Tag

Matkologia

Browsing

Porozmawiaj ze mną

Zaczęłam pisać 100 Pociech  żeby  wypuścić z głowy to, co mi się tam nazbierało w trakcie wydłużonej metamorfozy z aktywnej, zorganizowanej w miarę zadbanej bezdzietnej w Matkę Polkę Dresową.
Zaczęłam pisać, żeby nie znielubić swojego życia, nie złościć się na dzieci, nie popaść w totalną depresje, melancholie i rutynę. Kiedyś, może napiszę o tym więcej.
Pociechy to moja blogoterapia, mój wentyl bezpieczeństwa, a pisanie jest w w tym wszystkim najprostsze. Trochę więcej roboty jest ze zdjęciami. Ale najtrudniejsze jest to, co dzieje się po opublikowaniu wpisu.
Jeśli  nie piszesz bloga, to nie znasz tego uczucia. Opowiem Ci.
Wyobraź sobie stary teatr z pluszową ciężką kurtyną, drewnianą troszkę skrzypiącą podłogą. Jesteś za kulisami. Bierzesz głęboki wdech i dobrowolnie wychodzisz na środek sceny. To jestem ja po kliknięciu „publikuj”. Nic nie widzisz, bo wszystkie światła skierowane są na Ciebie.
Wiesz, że na widowni ktoś jest, bo słyszysz jakieś dźwięki, czasem nawet szepty. To statystyki i fani na FB. Jednak, zwłaszcza na początku, nie wiesz czy widownia jest pełna, czy przyszło tylko kilka osób (przyjmę korepetycje z Google Analytics!).
Zaczynasz coś mówić i nie masz pojęcia, czy to jest ok. Podoba im się, czy nie. Zmieniać kierunek, brnąć w to dalej, a może uciekać?
Pół biedy kiedy piszę o czymś, czego jestem stuprocentowo pewna, na przykład czy zapinać pasy w ciąży, czy klapsy. Wtedy wyrażam swoje zdanie w słusznej sprawie i jestem gotowa bronić go, choćbym była sama przeciw tłumowi.
Ale kiedy piszę coś takiego jak Pustka, czy Błędne koło to stoję na tej scenie naga.
Jako czytelniczka, wiele razy zamknęłam stronę nic po sobie nie zostawiając, nawet jeśli wpis szczególnie mi się podobał, poruszył, czy zdenerwował. Bo nie wiedziałam jak to jest stać samotnie na tej scenie.
A jeśli komentarzy było już kilka, to tym bardziej nie widziałam powodu żeby coś dopisywać. Nie sądziłam, że to komuś zrobi różnicę
Jest zupełnie inaczej. Liczy się KAŻDY komentarz.
Dzięki nim wiem, że nie jestem sama. Że nie wygłupiam się tak do końca.
I chciałabym więcej. Chciałbym, żebyśmy mogły rozmawiać. Wszystkie. Chciałabym mieć pewność, że kiedy ja, lub ktoś inny odpisze Ci to będziesz o tym wiedziała.
Dlatego z duszą na ramieniu i sercem w gardle za chwilę rozpocznę instalowanie nowego systemu komentarzy – Disquis. Większość z Was pewnie już go zna, ale i tak czuję się zobowiązana przybliżyć Wam w dwóch słowach jego zalety.
Jeśli wolicie pozostać anonimowe, możecie się nie logować. Możecie podać dowolny nick, zaznaczyć opcje komentowania jako gość, mail który podacie nie musi być prawdziwy.
Możecie się też zalogować przez Facebooka, Twittera, czy Google, ale najbardziej polecam założenie osobnego konta na www.disqus.com Zajmie chwilę, a Wasi znajomi nie będą informowani o każdym komentarzu jaki zostawicie w sieci 🙂
Poza tym dostaniecie do dyspozycji wiele udogodnień. Możliwość łatwego śledzenia dyskusji pod wpisem, możliwość dodawania zdjęć, głosowania na inne komentarze, jeśli ktoś odpowie na Twój komentarz dostaniesz powiadomienie na maila, bez konieczności ponownego zaglądania na stronę, czy odświeżania okna przeglądarki.
Jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.
Mam nadzieję, że sprawdzę się w roli administratora własnego bloga, że nie zawiodę siebie i Was. Że nie wyślę w kosmos wszystkich dotychczasowych komentarzy i nie popadnę w depresję.
Mam nadzieję, że nowy system Wam się spodoba i że porozmawiamy 🙂
A tak w ogóle to przyśpieszamy.
Zaglądajcie częściej, bo plan jest taki, że w poniedziałek środę i piątek będzie nowe!

Subiektywny Kodeks Praw Dziecka

Jedną z pierwszych dat, jakiej uczy się dziecko (zaraz po dacie swoich urodzin) jest 1 czerwca, czyli Dzień Dziecka. 
Pamiętam jak mając kilka lat przeżywałam to święto. Nie chodziło o prezent, ale o fakt, że to będzie MÓJ dzień. Nie dlatego, że ja to ja, tylko dlatego że JESTEM DZIECKIEM. Chyba dawało mi to jakieś poczucie mocy, bo było dla mnie oczywiste, że tego dnia będę królową (podkreślam że nie królewną i nie księżniczką, tylko królową!). Na wszelki wypadek uprzedziłam o tym rodzinę i kota. Wolałam, żeby byli przygotowani. Oczywiście zasiadałam tego dnia na tronie. Wiklinowym.
Od zeszłego roku mamy w kalendarzu jeszcze jedną datę, którą każde dziecko znać powinno. 20 listopada – Ogólnopolski Dzień Praw Dziecka.
Niby rzecz oczywista, że dzieci mają szczególne prawa, a jednak szykując ten wpis natknęłam się na mnóstwo komentarzy w stylu:
– Nie popadajmy w przesadę, dziś to dzieci same prawa mają, żadnych obowiązków.
– Kiedyś nikt o prawach dziecka nie słyszał, za brak pracy domowej ojciec pasem częstował i jakoś wyszliśmy na ludzi.
– Teraz dzieciarnia się odgraża, że do opieki społecznej lub na policję pójdą jak im iPada nie kupisz.
Dlatego zanim o prawach, kilka słów o obowiązkach.
Po pierwsze: 
Dzieci tak jak wszyscy ludzie mają prawa i tak jak wszyscy powinny mieć obowiązki. Obowiązki dostosowane do ich wieku i możliwości. 
Po drugie:
Prawa dziecka przynależą mu bez względu na to czy i jak wykonuje swoje obowiązki. Trzeba to podkreślać w rozmowie z nimi, 
ale i my dorośli musimy uważać, żeby nie stosować mechanizmu nagrody i kary, bo nie ma on zastosowania w tym przypadku!
Po trzecie:
Prawa dziecka, to w dużej mierze obowiązki dorosłych. 
Chciałabym, żeby dzisiejszy dzień był wyjątkowy dla moich dzieci, trochę tak jak wyjątkowy był dla mnie tamten Dzień Dziecka sprzed lat. Żeby było to święto dzieciństwa. W ramach prezentu przygotowałam dla nich kilka paragrafów 😉

