skarpety.  A ja mam chwilę by pomalować paznokcie (ROLTF) bez obaw o zadławienie.
Najbardziej lubię podawać w ten sposób jabłka, a jeszcze bardziej zimne jabłka. Siatka masuje swędzące dziąsła, a chłód przynosi dodatkową ulgę. Sprawdza się chyba nieźle, bo Syn przerabia na przecier 3/4 jabłka podanego w ten sposób.

Jak to działa: kawałek owoca wkładam do siateczki, zamykam dekielkiem, zakręcam częścią z uchwytem. Podaję dziecku. Po wszystkim siateczkę należy dokładnie wyczyścić, wymyć w płynie do mycia naczyń,wypłukać, wysterylizować;

Zła wiadomość: po bananie siatka nadaje się do wymiany, albo ja jej domyć nie potrafię…

Dobra wiadomość: łatwo dostępne są zapasowe siateczki;


Kiedy używać: u nas do pierwszego zęba;

Koszt: ok 17 zł.

Gdzie to można dostać: coraz częściej w supermarkecie, w sieciowych sklepach dla dzieci,
w internecie;

Do wyboru jest kilka wariantów, np.: gryzaki, w których zamiast siateczki jest silikon,
ale nie wiem jak się sprawuje z twardymi owocami;  różne bywają też sposoby zamknięcia.

Podsumowując: gadżet dla nas przydatny. Dzieci w bezpieczny sposób uczą się,
że jedzenie to nie tylko ssanie, ale też gryzienie i przeżuwanie. Matka czuje się pewniej
podając kawałki gotowanych warzyw dziecku, które jest po takim treningu.
My trenujemy już kilka miesięcy. Ale nie martwię się.
Zęby mu przecież kiedyś wyrosną… Prawda?

Like it?       Share it!


Czynnik M

Dwie kreski. Ciąża. Zmienia się wszystko.
Wszystko, czyli co w zasadzie?
I dla kogo?
Póki co, głównie dla ciężarnej. Potem, kiedy ciężarna urośnie, zacznie wypierać więcej wody z wanny
i zajmować więcej miejsca w autobusie,  coś zmieni się również dla innych.

Brzuch to jednoznaczny sygnał dla otoczenia, że na tą Panią należy uważać. Przepuścić w kolejce, lub omijać wzrokiem w autobusie. Zależy na kogo się trafi. Tak czy inaczej, inni wiedzą lub domyślają się, że możesz czuć się inaczej. Nie tylko fizycznie. Co poniektórzy sądzą, że rosnący brzuch wpływa również na zdolność logicznego myślenia i umiejętność trzeźwej oceny sytuacji.

Niektórzy, w starciu z ciążą, są naprawdę gotowi na wszystko.
True story:

– Zrób mi  kawę z dwóch łyżeczek, jedna cukru i 1/4 mleka.
Dostaję kawę która wygląda na czarną.
– A mleko?
– No jest, tak jak chciałaś  1/4 łyżeczki.

Pół biedy jeśli  z milczącym pobłażaniem akceptują Twoje najdziwniejsze decyzje i zachowania, tłumacząc je jednym słowem: HORMONY. Gorzej, jeśli trafisz na Wojownika, który w hormony nie wierzy, nie zamierza poddać się zbiorowej psychozie ulegania ciężarnej i być na każde jej zawołanie. Wszystko to Twoja fanaberia, której on się nie podda i na swoim (a raczej Twoim) przykładzie udowodni  światu, że „ciąża to nie choroba”.

Sytuacja jest jednak znacznie bardziej skomplikowana, a zmiany jakie zachodzą w kobiecie są zbyt trwałe i nadto skomplikowane by wytłumaczyć je hormonami.

Tak, jakby do kodu genetycznego przyszłej matki dołożony został dodatkowy element.
Czynnik M. Objawy Czynnika, nie są tak oczywiste jak rosnący brzuch. Trudno je czasem zaakceptować samej „nosicielce”, a co dopiero otoczeniu.


Jednym z dowodów jego istnienia, jest pojawiająca się nagle umiejętność odliczania czasu w tygodniach. Przestają mieć znaczenie kwartały, pory roku, okresy rozliczeniowe. Liczy się to czy ziarenko jest już fasolką, czy ma już serduszko, paluszki, słyszy?
Niestety zwykli ludzie nie rozumieją, że 9 miesięcy to tak naprawdę 40 tygodni.

Typowa sytuacja. Spotykasz koleżankę:
– Gratuluję! Który to miesiąc?
– 26 tydzień 🙂

Chwila ciszy podczas której koleżanka szybko w pamięci dzieli przez cztery, ewentualnie maskuje zakłopotanie komplementem, lub pytaniem o płeć.

Objaw zanika w krótszym lub dłuższym czasie po porodzie.
Ale to tylko dodatkowa umiejętność, nie budzi kontrowersji, nie ma wpływu na otoczenie i Twoją samoocenę.

Trudniej jest z emocjami. Zawsze byłaś chłodną racjonalistką, przed podjęciem decyzji ważyłaś za i przeciw, obliczałaś koszty, akceptowałaś konsekwencje. I nie lubiłaś się mazgaić. Dlaczego więc teraz  na samą myśl, że Twoje dziecko nie będzie Bykiem, ani nawet Baranem, łzy same napływają do oczu? Czynnik M.

