Tag

przydasie

Browsing

Mini Micro Hulajnoga dla roczniaka i starszaka

Długo zastanawiałam się nad prezentem dla Synka. Sądziłam, że hulajnoga mu się spodoba, ale nie wiedziałam, że aż tak. 
W dniu pierwszych urodzin wsiadł i pojechał po prostu. A jeszcze nie chodził! No dobrze, za pierwszym razem został wsadzony, ale pojechał już sam.
Muszę wyjaśnić, że mowa, nie o pierwszej lepszej hulajnodze, tylko bardzo bardzo specjalnej, doskonałej Mini Micro z zestawem Baby Seat.

Ale po kolei. Dlaczego ta, a nie inna:
3 koła
Dzięki temu po prostu sama stoi. Dwukołowa by się przewracała. Małe dziecko, które samo jeszcze niepewnie utrzymuje równowagę, musiałoby włożyć dodatkowy wysiłek w trzymanie sprzętu podczas jazdy.
Poza tym, nie przewraca się kiedy się ją odstawi 🙂
2 koła z przodu, 1 koło z tyłu
Są hulajnogi które mają odwrotnie, dwa koła z tyłu. 
Jak się jeździ na hulajnodze? Wiadomo, odpychając się jedną nogą. A jak z tyłu są dwa koła, to ta noga często o jedno z nich zaczepia. Robiąc przedzakupowe badanie rynku na placu zabaw, usłyszałam bardzo dużo tego typu skarg. Większość rodziców po krótkim czasie wymieniało hulajnogę na taką z dwoma kołami z przodu. Ewentualnie dziecko się zniechęciło i przesiadło na rowerek.
BALANSOWY SYSTEM SKRĘTU
Na tej hulajnodze, nie kręcimy kierownicą. Żeby zmienić kierunek jazdy trzeba przenieść ciężar ciała na daną stronę. Początkowo nie jest to proste, ale  do wyuczenia.  Ma swoje duże plusy. Po pierwsze łatwiej nam kontrolować maluszka, który jedzie tylko po prostej. Po drugie, dziecko ucząc się skręcać, uczy się kontroli własnego ciała, czucia głębokiego, trenuje równowagę.
BABY SEAT
Zestaw rewelacyjny. Dodatkowy drążek dla maluszków, z możliwością zamontowania siedziska. Zamienia hulajnogę w jeździk dla najmłodszych. W zależności od dziecka 10 – 12 miesięcy.

SIODEŁKO  
Kiedy dziecko jeszcze nie chodzi samo, ale poznało już jak to fajnie przemieszczać się samodzielnie. Już by pobiegło, już by uciekło przed siebie… ale pupa za ciężka. Równowagę trudno utrzymać. A tu proszę. Coś (siedzisko) pupę podtrzymuje i można samemu przed siebie gnać.
Trzeba podkreślić, że siodełko jest wąskie. Ma niecałe 7 cm. Dzięki temu nie wymusza poruszania się w pozycji „okrakiem”, co jest nie tylko niewygodne ale i niezdrowe dla bioder dziecka.
Do dziś mam w pamięci tekst naszej Pani Ortopedy, która jest zagorzałą przeciwniczką jeździków: 
„A chciałaby Pani jeździć na krześle?”
No nie chciałaby…
Siodełko można umieścić na dwóch wysokościach, dzięki czemu wygodnie będzie zarówno dzieciom małym, tym z dolnych przedziałów siatek centylowych, jak i tym dorodnym, wysokim na swój wiek 🙂
O ile roczniak będzie zachwycony tym że się przemieszcza, to pół roku później już nie koniecznie. Nabierze sprawności w chodzeniu,  napatrzy się na inne dzieci i będzie chciał tak jak one, hulać nogą.  Bez siedziska. Proszę bardzo!