Subiektywny Kodeks Praw Dziecka

§ 1. Dziecko ma prawo do szacunku.
Dlatego nikt nie ma prawa nazwać go „gówniarzem”, wyśmiewać, publicznie piętnować.
Dlatego rozmowa o niegrzecznym zachowaniu Jasia w przedszkolu powinna odbywać się 
w cztery oczy, a nie przy całej grupie pilnie słuchających maluchów.
§ 2.   Dziecko ma prawo być zdrowe.
A że dzieci najszybciej uczą się przez naśladownictwo, to my rodzice mamy obowiązek odżywiać się zdrowo, unikać dymu papierosowego,  rozmawiać o tym co jest zdrowe, a co nie. Mamy obowiązek tak kształtować świadomość naszych dzieci, by za kilka lat same w sklepiku szkolnym  wybrały jabłko zamiast chipsów.
§ 3. Dziecko ma prawo do własnego zdania.
Nawet jeśli oznacza to, że nie lubi szpinaku, nie lubi biegać, czy rysować czerwoną kredką.
§ 4. Dziecko ma prawo do emocji. Wszystkich.
Nie zawsze musi być radosne. Może być smutne, złe, a nawet wściekłe. Co więcej, nie musi tych emocji rozumieć i ma prawo im ulegać. 
Ma też prawo do tego, żeby nauczyć je nazywać poszczególne stany emocjonalne, przeżywać je, a potem panować nad nimi.
(Kto jeszcze nie wie, że  „W głowie się nie mieści” to film dla rodziców powinien szybko nadrobić ten błąd.)
§ 4. Dziecko ma prawo do mamy i taty.
Kiedy więc dojdziemy do ściany, kiedy wydaje nam się, ze miłość już się skończyła i nic dalej nie ma, mamy obowiązek spojrzeć sobie w oczy i zapytać: Czy naprawdę zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy by pozostać rodziną? Czy to jest ten szczególny wypadek, kiedy musimy rozstać się dla dobra dziecka? 
§ 5.  Dziecko ma prawo do nietykalności!
Do wychowania bez klapsów, poszturchiwania, krzyku. Rodzic ma obowiązek radzić sobie z własnymi słabościami jak osoba dorosła i wychowywać dziecko bez przemocy fizycznej i emocjonalnej. 

§ 6. Dziecko ma prawo być dzieckiem.
Ma prawo biegać, aż się spoci. Ma prawo krzyczeć podczas zabawy. Ma prawo skakać 
po łóżku. Ma prawo woleć czekoladę od obiadu i lody zamiast kolacji. Ma prawo wierzyć 

w czary i Świętego  Mikołaja. Ma prawo zabiegać o uwagę rodziców. Ma prawo być naiwne.

§ 7. Dziecko ma prawo wiedzieć, że inne dzieci mają te same prawa.

Pamiętajmy, że dziecko, to człowiek, tyle że niższy 🙂
W Polsce najważniejszymi aktami prawnymi gwarantującymi prawa dziecka są:
Konstytucja RP, Konwencja o Prawach Dziecka, Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka.

Prawa dziecka

– te oficjalne, które każdy kto umie czytać znać powinien!

Dziecko ma prawo do:
– wychowywania się w rodzinie,
– adopcji,
– oświaty i nauki,
– kultury, wypoczynku i rozrywki,
– ochrony zdrowia i opieki medycznej,
– wszechstronnego rozwoju osobowości, swobody wyznania, światopoglądu,
– dostępu do informacji,
– ochrony przed wyzyskiem i poniżającym traktowaniem (prawo do nietykalności
osobistej),
– prywatności,
– równości.

Prawa socjalne dziecka:
– prawo do zabezpieczenia socjalnego,
– prawo do możliwie najwyższego poziomu ochrony zdrowia,
– prawo do odpowiedniego standardu życia,
– prawo do wypoczynku, czasu wolnego, rozrywki i zabawy


Więcej informacji na stronie www.brpd.gov.pl

Świat się zmienia i ciągle jest taki sam

„Od dziś świat nie będzie już taki sam” – usłyszałam w radio po zamachu w Paryżu.

Kiedyś w to wierzyłam. Ciągle słyszę, że jestem naiwna, ale naprawdę wierzyłam, że można zmienić świat w skali globalnej. Że po niektórych wydarzeniach nie można wrócić do poprzedniego stanu rzeczy.
W 2001roku studiowałam dziennie i pracowałam jako kelnerka w bardzo eleganckiej restauracji. 11 września akurat miałam zmianę. Moja przyjaciółka była wtedy 
w Waszyngtonie. Pamiętam jak sparaliżowała mnie informacja o ataku. Jak biłam się 
z myślami czy dzwonić do jej mamy, a potem jej głos. Pamiętam jak czekałyśmy na informacje co z Waszyngtonem? Nie miał mnie kto zastąpić, na szczęście był mały ruch. 
Kiedy umierał Jan Paweł II –  byliśmy jednością. Widziałam łzy w oczach ludzi, którzy kościoły omijają z daleka. Razem paliliśmy świeczki, wiedzieliśmy że czujemy to samo, przeżywaliśmy wyjątkową wspólnotę. Wszyscy podziwialiśmy człowieka, żałowaliśmy że odchodzi. Pamiętam jak bratali się wtedy politycy, jak obiecywali porozumienie, podawali dłonie i wymieniali uściski.
Katastrofa Smoleńska wstrząsnęła wszystkimi. Wydarzyła się rzecz nie do pojęcia. Sama nie mogłam w to uwierzyć, bo takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Moja mama specjalnie przyjechała do Warszawy, by stać kilkanaście godzin w kolejce, w nocy i w zimnie. 
Tak jak wielu innych chciała pożegnać Parę Prezydencką. I znowu obietnice, postanowienia, ba! Stwierdzenia, że teraz będzie inaczej, że razem, że nowa jakość… Słowom i gestom nie było końca. A ja wierzyłam, bo takie rzeczy się nie dzieją, skoro więc nas spotkały, to coś musi się zmienić.
Teraz Paryż. Współczujemy. Boimy o swoje dzieci, swoje rodziny. Gniewamy się.  Świat stał się okropnym miejscem – myślimy. Świat powinien się zmienić. 
Obracamy te emocje przeciw uchodźcom. Ludiom, którzy też są ofiarami terroryzmu. Ludziom, którzy uciekli z kraju w którym od 4 lat toczy się regularna wojna jakiej nie znamy. Wojna w której zginęło ponad 215 tysięcy ludzi, w tym dziesiątki tysięcy cywili, również dzieci.
Co jakiś czas dzieją rzeczy smutne, złe, nieprawdopodobne. Wzruszamy się. Myślę nawet, 
że szczerze wierzymy w to, że świat będzie inny. Tyle, że świat to my.
A my jesteśmy tylko ludźmi. Po wielkiej tragedii targają nami emocje, czy też hormony – jak wolisz. Jesteśmy na haju, a haj ma to do siebie, że trwa krótko i  jeśli nie dzień, to tydzień później: 
– Ja już Panu ręki nie podam!
– Gdzie jedziesz, Ty głupku!!!
– Polska dla Polaków!
– Pan tu nie stał!
– Spalić tęczę!

