Tag

macierzyństwo

Browsing

Matka nad przepaścią

matka nad przepaścią

 

 

Odkąd pamiętam wiedziałam, że chcę zostać mamą. W dzieciństwie moją ulubioną zabawką był bobas, w wózku dla lalek woziłam koty, niańczyłam dzieci sąsiadów.

Pokochałam moje dzieci zanim się urodziły. Pokochałam tak bardzo, że niczego poza nimi nie potrzebowałam, a potem niespodziewanie spadłam w dół. Nie wiem jak to się stało, ale straciłam równowagę.

Z malutką Córeczką było łatwo i miło. Była aniołkiem. Jeśli dziecko wszystko zmienia, to w tym wypadku była to zmiana tylko na lepsze. Zero ograniczeń, mnóstwo nowych możliwości i radości. Kawa z koleżankami, spacer po starym mieście, wyjazd w góry, nad morze, za granicę – wszystko to oczywiście z dzieckiem.

Potem przywitałam Synka. Drugi aniołek. Tylko spał i jadł, jak siostra.
Zupełnie nie wiem, kiedy zgubiłam siebie. Przestałam mieć czas na makijaż, ba! na prysznic. Zostałam bez samochodu do wyłącznej dyspozycji i nagle okazało się, że otacza mnie pustka, wszędzie jest daleko i nic nie jest takie proste.

Po ulicy chodziłam zgarbiona z szyją wysuniętą niczym żółw, bo ciągle się gdzieś śpieszyłam. Chyba nigdy nie miałam specjalnie sympatycznego wyrazu twarzy, ale zdałam sobie sprawę, że w zasadzie bez przerwy  brwi i usta mam ściągnięte, a czoło zmarszczone – bo wciąż się zastanawiałam „co dalej, co jeszcze , co teraz?”

Pomyślałam, że zacznę się uśmiechać nawet jeśli początkowo trochę na siłę, to potem wejdzie mi to w nawyk. Wtedy uświadomiłam sobie, że jakoś tak mi z tym uśmiechem niewygodnie. Nie pasuje mi do twarzy w dziwnym, sensorycznym sensie. Tylko do dzieci mogłam uśmiechać się szczerze.

Jako partnerka chyba też zbłądziłam. Bardzo starałam się nie być tą matką, która wciska dzieci ojcu w minutę po przekroczeniu przez niego progu, ale to tyle.

Nie wiem kiedy przestałam być Elizą i zostałam Matką.

Kilka dni temu pisałam o tym jak realizować noworoczne postanowienia. W zakończeniu chciałam napisać, co ja sobie obiecałam na 2016 i… nic nie mogłam wymyśleć. Nie umiałam określić czego chcę. tzn.:  wiem, że chciałabym wygrać w lotto, ale tak realnie nie wiem jaki mam wyznaczyć sobie cel, bo nie wiem gdzie mnie życie poniesie. Ja się dostosuję.

Dziś uświadomiłam sobie, że nie pamiętam kiedy zrobiłam coś tylko dla własnej przyjemności.
Ciągle coś muszę. Nawet wizytę u fryzjera traktuję jak zadanie do wykonania:  muszę iść do fryzjera. Swego czasu zawsze miałam pomalowane paznokcie, teraz muszę zrobić paznokcie (raz na ruski rok). Muszę napisać post na blog, choć to miała być moja odskocznia. Kupuję sobie coś, bo muszę lub potrzebuję. Piję z kawę z koleżanką, ale myślę co jeszcze dziś muszę, a co powinnam.

Nie wiem jak i kiedy to się stało. Nie miałam wrażenia, że coś tracę. Nie czułam, że ktoś mi coś odbiera.  Nie byłam ofiarą, nie poświęcałam się. Po prostu na pierwszym planie były dzieci i ich potrzeby. Na resztę nie starczało czasu albo sił, albo jednego i drugiego.  Reszta schodziła na drugi plan, potem powoli rozmywała się we mgle, aż w końcu zupełnie zginęła mi z oczu.