DRĄŻEK 

Po pierwsze jest krótszy od tego właściwego. Dzięki czemu dziecko poniżej 80 cm wzrostu, może go trzymać mając ręce zgięte pod odpowiednim kątem, a nie na wysokości oczu. Matka też mniej się boi, że dzieć zęby wybije – prawie nówki.
W przeciwieństwie do klasycznego drążka, ten nie ma kształtu litery T. Uchwyt jest owalny. Podobno tak jest dzieciom wygodniej. Ok, zakładam że pracował nad tym sztab specjalistów. Na pewno to nie przeszkadza. 
Kiedy dziecko urośnie, wystarczy zmienić drążek na dłuższy i bawimy się dalej.  






KONSTRUKCJA
Mini Micro to Mercedes wśród hulajnóg. Szwajcarska firma robi po prostu dobry solidny sprzęt, który posłuży lata. Skąd wiem?
Bo znam dzieci, które jeżdżą na takich hulajnogach, nie oszczędzają ich. Jeśli wymieniają, to tylko na większy model, a Mini przejmuje młodsze rodzeństwo. Może nie powinnam pisać Mercedes, tylko Wigry 3… te rowery też były wielopokoleniowe 🙂
Poza tym, tak jak w przypadku filtrów UV, teraz też postanowiłam zapytać o zdanie specjalistę. Tym razem rozmawiałam z Panem Serwisantem,  który na co dzień zajmuje się rowerkami i hulajnogami. Dokładnie jego wypowiedzi nie umiem przytoczyć, bo używał rożnych wyrazów, z których zrozumiałam tylko „łożysko”. Nie, nie rozmawialiśmy o porodach 🙂 
W każdym razie Pan, jednoznacznie  stwierdził, że w przeciwieństwie do sprzętu z supermaketu, dyskontu i bazarku, ta hulajnoga nie jest jednorazowa. Przekonywał mnie do tego entuzjastycznie, pokazywał na dowód różne części. Nie będę się kompromitować, nie wiem co to było. W każdym razie te z Micro były w dużo lepszym stanie, nie wyżłobione, nie wygięte, nie plastikowe. Słowem: Pan potwierdził moje obserwacje. 
Mimo dobrego wykonania, warto o sprzęt dbać i przynajmniej raz w roku zrobić w serwisie przegląd. Wyczyścić te łożyska z piasku, sprawdzić hamulec, etc.
PODEST
Ma znaczenie. Ten wykonany jest ze sprężystego, stosunkowo miękkiego tworzywa. Dzięki czemu amortyzuje podczas jazdy po nierównościach. Dodatkowo, jak przekonywał mnie pewien zaprzyjaźniony siedmiolatek, najlepiej się na nim przeskakuje przez studzienki. W kolejnym modelu podest jest już trochę twardszy podest, bo  utrzymać musi cięższe dzieci.
KOLORYSTYKA
Sprawa niebagatelna, a dla niektórych wręcz kluczowa. Tu do wyboru mamy kilkanaście wariantów!

AKCESORIA
Nie tylko ładnie wyglądają. Pełnią ważną funkcję. To doskonałe motywatory. Nauka jazdy na balansowej hulajnodze, może nie być łatwa. Może zmęczyć, znudzić. Pokażcie mi dziecko, które zrezygnuje z nagrody w postaci kolorowego plecaczka, dzwonka, czy kolorowych światełek montowanych na kołach?
Wybór dodatków, wzorów i kolorów dedykowanych do sprzętu Micro jest naprawdę bogaty.
‚CZĘŚCI ZAMIENNE, CZĘŚCI WYMIENNE
Nie wiem czy jakaś firma to przebije. Jak pisałam konstrukcja jest solidna i posłużyć możne długo. Jednak pewnych śladów zużycia nie unikniemy. Podest w końcu się podrapie, rączki przetrą, hamulec zetrze.
Na szczęście w dobrym sklepie, wszystkie te części można dokupić w naprawdę rozsądnych cenach. Są również kółka, łożyska i inne ważne rzeczy pewnie też.
Ważna sprawa: dzieci lubią nowe. Spadek, czy raczej spad po starszym bracie nie koniecznie ucieszy małą dziewczynkę. Sprytny rodzic, niskim kosztem wymienia podest na różowy, do tego fioletowe uchwyty na kierownicę, rękaw na drążek, dzwonek w jedynie słusznym odcieniu i … TADAM!
Hulajnoga nówka sztuka, troszkę tylko śmigana 🙂
CENA
W zależności od tego czy kupujemy samą hulajnogę, czy zestaw z siedziskiem to koszt ok 360 – 420 zł.
Trzeba jednak pamiętać, że płacimy za solidną konstrukcję. Wydatek więc spokojnie dzielimy na 4 – 5 lat, bo tyle w zależności od wzrostu dziecka, posłuży nam ten sprzęt.
Dobrze sprzedają się też używane hulajnogi MiniMicro. Jeśli więc w rodzinie nie będzie młodszego rodzeństwa, możemy odzyskać cześć kosztów.