Co ciekawe zmieniać świat chcemy zawsze po wielkich tragediach. Kiedy natomiast wydarzy się coś naprawdę dobrego – świętujemy chwilę i przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Jakby nam się lekarstwo na grypę należało, jakby przeszczep serca, czy twarzy był oczywistą opcją. A przecież to dobro zmienia świat. Jeśli oglądaliście film „Bogowie”, wiecie co mam namyśli.  To dzięki  odkryciom nauki, wielkim zmianom jakich dokonują mądrzy ludzie świat naprawdę się zmienia i nie jest już taki sam.


Nikt niczego nie obiecuje, to się po prostu dzieje.
Dziś ciągle jestem naiwna, tyle że świat zamieniłam na podwórko. Nie słucham już obietnic
i postanowień z telewizora, ale zależy mi żeby choć jeden rodzic zrozumiał, że klaps to też bicie, że w ciąży trzeba zapinać pasy i że trzeba pomagać, bo zwykły Miś może zmienić czyjś świat. Dlatego o tym piszę, tyle mogę zrobić.

Mały miś, wielkie serce

 

Chciałam Wam dziś opowiedzieć o dwóch Aśkach.
Obie prowadzą blogi. Obie mają synków.

Los wybrał sobie jednego z nich. Ten niefajny los.  Dlaczego trafiło akurat na  Franka, a nie na  Alfa? Dlaczego nie na mojego, albo Twojego Synka?
Bo tak to z tym losem bywa i już.
Pierwsza Asia pisze bloga Babskie Pisanie. Franek ma jej oczy. Ma też złożoną wadę serca. Wadę, którą trzeba operować, a na operacje potrzebne są pieniądze. Oczywiście duże pieniądze.
Co czuje matka kiedy odkrywa, że to na nią padło. Jak podejmuje walkę, jak kocha i się nie poddaje. Wszystko znajdziecie na blogu.
Jest też druga Aśka. Tej to nie mogę rozgryźć. Znamy się wirtualnie od jakiegoś czasu
i myślę, że jest lekko szalona. Ona chyba też tak o sobie myśli, tylko wyraża to bardziej dyplomatycznie – jej blog nazywa się Niekonwencjonalna  😉
Nie dość, że jest szalona, to jeszcze ma szydełko i nie zawaha się go użyć.
Dowiedziała się o Franku i zaczęła robić misie. Siedzi dziewczyna w domu i dzierga misie, które potem sprzedaje, a dochód przekazuje na Franka. Przypominam, że jest też mamą i chyba nie trafiła na spokojny egzemplarz 🙂 Mogłaby wieczorem serial obejrzeć, książkę poczytać, zielonej herbaty w spokoju się napić. Przypominam, że też jest mamą i chyba nie trafiła na najspokojniejszy egzemplarz, więc zajęć w ciągu dnia jej nie brakuje 🙂
Piszę o tym, bo próśb o wsparcie akcji charytatywnych wszyscy blogujący dostają dużo. Głównie udostępniamy je na FB, a i to nie zawsze.
Z jednej strony dlatego, że często efekt jest mizerny, a z drugiej dlatego że zależy nam na czytelnikach. Nikt nie chce by jego tablica stałą się słupem ogłoszeniowym. Brzydkie to, ale szczere.
Dlatego, tak podoba mi się to co robi ta szalona Aśka. Bo ROBI coś więcej, niż tylko lajkuje i udostępnia. Ona szydełkuje 😉
Podoba mi się, że są tacy ludzie, że mają pomysł, że im się chce.

 

A te Miśki świetne! Takie oldschoolowe. Wzrostu mają ok 20 cm. Wzór możesz sobie wybrać,a nawet zaprojektować, albo zlecić to dziecku.
Miś kosztuje 25 zł, z czego 10 zł wędruje na konto Frania. Pozostałe 15 zł to koszt włóczki, tasiemek, guzików.
Więcej szczegółów o misiach znajdziecie tu: Miś dla Frania.
Mam dla Was kilka propozycji:
1. Pamiętajcie, że każdy chłopiec powinien mieć swojego misia. Nawet jeśli jest już po trzydziestce. Chłopiec, nie miś 🙂
Pomyślcie więc komu Mikołaj mógłby w tym roku zrobić taki prezent.
A może Wasz miś chciałby mieć skrzydła blond czuprynę i zamieszczać na choince?
2. Jedna z Was dostanie ode mnie kupon na swojego Miśka.
Musicie tylko troszkę pomóc. Wystarczy, że wejdziecie na stronę fundacji „Się pomaga” – Serduszka dla Franka, przeczytacie historię Frania i udostępnicie ją na swoim Facebooku (lewa, górna część strony). Miło będzie jeśli napiszecie kilka słów zachęcając znajomych do wsparcia.
Na maila 100pociech.blog@gmail.com wyślijcie linka do waszego profilu.
W niedzielę 29 listopada wybierzemy osobę, która będzie mogła zamówić swojego misia.
Dlaczego nie robimy zwykłego konkursu na Facebooku, tylko kombinujemy z mailami? Bo mam poczucie, ze tylko w ten sposób, to będzie uczciwe, bo nie chodzi o nabijanie ruchu
na profilu 100pociech. Chodzi o to, by zaangażować Was w pomaganie.
Może zamiast mnożyć prezenty mikołajowe, zamiast kolejnej czekolady, kolejnej zabawki, która po tygodniu zostanie zapomniana, sprawicie że dla kogoś zmieni się całe życie.
Że będzie miał życie.
Dziś Franek ma na koncie niecałe 8,39% potrzebnej kwoty. A wiecie jak to jest z sercem. Nie może czekać za długo.

