Tag

kiedy dziecko płacze

Browsing

Beksa

 

Rozwój emocjonalny to trudny temat. Staram się przykładać do niego szczególną uwagę.

Jest dla mnie oczywiste, że dziecko ma prawo przeżywać wszystkie stany emocjonalne. Moja córka nie musi być Pollyanną, która w każdej sytuacji znajduje powód do radości. Ma prawo złościć się, smucić, bać, gniewać. Rozumiem też, że musi dawać tym emocjom upust.

Staram się ją obserwować, nie blokować. Chcę być dobrą mamą, najlepszą. Chcę być jej przewodnikiem i wsparciem,  być blisko, kiedy mnie potrzebuje.

Ale czy można być za blisko?
 
Mniej więcej do drugiego roku życia Córeczka była radosną trzpiotką. Przyzwyczaiła nas do tego, że jest dzieckiem – aniołkiem. Jako noworodek płakała tylko kiedy była głodna. Jako niemowlak potrafiła sama zająć się sobą i bawić przez dłuższy czas w ciszy. Dziecko z loterii normalnie.
Nagle moja radosna Córeczka zaczęła płakać i to płakać często. Ja ten płacz akceptowałam, starałam się rozumieć i wspierać ją. Chciałam jej pomóc.
Rozmawiałam.
Od zawsze dużo z nią rozmawiam, tłumaczę. Nie raz mi się za to obrywało: „Po co ty jej to opowiadasz, przecież ona i tak nie rozumie”.
Sytuacji z płaczem było coraz więcej. Pojawiał się nagle i po prostu.
Nie mogę powiedzieć, że płakała bez powodu, bo powód znalazł się zawsze.
Po okresie niepokoju, zwiększonej uwagi, różnych próbach…  Przyznaję, że miałam dosyć.
Były momenty, kiedy kończyła mi się cierpliwość i chciałam po prostu ciszy.
Teoria teorią, a życie swoje. Mądre słowa w książkach i okrągłe zdania w artykułach wydają się takie oczywiste. Łatwo zgodzić się z nimi, kiedy czytasz je leżąc na wygodniej kanapie i pijąc zieloną herbatę.
Gorzej, kiedy po nieprzespanej nocy orientujesz się że jest godzina 12, nie wypiłaś jeszcze kawy, za 30 minut musicie być na mieście, a Twoje dziecko od rana nie daje Ci zapomnieć, że ma bogate życie emocjonalne w którym smutek ma 50 odcieni, a złość zajmuje bardzo istotne miejsce.
Wtedy chcesz, żeby Twoje polecenie zostało wykonane bez dyskusji i nie masz ochoty na rozmowę o wyższości spódniczki nad spodniami, ani tłumaczenie, że jest zimno i trzeba założyć czapeczkę.
Wtedy chcesz, żeby ktoś zadbał o Twoje emocje.
Wtedy utwierdzasz się w przekonaniu, że te mądre zdania pisały osoby, które na pewno nie miały dzieci.
Mniej więcej w tym momencie stwierdziłam, że coś musi się zmienić.
Za dużo tego płaczu.
Coś jest nie tak i jest to moja wina.
Zaczęłam analizować sytuację.

Doszłam do wniosku, że wpadłam w szereg pułapek.

Pułapka pierwsza.
Byłam gotowa zaakceptować emocje mojego dziecka, ale przeceniłam jej kompetencje w tym zakresie.
Tak jak dziecko ma prawo czuć złość, strach, ekscytację, tak ma prawo nie wiedzieć co czuje.
Jak często to zdarza się nam dorosłym? Ilu z nas ląduje przez to na kozetce u terapeuty!
A ona miała ledwo dwa lata.

Pułapka druga.

Wyjątkowo podstępna.
Zrozumiałam to dopiero niedawno, kiedy spotkaliśmy rówieśnika Nelki (obecnie 3,5 roku), który dopiero zaczyna mówić. Kiedy Ona mówi do mnie „Mamo, przecież wiesz, że nie lubię tego szpinaku!, no co Ty”, on mówi: „Mama, ja nie am!”  Złapałam się na tym, że mówiłam do tego chłopca tak, jak mówię do mojego półtorarocznego synka: „Gdzie jest bum-bum?” Na poziomie werbalnym jest między nimi ogromna różnica, ale na poziomie intelektualnym i emocjonalnym, są bardzo blisko siebie.
Pewnie pomyślał, że dziwna ta ciotka 😉
Córeczka jako dwulatka, mówiła już pełnymi zdaniami. Pytałam więc „Dlaczego płaczesz?”

Pułapka trzecia.