A Wy znacie ten sprzęt? Jakie są Wasze opinie?  Polecacie?

Pamiętajcie o prawidłowej regulacji  kasku! KLIK

Zdjęcia sprzętu pochodzą ze strony sklepu AktywnySmyk.pl, gdzie możecie kupić wszystkie artykuły wymienione we wpisie.

Filtry UV – co każda mama wiedzieć powinna

Kremy z filtrem. Obowiązkowy element niezbędnika świadomego rodzica.
Czy jednak naprawdę jesteśmy świadomi?

Ja do niedawna przekonana byłam, że tak. Kupowałam przecież krem z dużą cyfrą na opakowaniu, 30 lub 50. Smarowałam dzieci przed spacerem. Ba! Uważałam, że jestem super świadoma.
Sprawdzałam skład i wiedziałam jakich substancji unikać. Kiedy wspomniałam o tym przy okazji moich ulubionych tubek z Rossmanna, zaczęliście pytać. Pomyślałam więc, że podzielę się tym co wiem, a że dużo tego nie było 😉 to postanowiłam się douczyć. Zależało mi na wiedzy fachowej, szukałam więc wiarygodnych źródeł informacji. Przeczesywałam branżowe fora, grupy tematyczne, czytałam artykuły i wypowiedzi specjalistów. I wtedy okazało się, że im dalej w las tym bardziej nic nie wiem. Bo jak źródła fachowe, to i słownictwo i skróty myślowe sprawiają, że laik tego nie pojmie. A ja nie chciałam przepisać mądrze brzmiących zdań, tylko zrozumieć, żeby potem takim jak ja prostym matkom, wytłumaczyć.
Uznałam, że nie dam rady bez pomocy fachowca, który wyjaśni mi jak na przysłowiowej miedzy.
Z pomocą przyszła mi nieoceniona Kasia, magister kosmetologii.
Ja zebrałam najistotniejsze według mnie fakty, a Kasia mi je wyjaśniła i dodała sporo mądrych rzeczy.
Zapraszam więc na dawkę solidnej wiedzy o kosmetykach z filtrem (nie tylko) dla dzieci.
Jeśli sądzisz, że najtrudniejsze w obsłudze filtra jest namówienie dziecka by dało się nim posmarować – ten tekst jest dla Ciebie!

Ochrona

Smarujemy się kremem i sądzimy, ze jesteśmy bezpieczni. Czerniak nam nie grozi, bo przecież na tubce wyraźnie napisano „chroni przed promieniowaniem UVA i UVB”. Okazuje się jednak, że jest to co najmniej semantyczne nadużycie.
Wartość faktora podana na opakowaniach, czyli SPF 20, 30, 50 – odnosi się tylko do promieniowania UVB, bo tego dotyczą badania.
Przyjmuje się, że ochrona przed UVA jest około 2,5 raza mniejsza.
Promieniowanie UVB odpowiada za powstawanie raka skóry, czyli czerniaka.
UVA przyczynia się do powstawania innego rodzaju nowotworów skóry, a ponieważ nie powoduje zaczerwienienia nie daje nam sygnału ostrzegawczego.
To UVA jest powodem starzenia się skóry i to specyficznego (czytaj brzydkiego) starzenia się. Dzieje się tak ponieważ pod wpływem tego promieniowania zachodzi zjawisko elastozy, czyli specyficzne zbijanie się włókien kolagenowych. Skutki widzimy na suchej, pomarszczonej, spalonej skórze wielbicieli opalania przy każdej okazji. Dziś już wiemy, że nie można bezkarnie korzystać z solarium.