Wolność


Dzień Niepodległości. Święto Narodowe. Święto Wolności. 
Tyle, że od pewnego czasu 11 listopada ja wolę zostać w domu. JA się boję. Pójścia do miasta z dziećmi nawet nie rozważam. 
Jednak w tym roku postanowiłam to zmienić, uznając, że idę na łatwiznę. 
Wolność to stan umysłu.
Nie mogę więc narzucać sobie ograniczeń. Wystarczy sprawdzić godziny manifestacji, trasy przemarszu, przygotować się logistycznie i zrobić coś ciekawego. 
Nie takie zwykłe coś, bo Córeczką przyjmuje  wiedzę o patriotyzmie w małych dawkach, za to regularnie i to nie tylko w domu, ale i w przedszkolu.
Flaga DYI była więc gotowa, hymn przećwiczony, biała bluzka na Święto Polski 🙂 wyprasowana. Ten dzień miał być wyjątkowy. I był.
Wybraliśmy się całą rodziną do Sejmu. Na dzień otwarty.
Zapraszam na małą foto-wycieczkę 🙂
Mazurek Dąbrowskiego.
Laski.

Mamo, to jest dom flagi?
Sala kolumnowa i super TV.
– Mamo, prawda że tam można oglądać bajeczki?

Na kogo czeka to miejsce?

Mówię Wam – On ma wszędzie przyjaciół. Taki typ 😉

Sam wlazł…

Jeszcze Pooolska…

Najbardziej podobało mi się to, że choć byliśmy w centrum miasta mogliśmy iść za ręce, we czwórkę, całą szerokością chodnika i z podniesionymi wysoko głowami. 
I śmialiśmy się głośno.
Wolność to brak lęku przed oceną.
Nie musieliśmy przemykać pod ścianami kamienic, przepychać się w dzikim tłumie, zasłaniać dzieci swoim ciałem.Było to jakieś trzy godziny przed początkiem manifestacji. Miasto wyglądało na opustoszałe.
Moja wolność kończy się tam, 
gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
Może za jakiś czas, będę mogła zabrać dzieci na taki jesienny, patriotyczny spacer. 
Może będziemy mogli uczestniczyć w Marszu Wolności. Może moje dzieci zapytają dlaczego tak tu dużo ludzi, dokąd idą i czemu my z nimi idziemy. 
Odpowiem im wtedy, że wszyscy tu przyszli, żeby uczcić wolność, żeby za nią podziękować, żeby pokazać że jesteśmy dumni i szczęśliwi, że ją mamy. 
Wolność nie jest na zawsze.

Wolność nie jest łatwa. Dlatego zamiast narzekać na  wynik wyborów, zastanów się:
Co zrobiłam by było inaczej?
Co mogę zrobić przy następnej okazji? 
Może zaangażuję się bardziej w życie lokalnej społeczności? Może włączę się w działania ugrupowania, które popieram. Może założę profil na FB i tam będę wyrażać swoje zdanie, spróbuję trafić do ludzi takich jak ja i zachęcić ich do działania. 
Wolność to odpowiedzialność.
Nie oddawaj jej walkowerem, tylko dlatego, że Ci się nie chce, że nie masz czasu, że… powód zawsze się znajdzie.
Ktoś kiedyś krwią i blizną, a nawet życiem, zapłacił za to żebyś mogła.

A co Wy robiliście 11 listopada?


Jak zapinać pasy bezpieczeństwa w ciąży

– Czy będąc w ciąży powinnam  zapinać pasy bezpieczeństwa w samochodzie?

– W myśl przepisów – nie musisz.

– Ale czy POWINNAM?!

Mam nadzieję, że każda przyszła mama zadaje sobie takie pytanie, a nie podąża ślepo za literą prawa. Literą, która w tym wypadku jest raczej kulfonem.
Dlaczego? Bo przepisy, które aktualnie obowiązują są… nieaktualne. Nie uwzględniają wyników najnowszych badań, testów i technologii zastosowanych w samochodach.
Polska jest jednym z trzech ostatnich krajów Unii Europejskiej, które zezwalają ciężarnym na jazdę bez pasów.
Co więc robić, skoro przepisy mówią jedno, a specjaliści, internet i jakaś-tam-blogerka drugie?
Poszukać informacji i podjąć odpowiedzialną i świadomą decyzję. Decyzję, która może zaważyć o życiu Twoim i Twojego dziecka. Dlatego NIKT nie może CI niczego narzucić. nawet Policja. To, że przepisy się mylą, zwalnia Cię z obowiązku rozsądnego myślenia i odpowiedzialności. Będziesz mamą – najwyższy czas przywyknąć.  To, że nie musisz zapinać pasów, nie oznacza że nie możesz. Co więcej, wiele osób, instytucji i jakaś-tam-blogerka będą Cię przekonywać, że:

W CIĄŻY POWINNAŚ ZAPINAĆ PASY BEZPIECZEŃSTWA!

Spróbuję w kilku punktach odczarować temat.
1. TY, czyli CIĘŻARNA
Tu w zasadzie strawa jest jasna. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo podczas jazdy samochodem, kobieta w ciąży niewiele się różni od kobiety w rozmiarze XXL.  Systemy bezpieczeństwa w samochodzie, chronią Was tak samo skutecznie. I na tym zakończmy, bo nie dam się wciągnąć w polemikę na temat wyjątków kiedy, to niezapięte pasy uratowały komuś życie.
Chcesz, to testuj Teorię Darwina i nie marnuj czasu na czytanie dalszej części tego wpisu.
Ani na tego bloga, bo się nie dogadamy.
2. DZIECKO
To właśnie bezpieczeństwo nienarodzonego dziecka może budzić wątpliwości. Czy zapięte pasy, mogą mu zagrażać?
Wbrew pozorom, to złożone zagadnienie i nie da się na nie odpowiedzieć jednym słowem: tak lub nie.
Bo pasy zapinać to trzeba umieć drogie Panie Przyszłe Mamy!
ŹLE ZAPIĘTE pasy mogą zagrażać  nienarodzonemu dziecku.
PRAWIDŁOWO ZAPIĘTE PASY BEZPIECZEŃSTWA nie zagrażają dziecku w łonie matki!

Jak więc kobiety w ciąży powinny zapinać pasy, by nie narażać dziecka?