Kolejna duża grupa objawów, zwana jest potocznie zachciankami ciążowymi.
I od razu apeluję: przestańmy używać tego mylącego określenia! Wg. słownikowej definicji zachcianka to „potocznie ochota na coś, zwykle krótkotrwała; kaprys, chętka, chrapka”. Czyli coś, bez czego doskonale możesz się obejść, wisienka na torcie; dopełnienie dobrostanu, kawka po dobrym obiedzie.
Dla nosicielki Czynnika M nie ma zachcianek. Są potrzeby, a raczej POTRZEBY. Odczucia, które jednocześnie objawiają się na poziomie emocjonalnym, psychicznym i fizjologicznym.

Pomyślisz np:. o kebababie i już za chwilę czujesz, że po prostu musisz  go mieć.  NOW! Robi Ci się słabo z głodu i przykro, że go nie ma i nikt nie chce pomóc. Co z tego, że jadłaś 15 min temu i właśnie wjeżdżacie na trasę szybkiego ruchu
– Nie mogłaś mi powiedzieć wcześniej? Dziwi się Pan Tata wzbijając na wyżyny empatii i cierpliwości.
Nie, nie mogłaś!!!

Podobne sytuacje zdarzają się w późniejszym etapie, kiedy Czynnik M zaczyna objawiać się syndromem wicia gniazda. Brzuch jest już duży, nogi opuchnięte, nie wiedziałaś, że leżenie może tak męczyć. Na szczęście pogoda jest ładna, dzień słoneczny. Promienie wpadają przez okno, padają na podłogę… I wtedy je dostrzegasz. Smugi. I te smugi bolą Cię fizycznie. Co z tego, że wczoraj odkurzałaś i dwa razy zmyłaś podłogę. Nie zaznasz spokoju póki nie umyjesz jej jeszcze raz. Przy okazji zetrzesz kurz ze szczytów szafek w kuchni. Wtedy dopiero przypomnisz sobie, jaka ta ciąża jest męcząca i powrócisz na kanapowe legowisko, by za pomocą kilku poduszek o różnych kształtach i rozmiarach, ułożyć się jedynej dającej się wytrzymać dłużej niż 3 minuty pozycji.

Jednak Czynnik M ma też drugie oblicze.  To właśnie dzięki niemu ciężarna „ma tę moc”, która sprawia, że nie warto jej odmawiać. Wprawdzie nie słyszałam w ostatnim czasie o przypadku zjedzenia przez gryzonie, ale znam jednego któremu myszy załatwiły instalacje elektryczną w całkiem nowym BMW. Miesiąc potem został najlepszym stryjkiem w okolicy.

I wreszcie Czynnik M sprawi, że przeżyjesz najpiękniejszą miłość swojego życia. Poczujesz. Miłość o którą nie trzeba walczyć, nie trzeba się starać. Najmniejszą i największą zarazem. Wszystkie trudy i przykrości znikną, kiedy Twój policzek poskrobią małe pazurki, kiedy utoniesz w niebieskich oczkach, kiedy wzruszy Cię sam fakt, że Ono jest. I jest doskonałe.

Jakiś czas potem, kiedy kochać je będziesz wciąż tak samo mocno, ale mocniej, kiedy śpi, Czynnik M da Ci siłę. Siłę żeby po raz setny podnieść upuszczony klocek, po raz tysięczny odpowiedzieć z uśmiechem na pytanie „A po co?”, żeby wrócić 20 km po zostawioną w domu przytulankę. Pomoże pokonać granice własnego organizmu: zdziwisz się jaki poziom decybeli potrafisz znieść, ba potrafisz zignorować; odkryjesz, że sen wcale nie jest niezbędny do życia. Złagodzi szok przekraczania granic dobrego smaku kiedy przekonywać się będziesz o różnicy aspiratora od aspiracji, lub wywołasz PampersGate.

Podziękuj Czynnikowi M! właśnie zostałaś Mamą 🙂

Chwila relaksu

Podobno bliźniaki łączy metafizyczna więź. Moje dzieci dzieli prawie 2 lata, a mimo to czasem zastanawiam się, czy coś nie jest na rzeczy… Synek śpi w sypialni, Córeczkę usypiam w jej pokoju. Widzę jak powoli odpływa. Jest przytulona,  więc czuje jak rozluźnia mięśnie. Na monitoringu widzę, że w tym samym momencie, niemalże synchroniczne, Synek przeciąga się. Ona odwraca się na drugi bok,  On robi przewrót na plecy. Jej oddech się uspokaja, jemu otwierają się oczy.

Zwinna jak kobra wyślizguję się z objęć Córeczki  i niczym przyczajona tygrysica,  zrywam się z łóżka nie wywołując drgań powietrza, by natychmiast  znaleźć się przy łóżeczku i wziąć na ręce Synka zanim się odezwie i obudzi siostrę. 

Tyle w temacie prześpij się /odpocznij /zrób coś dla siebie, kiedy dzieci śpią Ciociu Dobra Rado.

PS  Patrezę dziś na tę pościel i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś chciał mi coś powiedzieć….