SPF czyli co?

Jest to współczynnik ochrony przeciwsłonecznej (z ang. Sun Protection Factor). Im wyższy SPF tym lepiej jesteśmy chronieni przed UVB. Jednaj wbrew powszechnej opinii, nie jest zależny od czasu i NIE określa o ile dłużej możemy bezpiecznie przebywać na słońcu.
Żeby to dobrze zrozumieć, musimy wiedzieć, skąd biorą się cyferki na opakowaniach kosmetyków z filtrem.
Badania polegają na napromieniowaniu skóry i obserwacji po jakiej dawce UVB pojawi się zaczerwienienie, jest to tzw. Minimalna Dawka Rumieniowa.
Każdy z nas ma inną wrażliwość na promieniowanie. Swój próg bezpieczeństwa możesz określić przeprowadzając  tzw. próbę Próbę rumieniową. Dzieci nie są poddawane temu badaniu.
Producenci [przeprowadzają badania na dużą skalę i podają wartości uśrednione.
SPF wyznacza stosunek ilości promieniowania, która spowoduje zaczerwienienie na skórze bez filtra i po użyciu kosmetyku. Oczywiście, czas bezpiecznej ekspozycji na promieniowanie skóry posmarowanej filtrem będzie dłuższy, ale nie jest to jednostka pomiaru.
Producenci piszą o czasie, ponieważ jest to dużo łatwiej zrozumieć i zmierzyć. Jest to jednak zbyt duże i niebezpieczne uproszczenie.
SPF 50 nie oznacza, że mogę 50 razy dłużej  bezpiecznie przebywać na słońcu. Oznacza, że moja skóra może przyjąć 50 razy więcej promieniowania UVB zanim się zaczerwieni. Dla mnie to istotna różnica.
Zaskoczona? Czytaj dalej.
50 czy 30?
Czy SPF 50 chroni dwa razy lepiej niż SPF 25?
Jeśli myślimy w kategoriach „czas” (czyli jak długo mogę bezpiecznie przebywać na słońcu) tak by się mogło wydawać. Ale wiemy już, że to błędne myślenie. Mówimy o dawce promieniowania, a tu zasady są inne.
Poziom ochrony nie wzrasta tak proporcjonalnie jak by nam się wydawało:
SPF 25 – daje około  96 % ochrony przed promieniowaniem UVB
SPF 50 – około 98%
SPF 60 – około  98,5%
Kosmetyki z wyższym faktorem, bardziej obciążają skórę, a im wyższy wskaźnik filtra tym mniejszy przyrost poziomu ochrony.

Rodzaje filtrów

Na dwa sposoby możemy zabezpieczać skórę przed promieniowaniem  fizycznie lub chemicznie.
Filtry fizyczne (inaczej mineralne), to takie które pozostawiają białą warstwę na skórze. Ich cząsteczki są na tyle duże, że nie wnikają w głąb skóry, działają więc od razu po nałożeniu. Fizycznie: odbijają promienie UV. Mówi się na nie „mineralne”, bo są to tlenki minerałów:
–  Dwutlenek tytanu (Titanium dioxide)
–  Tlenek cynku (Zinc oxide)
Filtry fizyczne najczęściej zalecane są dla małych dzieci i uznawane za najbezpieczniejsze. Pojawiają się jednak opinie poddające w wątpliwość ich fotostabilność. Dlatego niektórzy zalecają kosmetyki zawierające filtry fizyczne i chemiczne jednocześnie.
Filtry chemiczne
Wnikają w wierzchnią warstwę naskórka i tam pochłaniają szkodliwą energię UV zmieniając odwracalnie swoją strukturę chemiczną. Żeby działać muszą się wchłonąć, dlatego ważne jest aby nakładać je minimum 15 minut przed ekspozycją na słońce.
Niestety niektóre z tych substancji mogą wnikać głębiej do organizmu i zaburzać gospodarkę hormonalną. Są to tzw. filtry przenikające.  Znaleziono je w mleku matek. Poniżej wymieniam wszystkie tego typu substancje. Sprawdzajcie składy kosmetyków! Kobiety w ciąży, kobiety karmiące i małe dzieci zdecydowanie powinny unikać preparatów, które zawierają filtry przenikające. Reszta – wedle własnego sumienia i zdrowego rozsądku. Ja dziękuję.