Pas nie powinien być prowadzony po brzuchu, ani nad nim.
Część ramieniowa powinna przebiegać pomiędzy piersiami i z boku brzucha, a część biodrowa po udach
i miednicy.
W utrzymaniu pasa w prawidłowej pozycji bardzo pomagają specjalne adaptery do pasów dla ciężarnych,
na przykład taki jak ten ze sklepu TOSIA
To była pierwsza rzecz jaką kupiłam dla mojego dziecka, zaraz po założeniu karty ciąży. Tak na wszelki wypadek.
Ważne jest również odpowiednie ustawienie fotela. Oparcie powinno być tak pionowo, jak dasz radę wytrzymać, a siedzenie maksymalnie odsunięte do tyłu. 

3. KOMFORT
Tak, wiem. Też to miałam. Pasy cisną, duszno się robi i nie jest wygodnie. Ale nie oszukujmy się: w ciąży, zwłaszcza zaawansowanej, ogólnie nie jest wygodnie.
 Ile czasu zajmuje Ci przyjęcie odpowiedniej pozycji do snu? Właśnie. Dlaczego więc oczekujesz, że będzie Ci wygodnie w samochodzie? Najwyższy czas pogodzić się z tym, że ta odrobina dyskomfortu, to swoiste ubezpieczenie. Cena ją musisz zapłacić, żeby Twoje dziecko miało matkę.  Żebyście mogli cali i zdrowi spojrzeć sobie w oczy. Już niedługo 🙂
4. PODUSZKI POWIETRZNE
Nie, nie są dodatkowym zagrożeniem.  Razem z pasami bezpieczeństwa stanowią jeden zintegrowany system, który ma Cię chronić. Naprawdę poduszki, też biorą udział w crash-testach. A wiesz, że  w takich testach używany jest manekin zbudowany na wzór kobiety w ciąży? Możesz go zobaczyć tu: KLIK
Podobny manekin uczestniczył w badaniach przeprowadzonych przez Volvo Car Group. Wyniki jednoznacznie dowodzą, że kobiety w ciąży powinny zapinać pasy i upewniać się, że robią to prawidłowo, oraz że są lepiej chronione w trakcie zderzeń czołowych, gdy w kierownicy jest poduszka powietrzna. Więcej o badaniach przeczytasz w artykule NATEMAT.
5. I ZNOWU TY!
Nienarodzone dziecko najbardziej  potrzebuje Ciebie – Mamo. Nie tylko po to, żeby przeżyć, nie po to żeby bezpiecznie przyjść na świat. Potrzebuje Cię jeszcze dużo, dużo później.
Musisz być zdrowa i silna, żeby wstawać do niego w nocy, żeby czuwać przy nim kiedy będzie chore, żeby schylać się przez pół dnia, kiedy zacznie nieporadnie chodzić trzymając Cię za palce, żeby je gonić kiedy już te palce puści, żeby przygotować na pierwszy dzień w przedszkolu, a potem ostatni dzień w szkole. Żeby pomóc przy dzieciach,
bo babcia, to prawdziwy skarb.Więc teraz jeszcze raz dobrze zastanów się, czy powinnaś zapinać pasy.

Mam nadzieję, że chociaż trochę pomogłam Ci w podjęciu jedynie słusznej decyzji :)Poza tym dbanie o prawidłowo zapięte pasy to bardzo dobry nawyk. Niedawno pisałam w tej sprawie List do Pani o zielonych oczach. A już niedługo znowu napiszę o bezpiecznym przewożeniu dzieci w samochodzie.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak zapinać pasy, możesz skorzystać z BEZPŁATNEGO SZKOLENIA, które odbędzie się już 27 listopada w ramach akcji „Ciąża i pasy”.
Podczas szkolenia dowiesz się:
  • jak bezpiecznie zapinać pasy w ciąży
  • jakie błędy popełniają ciężarne zapinając pasy i jak ich uniknąć
  • do czego służą adaptery do pasów i jak ich poprawnie używać
  • na co musi uważać przyszła mama za kierownicą
A co Ty sądzisz o zapinaniu pasów w ciąży?
——————————————————————————————–
UPDATE 12.11.15
Po kilku dniach w sieci ten wpis zebrał bardzo dużo komentarzy na forach, grupach i profilach FB. Niestety znaczna część z nich to głosy matek, które nie zapinają pasów. Poza argumentami w stylu „to niewygodne” pojawiły się też takie których się nie spodziewałam.
– Póki nie będę musiała, nie będę tego robić.
– Wszyscy znajomi dziwili się, że zapinam pasy w ciąży.
– Prawo na to pozwala, więc o co chodzi?
– Lekarz mi mówił, żeby unikać jazdy w pasach (nie powiedział, żeby unikać jazdy samochodem w ogóle).
– Jeździłam bez pasów i urodziłam zdrowe dziecko.
– Nie popadajmy w skrajności.
– zapinałam tylko jedną część, drugą prowadziłam za plecami.
Sądziłam, że to będzie banalny tekst, ale skala tego typu komentarzy mnie przeraziła. Dlatego powiem wprost.
Możliwość jazdy bez pasów w NIE JEST PRZYWILEJEM ciężarnej!
Pierwszeństwo w kolejce, miejsce siedzące – tak.
Możliwość jazdy bez pasów jest pułapką nieaktualnych przepisów!
Nie daj się w nią wciągnąć.
Czy będąc w ciąży pijesz alkohol? Palisz papierosy? Zażywasz dowolne leki?
Przecież to też nie jest zabronione.
Nie robisz tego, bo masz SWÓJ ROZUM. Bo chcesz mieć zdrowe i silne dziecko. Chcesz być matką.

6 rzeczy których musisz nauczyć się od dziecka, żeby odnieść sukces

Przeglądając wczoraj jakieś stare materiały ze szkolenia, znalazłam pewną notkę motywacyjną. Była to lista pt.: „6 zasad dzięki którym odniesiesz sukces”.

Przeczytałam, pomyślałam że mądre, zaczęłam się zastanawiać gdzie to powiesić. W tym momencie spojrzałam na Synka.  Akurat wdrapywał się na stolik.
I tak sobie pomyślałam, co by na tą mądrość powiedziało dziecko?
Dziecko, które codziennie, ba kilka razy dziennie, podejmuje dziesiątki prób, ponosi setki porażek, a i tak kładzie się spać z kilkoma sukcesami na koncie. Czasem mimo zmęczenia, walczy ze snem, bo tak bardzo nie może doczekać się jutra, choć to wcale nie będzie łatwiejszy dzień.
Chyba brzmiało by to mniej więcej tak:
1. Wierz w siebie.
No raczej. Kto jak nie ja? 
Kto za mnie nauczy się jeść łyżką, bić brawo, zakładać buty, wchodzić na schody, myć ręce, schodzić z krzesła….
Tylko daj mi szansę to zrobić.
Uwierz we mnie.
2. Łam niektóre zasady i reguły.
Nie mam pojęcia co to jest. Prawdopodobnie łamię je, depczę, przeżuwam, wypluwam, mymłam i znowu przeżuwam.
Sorry jeśli Cię uraziłem.
3. Nie obawiaj się porażek.
A to można bez porażek? Bez próbowania? Tak za pierwszym razem?!
4. Ignoruj tych, którzy są na nie.
„Nie wchodź tam, nie dotykaj tego, nie bierz do buzi, nie wolno, nie ruszaj”.
Gdybym ich słuchał, do dziś moim największym sukcesem byłoby podnoszenie główki.
Zaufaj mi, ten punkt mam opanowany do perfekcji.
5. Pracuj ciężko.
Nic innego nie robię. Może Cię zmylić, to że przy okazji świetnie się bawię, ale to wszystko jest ciężka robota.
6. Dawaj coś z siebie innym.
Daję nawet jak udają, że nie chcą.
Zasmarkane buziaki, ubłocone przytulasy, codzienne powody do śmiechu, bezwarunkową miłość i trochę szczęścia w bonusie.
Był jeszcze dopisek:

Pamiętaj nigdy nie wejdziesz na drabinę z rękami w kieszeniach.
A chcesz się założyć? 😛
Też tacy byliśmy. Pamiętasz? To, że dziś CZYTASZ ten tekst, na urządzeniu wymagającym obsługi, to że polubisz go, albo podasz dalej 😉 – to wszystko znaczy, że odniosłeś w życiu sporo sukcesów. Poniosłeś porażki, pokonałeś zwątpienie, stawiłeś czoło przeciwnościom. 
Byłeś małym okruszkiem w wielkim świecie. 
Dziś skala zmieniła się tylko trochę. Ty jesteś wyższy, ale świat pozostał ogromny. 
Czy faktycznie wyzwania, przed którymi teraz stoimy są większe, niż te które ma dziecko?
Przecież my oswoiliśmy już życie. To, że znamy reguły powinno nam pomagać i pchać do przodu, nie wstrzymywać.
Pomyśl ile masz, jak wiele potrafisz. 
Czy jako dziecko poddałbyś się przy pierwszej przy którejkolwiek próbie?
O którym punkcie zapomniałeś?
Co zmienisz dziś?

Przy ludziach jestem lepszą matką

„Hej!
Znam Twojego bloga z zestawień u Mądrych Rodziców. Najpierw zaglądałam tu sporadycznie, ale teraz czekam na kolejny wpis, jak na list od przyjaciółki. Ze wszystkich blogowych mam jesteś mi najbliższa. Postanowiłam Ci się zwierzyć. Trochę dlatego, że mam wrażenie jakbym Cię znała, a trochę właśnie dlatego, że mam pewność, że Cię nie spotkam.
Tak jak Ty jestem mamą dwójki. U mnie są to chłopcy, rok po roku. Od ponad 4 lat jestem z nimi w domu. Kiedy urodził się nasz drugi syn, postanowiliśmy z mężem, że nie wracam na etat. Nie możemy sobie pozwolić na życie z jednej pensji, pracuję więc dorywczo z domu.
Straszy syn jest przedszkolakiem, ale często choruje, więc nieraz jestem z dwójką w domu. Tak jak Ty nie mam babci do dyspozycji. Jestem sama w dużym mieście.
I chyba właśnie doszłam do ściany.
Robię co mogę, a i tak mi nie wychodzi. I to na każdym polu.
Z jednej strony mam poczucie, że ciągle jestem z dziećmi. Nic innego nie robię, tylko jestem uwięziona z dziećmi. Szykuję im jedzenie, karmię, wyprowadzam na spacer, znowu karmię, wycieram nosy, zmieniam pieluchy, podaję pić, szykuję jedzenie, usypiam. Jestem tym zmęczona i znudzona. Czasem nie mam ochoty wracać z zakupów do domu i specjalnie siedzę dłużej w samochodzie.
Czasem nie lubię moich dzieci, np.:kiedy starszy hałasuje i budzi młodszego, a ja akurat mam coś do zrobienia i czekałam na tą drzemkę. Kiedy się śpieszymy, a oni jak na złość sabotują ubieranie, nie wyjdą bez jakiejś zabawki, nie chcą zrobić siku, umyć rąk, itd…
Czasem brakuje mi cierpliwości. To wieczne handryczenie się o te same rzeczy. Nigdy nie uderzyłam swojego dziecka, ale nieraz mam na to ochotę. Przychodzi mi to do głowy. Sama się sobie potem dziwię. Mnie rodzice nie bili. Z mężem jesteśmy przeciwnikami klapsów. Wiem, że nigdy tego nie zrobię, ale czasem chciałabym.
Za to, kiedy gdzieś wychodzimy jestem idealną mamą.  Przy ludziach mam więcej cierpliwości, więcej siły, więcej zapału. Chce mi się tłumaczyć, odpowiadać 50ty raz na to samo pytanie.
Z drugiej strony praca. Każdy cień wolnej chwili staram się wykorzystać efektywnie, ale nie ma opcji żebym w dzień usiadła do pracy na dłużej niż 30 minut ciągiem.
Ratuję się telewizorem i włączam dzieciom bajki. Bez przerwy szarpię się między dziećmi a pracą. Na zadbanie o porządek nie mam już czasu ani siły. Zostałam w domu dla dzieci, ale nie jestem dobrą matką. Nie spędzam z nimi czasu tak jak powinnam. Jak bym chciała.
Praca też nie jest wykonana na takim poziomie do jakiego jestem przyzwyczajona i który dawałby mi satysfakcje.
O domu nie wspomnę.
Jestem jeszcze żoną. Od dawna nie przywitałam męża uśmiechem. Nie mam na to siły. On też wraca zmęczony. Pomaga mi jak może. Wieczorem, a raczej w nocy, oboje padamy. Nie wiem kiedy ostatni raz spędziliśmy godzinę we dwoje. Tak naprawdę, bez telewizora, telefonu, komputera, dzieci.
Kładę się spać zmęczona. Wstaję zmęczona.
Nie wierzę, że to piszę.
W sumie to nie wiem po co. Nie oczekuję żadnej rady. Sama wiem, że coś musi się zmienić, tylko realnie nie widzę na to szans. Przynajmniej póki młodszy syn nie pójdzie do przedszkola.
Pozdrawiam,
Kasia”
Kasiu,
Dziękuję za miłe słowa, a jeszcze bardziej za zaufanie. Nawet nie wiesz jak bardzo jesteśmy podobne. Czytając Twojego maila, miałam wrażenie, że niektóre zdania wyjęłaś z mojej głowy. Ale nie tylko my tak mamy. Jest nas więcej. Dużo więcej. Nie mamy siły, nie ogarniamy, ale też nie poddajemy się i brniemy do przodu. Zaciskamy zęby, zamykamy oczy, uśmiechamy się do ludzi i czekamy, aż dzieci podrosną. Wiem, bo podobnych maili dostaję więcej. Bo spotykam takie mamy  na grupach i forach internetowych. A kilka z nich znam osobiście.
Tak się porobiło, że nie przyjdzie nam do głowy, żeby zwolnić. Mam wrażenie jakbyśmy wszystkie ulegały jakiejś presji.