Macierzyństwo to największa przygoda mojego życia.
Zapomniałam, że ma być ekscytująca, że ma być przyjemnością.  Może to nie wakacje all inclusive, ale przecież też nie survival rodem z programów Bearego Gryllsa.

Nie jestem Panią,  myślę o sobie jak o dziewczynie. Nie dalej jak wczoraj Córeczka mówiła mi: „Mamusiu, jesteś śliczna”. Jak to się stało, że w lustrze znalazłam wysuszoną kobietę  z podkrążonymi oczami, ziemistą cerą, przerzedzonymi włosami i smutnym spojrzeniem?!
Nie wiem kim ona jest, ale nie chcę, żeby straszyła moje dzieci.

Największym wyzwaniem macierzyństwa stało się dla mnie utrzymanie równowagi pomiędzy miłością do dziecka i troską o siebie.

To zapamiętanie się w dziecku wcale nie musi oznaczać nadopiekuńczości. Nie biegam za dziećmi w obawie by się nie spociły czy nie nabiły sobie guza. Wręcz przeciwnie, daję im dużo swobody i  pozwalam na eksperymenty.  Jedzą chyba wszystko z wyjątkiem grzybów i surowego mięsa. Niebezpieczne przeniesienie środka ciężkości na dziecko  można  rozpoznać po tym, że cała uwaga skupiona jest na nim. Jaką zabawę mu zaproponować, czy już interweniować, czy jeszcze obserwować, czy to będzie najlepsze dla jego rozwoju, co jeszcze mogę zrobić? I już nie zostaje miejsca na nic innego.

A przecież każda doświadczona matka powie, że wystarczy dziecko kochać. Będzie tak samo szczęśliwe bez najmodniejszej wyprawki, nowoczesnej zabawki, kolejnych zajęć dodatkowych w przedszkolu.

Najlepsze co matka  może dać dziecku, to miłość, ale miłość mądra. Miłość do całej rodziny.

Pora  by przypomnieć sobie, że ja też jestem jej częścią. Mam nie tylko prawo dbać o siebie, mam taki obowiązek. Nawet jeśli moje dobre samopoczucie będzie miało swoją cenę, która pozornie będą musiały zapłacić dzieci, to w finalnym rozrachunku będzie to z korzyścią dla nas wszystkich.

Bo co mi z tego, że codziennie będę popołudniami w domu, z dziećmi. Zmęczona, z poczuciem dnia świstaka, z głową w komputerze bo „pracuję z domu”? Nie mogę się skupić ani na dzieciach, ani na zadaniu które mam do wykonania. Jeśli jeden raz w tygodniu wyjdę sama zrobić coś dla siebie (choćby miało to oznaczać oglądanie wystaw w Centrum Handlowym) i wrócę tylko by dać buziaka przed snem, a może nawet później, to co się stanie? Nawaliłam jako matka? Nie. Bo będę stęskniona, bardziej cierpliwa,  oderwę na chwilę wzrok od dzieci i zobaczę je na nowo, przypomnę sobie jakie są małe i cudowne. Następny wieczór spędzę z nimi z przyjemnością i pełnym zaangażowaniem, bo bardziej będę ten nasz wspólny czas szanować.

 

O tym wszystkim przypomniały mi słowa Jady Pinkett Smith, żony Willego Smitha. Posłuchajcie koniecznie, co mówi o byciu matka i żoną.

 

https://www.youtube.com/watch?v=0Z5Eqjqzvw0

 

Ja wiem już czego chcę dla  na 2016.  Szczęścia, choćby małego, ale nie płynącego od dzieci. Dumy i poczucia sukcesu, ale nie  nie  z ich osiągnięć. Radości, głośnego śmiechu i wzruszeń.  Przyjemności, ale tylko mojej.
Będę trenować równowagę.