czarna lista filtrów uv

Wszystkie filtry przenikające to filtry chemiczne. Ale nie wszystkie filtry chemiczne są złe. Niektóre z nich to dobre, stabilne substancje chroniące przed UV.
Ile tego?
Mamy więc wybrany preparat z odpowiednim SPF i bezpiecznym składem. Wystarczy posmarować? Nie do końca. Okazuje się, że aby zapewnić sobie ochronę na poziomie deklarowanej przez producenta, musimy nałożyć odpowiednią ilość kosmetyku. Konkretnie 2 mg na centymetr kwadratowy skóry, czyli na samą twarz około 1,6 – 1.8 ml.
Nie jest to błaha sprawa, ponieważ poziom ochrony zmniejsza się istotnie
SPF (3)
Oznacza to, że nakładając połowę zalecanej ilości filtra 50, uzyskujemy ochronę na poziomie SPF 7,1. Koniec złudzeń.
Paradoks
W krajach wysokorozwiniętych, w których powszechnie stosuje się kosmetyki z filtrami UV odnotowuje się istotny wzrost zachorowań na czerniaka.
Dziwne, prawda? Nie tak bardzo, dobrze się zastanowić. Co się działo, kiedy jeszcze filtrów nie było? Zbyt długie przebywanie na słońcu powodowało poparzenie. Zaczerwienienie skóry, swędzenie, czasem nawet bąble. Organizm jasno i wyraźnie dawał nam znać, że przekroczyliśmy niebezpieczną granicę i trzeba uważać. Sprawdźcie jeszcze raz skład kosmetyków chroniących przed słońcem. Poza filtrami znajdziecie tam pathenol i inne substancje łagodzące. Oznacza to, że nie mamy szansy odczuć dyskomfortu wynikającego ze zbyt długiego przebywania na słońcu, nie znamy więc naszej naturalnej granicy i notorycznie ją przekraczamy. Bezkarnie. Ale tylko do czasu.
Ubranie
Zwykłe ubranie nie chroni przed niebezpiecznym promieniowaniem. Nie wystarczy więc smarować tylko odkrytych części ciała. Filtr najlepiej nałożyć minimum 8 minut przed nałożeniem ubrania.
Coraz częściej w sklepach dla dzieci i sklepach sportowych spotkać można ubrania chroniące przed UV.  Wykonane są one ze specjalnie tkanego poliestru, który dodatkowo wzbogacony jest nanocząsteczkami dwutlenku tytanu. Swoje właściwości zachowuje niezależnie od rozciągnięcia, zmoczenia, ilości prań etc. Taka wysoka ochronę oznacza standard UV 801 – warto szukać tego oznaczenia na metce.  Wysoka ochrona dotyczy zarówno promieniowania UVA jak i UVB.  Dla tkanin oznacza się to faktorem UPF (ultraviolett protection factor).
Pamiętajmy: filtry nigdy nie dają 100% ochrony przed promieniowaniem UV.
Przeciwnie, trudno uzyskać poziom ochrony deklarowany przez producenta. Możliwe jest to chyba tylko w warunkach laboratoryjnych.
Tyle o kosmetykach, nie mogę jednak nie wspomnieć o naturalnych olejach roślinnych.
Szczególnie polecany jest tu olej z pestek malin, który podobno dobrze przechowywany (w lodówce) jest w stanie zapewnić ochronę na poziomie SPF 50. Nawet jeśli to będzie SPF 30 to też będę zachwycona. Co ciekawe, wbrew moim obawom, to że coś jest olejem, niekoniecznie oznacza, że zostawia na skórze tłustą warstwę do której przyklei się byle paproch, o piasku nie wspominając. Przeciwnie, byłam miło zaskoczona.Doskonałym sposobem ochrony przed UV jest też właściwa dieta bogata w antyoksydanty. Marchew, jagody, brukselka, czarna porzeczka. Tyle, że to droga trudniejsza niż posmarowanie kremem. Nie oszukujmy się, my lubimy łatwo i szybko. Zarówno jeśli chodzi o związki, jak i o zdrowie. W obu wypadkach polecam jednak odrobinę wysiłku. Na pewno się opłaci.