Swego czasu mówiło się o idealnym wizerunku kobiety, który wylansowały media i projektanci mody. Wszystkie chciałyśmy wyglądać jak modelki.
Mam wrażenie, że teraz dzieje się to z matkami.
Patrzymy na mamy celebrytki, które tydzień po porodzie na szpilkach, z doskonałą figurą i bez żadnych oznak niewyspania błyszczą na salonach.
Czyli da się.
Patrzymy na blogerki, które są nam jeszcze bliższe. Czasem piszą o zmęczeniu, ale jednocześnie pokazują wysprzątane wnętrza w skandynawskim stylu, kreatywne pomysły na zabawy z dziećmi, wyszukane stylizacje i ciasta, które zawsze się udają.
Czyli można.
Media lansują przedsiębiorcze kobiety, które z piątką dzieci (ok przesadziłam, z trójką) robią karierę.
Czyli tak należy.
A czasem człowiek ma dosyć sam siebie i tego jak się czuje. Chciałoby się pośmiać z mężem, powygłupiać z dzieciakami, nie martwić o kolejny projekt, nie szarpać dla dobra rodziny, a tak naprawdę to jej kosztem. Tylko jak?
Chcemy mieć wszystko i w końcu, tak jak napisałaś, dochodzimy do ściany. Piszę „my” bo znam  to aż za dobrze. Bo próbowałam i wiem, że się nie da. Zwłaszcza jeśli jesteś sama. W najlepszym wypadku zestarzejesz się w przyspieszonym tempie próbując dogonić ideał, który nie istnieje, wizerunek za którym stoi zgrana ekipa, a nie jedna mama.
Ty Kasiu, jesteś silna i odważna. Chyba nawet nie wiesz jak bardzo. Masz ogromna świadomość siebie i to jest Twoja moc!  Opisałaś coś, co wiele osób zmyka w jednym słowie „frustracja” i kończy temat. A przecież jedno słowo, dla każdego może znaczyć coś innego.  Ty nie dość, że znasz swoje emocje, nazywasz je, to jeszcze wiesz, skąd się biorą.
Co więcej – wiesz co Ci pomaga, co daje siłę. Publiczność. To ani dobrze ani źle, żaden wstyd. Po prostu tak masz. Wykorzystaj to!
Też Ci się zwierzę.
Nie lubię się poddawać. Kilka lat temu rzuciłam sobie wyzwanie, żeby zawsze zapinać pasy bezpieczeństwa. Takie świadome ZAWSZE. Jeśli zbadają mnie kiedyś wariografem, to bez mrugnięcia okiem, powiem z czystym sumieniem, że „ZAWSZE zapinam pasy”. To taka moja wewnętrzna gra: ja kontra ja. Może to i głupie, ale na mnie działa. Od tamtej pory, pasy zapinam od razu po wejściu do samochodu. Nawet jeśli tylko przestawiam auto. Korci mnie czasem, żeby odpuścić, ale wtedy zmarnowałabym kilka lat. Poza tym, nie lubię przegrywać.
Możesz spróbować podobnej gry, kiedy sił Ci zabraknie do chłopców. Sama się wkręć, że masz publiczność. Wyobraź sobie, że sąsiedzi słyszą wszystko co mówisz, że przez okna zaglądają, że jesteś w ukrytej kamerze. Jeśli to Ci pomoże opanować emocje, to co za różnica. A może z czasem wyrobisz sobie nowy nawyk, jak ja z tymi pasami.
No i zapomniałabym. Jest jeszcze coś. Coś, co tak często w tej codziennej bieganinie gubimy. RADOŚĆ. Przecież nie mamy tych dzieci za karę. Powinnyśmy się nimi cieszyć.
Codziennie tworzymy ich wspomnienia, budujemy ich fundamenty. Wiem, wiem… Jak tu się cieszyć kiedy się stoi pod ścianą.
Tu i teraz.
Wziąć wdech. Odwrócić wzrok od komputera, przełknąć spóźnienie i uśmiechnąć się do dziecka. Połaskotać, przytulić.

To tylko taki pomysł. Sprawdzonej rady nie mam. Sama chętnie jakąś przyjmę.
Chyba za bardzo podobne jesteśmy 🙂 Może ktoś trzeci podsunie nam rozwiązanie.
Mam nadzieję, że po swoim mailu, poczułaś się troszkę lepiej. Mi takie wyrzucenie myśli z głowy myśli bardzo pomaga. Bo kiedy są już na zewnątrz, z odczuć zmieniają się w słowa. W coś obiektywnego, coś co jest poza mną. Nawet jeśli czasem trochę wstyd, to jednak na sercu lżej.
Ściskam Cię mocno,
E.
Mail opublikowany za zgodą autorki.
Imię zostało zmienione.

 

Koszmarne kaptury

Zdjęcie: www.picturesofbabies.net

Pory roku się powtarzają, więc i ja wracam z tematem sezonowym: kaptury w ubraniach dla najmłodszych (leżących) dzieci. Kaptury, które na moje oko są wszechobecne i naprawdę nie jest lekko znaleźć kurteczkę, kombinezon, czy bluzę bez kaptura. Albo przynajmniej z kapturem odpinanym.

Chociaż Synek i Córeczka siedzą a nawet już biegają, to sytuacja mierzi mnie niezmiennie. Żaliłam się na to w poprzednim sezonie pisząc tekst Zmowa Kapturowa. Wtedy sądziłam jeszcze, że tylko ja mam taką lekką obsesje, ale przeprowadziłam ankietę, w której wypowiedziało się 250 Matek i dziś WIEM, że nie jestem jedyna. Zobacz: Zmowa kapturowa. Wyniki ankiety.

Ciągle jednak nie mogę zrozumieć tego paradoksu.
Dziecko, póki nie zacznie siedzieć, leży. Głównie na plecach. Z uwagą wybieramy materacyk – silikonowy, kokosowy, czy z gąbki? Tak samo spacerówkę- siedzisko kubełkowe czy rozkładane? Byle było wygodnie, ZDROWO, bezpiecznie. Żeby kręgosłupowi nie szkodzić. A potem kładziemy dziecko na przynajmniej jednym kapturze.