Akceptowałam jej zachowanie. Gdyby w te same sytuacje zamiast płaczu wstawić krzyk, tupanie, plucie byłoby dla mnie oczywiste, że komunikat jaki ma otrzymać dziecko powinien brzmieć: to nieadekwatne zachowanie. Szukałabym innych metod na rozładowanie napięcia.
Tu to samo napięcie manifestowało się za pomocą środka wyrazu zarezerwowanego w języku dorosłych dla smutku, emocji bardziej akceptowalnej, emocji która wzbudza współczucie i zainteresowanie.
Wspierałam jej reakcje, przejawiałam zainteresowanie, nie podpowiadałam co innego można zrobić – ona płakała. I robiła to coraz częściej i głośniej.
Doszłyśmy do etapu,  w którym płacz przestał być wyrazem emocji, czy nawet rozładowaniem napięcia.
Płacz stał się formą komunikacji.
Niestety głównie komunikacji ze mną.
Upadł mi klocek – płacz.
Złamała mi się kredka – płacz.
Chcę pić z innego kubeczka – płacz.
Na każdą z tych sytuacji mogłabym zareagować, pomóc gdybym wiedziała o co chodzi, ale nie wiedziałam, bo najpierw był płacz.
Taka sytuacja jest trudna dla dziecka, bo przecież nie jest przyjemnie ciągle płakać. Ale jest też trudna dla rodziców.

Punkty zwrotne.

Po pierwsze: Córeczka podrosła. Naprawdę jest ogromna różnica w rozmowie o emocjach z dwulatką, a tą samą dziewczynką pół roku później, nie mówiąc już o ośmiu czy dziewięciu miesiącach.
Po drugie: obejrzałyśmy film „W głowie się nie mieści”, o czym pisałam TU. To był punkt wyjścia do rozmów i zrozumienia przez Nią podstawowych emocji. To był bardzo ważny moment.
Po trzecie: dawaliśmy przykład. Jako przebiegli rodzice odgrywaliśmy scenki. Wszak od dawna wiadomo, że dzieci najlepiej uczą się przez doświadczenie, obserwację i naśladownictwo. I tak siadałam ze smutną miną, albo ostentacyjnym fochem, a Tata pytał co mi się stało. Wtedy ja mówiłam, że np.: nie mogę  dosięgnąć słoika z górnej półki,  a on wskazywał mi rozwiązanie – stołeczek, albo pomagał. Ja podsumowywałam, że następnym razem od razu powiem mu o co chodzi.
W dalszym ciągu rozmawiałyśmy, ale starałam się jaśniej wyznaczać granicę.  Jak mantrę powtarzałam: „Nie płaczemy, rozmawiamy.”
Tłumaczyłam: „Nie mogę Ci pomóc, kiedy nie wiem, czego chcesz. Jeśli mi powiesz, postaram się coś poradzić”.

Zmiana.

Czy naprawdę nie ma powodów do płaczu?
Kiedy pojawiał się płacz w pierwszej kolejności zawsze starałam się sprawdzić „dobrostan” Córeczki. Małe dziecko, nawet tak wygadane jak moje, nie potrafi nazwać nie tylko emocji, ale i stanów fizjologicznych. Rzadko bywa głodna, a zmęczona to już nigdy nie jest. Kiedy więc pojawiał się płacz nieadekwatny do sytuacji, zastanawiałam się kiedy jadła, czy to nie pora na drzemkę, czy coś jej nie boli.
Zaczęłyśmy trenować nazywanie emocji i szukanie rozwiązań.
– Co się stało?
– Bo ja chciałam tą zabawkę, a Jasio ją zabrał.
–  A to jest bardziej smutek, czy złość?
– Złość.
– A co mogłabyś zrobić?
– Nie wiem.
– Czy Jasio wie, że Ty chciałaś tą zabawkę?
– Chyba nie… To ja się z nim zamienię.
Szczęśliwie Jasio się zamienił.
To prawdziwa historia, ale mam świadomość, że z dwulatką taka rozmowa by nie przeszła.
Podaję naleśniki.
Płacz.
– Co się stało?
– To jest z truskawkami, a ja chciałam z jagodami.
– To co możesz zrobić zamiast płakać?
– Powiedzieć.
– No właśnie i wtedy ja będę wiedziała, żeby dać Ci jagody.
Wersja B jest trudniejsza.
– Nie mamy jagód.
– Ale ja chcę!
– Rozumiem, ale nie mogę dać Ci czegoś, czego nie mam (to moja druga mantra).
Tu nawet jeśli jest płacz, to jest uzasadniony. Taki mogę zaakceptować. Trudno, nie mamy jagód. Możemy się umówić na naleśniki z jagodami jutro.
Skąd wiem, że robimy dobrze?
W dalszym ciągu zdarza się, że Córeczka „nadużywa płaczu”, ale coraz częściej, płacz jest uzasadniony.
Kilka dni temu ktoś skomentował jej zachowanie:
– Nie wiedziałem, że Ty jesteś taka niegrzeczna.
Na co ona odpowiedziała:
– Jestem grzeczna, tylko mam smutek na buzi.
Nie mogłam być bardziej dumna.
Moje dziecko ma prawo odczuwać  wszystkie emocje. Ma prawo dawać im wyraz.
Ale to ja jestem dorosła. Mam obowiązek być jej przewodnikiem, pomagać w ocenie, dawać wzór.
Złamana kredka nie jest powodem do płaczu.
Jest sytuacją, która wymaga rozwiązania. Wystarczy wziąć inną kredkę, ostrugać tę złamaną lub poprosić o to dorosłego.
Jeśli więc masz w domu małą Beksę – jest spora szansa, że będzie lepiej. Niedługo podrośnie i łatwiej będzie się Wam dogadać.
Zachowaj zimną krew, a zmianę zacznij od siebie.