Ewentualnie zakładamy kapturki na głowę. Głowa jest w czapeczce oczywiście. Czasem się głowa na bok przekręci. A kaptur w miejscu zostaje.
W samochodzie raczej ciepło, bo kto klimę w zimie włącza? A kto rozbiera w zimie dziecko do samochodu?
Odpowiadam: Bardzo Wyjątkowe Wyjątki. A i to tylko w sytuacji, gdy auto stało stoi w garażu.

Zupełnie eksperymentalnie powstała grupa na FB: Bez Kaptura. Możecie tam wrzucać info o okazjach ze sklepów stacjonarnych – najchętniej ze zdjęciem; oferty sprzedaży używanych ubranek po Waszych dzieciach, albo linki do sklepów internetowych. Warunek jest jeden – muszą to być rzeczy BEZ KAPTURA lub z opcją odpięcia. W zasadzie jest drugi warunek – interesują nas rzeczy do rozmiaru 80.
Jeśli tak jak ja nie lubicie kapturów, albo inaczej: lubicie mieć wybór – dołączcie do grupy.
Skoro producenci nie dają nam wyboru, to pomóżmy sobie same.
Co Wy na to?

List do Pani o zielonych oczach

Spoglądam przez lewe ramię i spotykam Pani wzrok. Ma Pani chyba najpiękniejsze zielone oczy jakie w życiu widziałam. Uśmiecha się Pani łagodnie i z czułością patrzy w dół.  Na Pani wskazującym Palcu zaciśnięte są małe paluszki. Karmi Pani piersią. 
Ze złości zaciskam zęby. Robi mi się na przemian zimno i gorąco. Chcę krzyczeć. Z bezradności tylko łzy mi stają w oczach. Zmienia się światło na zielone i ruszamy. Ja za kierownicą swojego samochodu, Pani na tylnej kanapie u siebie. Może dopiero wracacie ze szpitala. Te paluszki… naprawdę maleńkie.
W pierwszej chwili chciałam jechać za Wami. Trąbić. Dogonić. Nie dałam rady. Stałam na złym pasie, a to jedna z największych tras okalających Warszawę.  A tak chciałam zapytać dokąd się śpieszycie?  Co jest takie ważne, że nie można zatrzymać się na stacji, przystanku czy poboczu, żeby bezpiecznie nakarmić dziecko?
Tego dnia obiad jedliśmy bez Niego. Przyjechał naprawdę późno. Stał w korkach, bo w centrum był wypadek. Pewna Pani występująca w serialu TVN wjechała w tramwaj.
Potem przyznała, że często podczas jazdy korzysta z telefonu, (np.: nagrywa snapy):
Ponieważ w ciągu dnia nie mam na to czasu, no to w samochodzie, skoro siedzę bezczynnie i tylko prowadzę, to mogę drugą rękę użyć i ponagrywać ” 
I cieszy się, że wtedy akurat telefon był obok. 
Gdybym w tamtym momencie miała ten telefon, to ja nie chcę myśleć, jakby się to skończyło.”

Nie wiem co sprawiło, że w tą środę dzieliło was kilkanaście kilometrów.
Palec Boży, Szczęście, Kosmiczna Energia czy Latający Potwór Spagetti. Każdy może to nazwać po swojemu.
Ale było blisko. Tego samego dnia, w tym samym mieście, o tej samej porze.
Pani z noworodkiem na rękach i Pani z telefonem za kierownicą. (Przepraszam, bez telefonu, tylko roztargniona.) 
Kto wie, jak bardzo blisko było? Czy inny Ktoś na naszej trasie nie pisał akurat SMSa, sprawdzał Facebooka, albo oglądał śmieszny filmik na YouTube? 
Niby wszyscy wiemy jak delikatny jest noworodek. Że trzeba o niego dbać szczególnie:
– podnosić w odpowiedni sposób,
– diety mamy karmiącej pilnować,
– ubranka prać w antyalergicznym proszku.
Bo tak łatwo zrobić mu krzywdę.
Ale pasy w foteliku zapinamy luźno, żeby było mu wygodnie.
Albo wcale nie zapinamy jak się okazuje.
Dla dobra dziecka? Już o tym pisałam.
A przecież wystarczy mały wstrząs. Wystarczy jeden pechowy raz. 
Głowa niemowlęcia stanowi 1/4 masy jego ciała. Mięśnie szyi i karku są słabe, kości czaszki nie zrośnięte. Wystarczy gwałtowne potrząsanie, by doprowadzić do krwawienia w mózgu, czy gałce ocznej.
Łatwo o uszkodzenie mięśni, ścięgien, nerwów, czy kręgosłupa. Nie potrzeba zderzenia. Wystarczy gwałtowne hamowanie. 
Tak łatwo zrobić mu krzywdę. 
Nie zwróciłam uwagi, ale jestem przekonana, że Pani też nie miała zapiętych pasów. 
To niemal absurdalne. Nie rozważamy kwestii zakupu używanego fotelika, zasadności kierowania się testami ADAC, czy wożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Mówimy o używaniu fotelika w ogóle. 
Może ponoszą mnie emocje, ale prostu nie sądziłam, że takie rzeczy się jeszcze zdarzają. Że można podjąć takie ryzyko. Tak bardzo nie mieć wyobraźni (nie mylić z fantazją). Sądziłam, że dorosły człowiek ma świadomość, że odpowiada za bezpieczeństwo swojego dziecka na tak elementarnym poziomie.
Nie daje się małemu dziecku noża do zabawy. Nie zostawia się samego na schodach. Nie wozi bez fotelika.
Nawet po wiejskiej drodze. Bo nigdy nie wiadomo co jest za rogiem. Kto siedzi za kierownicą drugiego samochodu. Czy nie wraca z wesela, czy jest po 24 godzinnym locie i tylko mu się wydaje, że jest wypoczęty. Czy nagrywa snapy – bo to tylko wiejska droga.
Tyle bym chciała Pani jeszcze napisać… O dawaniu wzorów, nawykach, priorytetach, sile, odwadze, zasadzie ograniczonego zaufania na drodze, o byciu mamą, wyobraźni, zdrowym rozsądku…. 
Ale muszę kończyć, bo mój Synek się budzi. 
Mam nadzieję, ze bezpiecznie dotarliście do domu. 
Proszę na siebie uważać.
Matka
Post nie jest fikcją literacką. Powyższe zdarzenia miały miejsce naprawdę. Niestety. 
Grafika na naszym FB i Instagramie.

 Edit: Zajrzyj też do Budującej Mamy – tam właśnie ruszyła ważna akcja #kochamzapinam.

Follow my blog with Bloglovin