Dużo o filtrach (i nie tylko) możecie dowiedzieć się z bloga Anity srokao.pl
Po wpisaniu w wyszukiwarkę SPF pojawią się artykuły i testy konkretnych kosmetyków. Autorka zna temat i fachowo analizuje składy kosmetyków.Ja nie jestem specjalistą, tylko zwykłą mamą, która próbuje ogarnąć temat. W zrozumieniu, a potem wyjaśnianiu trudnych kwestii pomagała mi Kasia Gęborys – magister kosmetologii i  praktyk z dużym doświadczeniem.

Dziękuję Kasiu! 🙂

To nie powinna być wiedza tajemna, zarezerwowana dla profesjonalistów. My rodzice jesteśmy odpowiedzialni za dzieci na różnych poziomach, również dbając o ich zdrowie na co dzień.

Udostępniajcie więc, niech idzie w świat 🙂

 

Z rodziną na zdjęciu. Wygraj sesję zdjęciową!

Po naszym cyklu fotograficznym:
 1-  Sesja noworodkowa
2 Sesja noworodkowa. Poradnik
3 Sesja rodzinna. Sesja ciążowa,

przyszedł czas na obiecaną  niespodziankę 🙂

ZAPRASZAMY NA KONKURS:
         

>>>Z RODZINĄ NA ZDJĘCIU<<<

Żeby bawić się z nami:
– polub na Facebooku naszego Fotografa. To naprawdę fajny chłopak jest 🙂  KLIK
– jeśli jeszcze nie lubisz 100 pociech, to doskonała okazja, by to zmienić KLIK

                                                ***ZADANIE KONKURSOWE***

–  POLUB i UDOSTĘPNIJ baner konkursowy KLIK

– SKOMENTUJ
  w komentarzu napisz dlaczego warto robić wspólne, rodzinne zdjęcia

Autor najlepszego komentarza zgarnie główną nagrodę.

                                                                      ***NAGRODY****

1 miejsce:
Prywatna SESJA ZDJĘCIOWA ciążowa, rodzinna, lub  na życzenie czytelniczek: LAKTACYJNA 🙂
Sesja obejmuje:
– wykonanie minimum 6 różnych ujęć w uzgodnionym terminie 
– post-produkcja zdjęć
– wydruk zdjęć
– możliwość zdjęć plenerowych
– sesja odbędzie się na terenie Warszawy lub okolic

Nie jesteś z Warszawy? Nic straconego 🙂 Może zainteresują Cię pozostałe nagrody:

2 miejsce:
Obróbka graficzna i wydruk na piance, w formacie A3 dowolnego zdjęcia dostarczonego przez uczestnika konkursu
3 miejsce:
Obróbka graficzna i wydruk na piance, w formacie A4 dowolnego zdjęcia dostarczonego przez uczestnika konkursu

W przypadku trudności z wyborem najlepszego komentarza, weźmiemy pod uwagę obserwowanie nas na Istagramie – 100pociech.blog znajdziecie tu KLIK 

UPDATE: Przedłużamy konkurs! Możecie bawić się z nami do 9 sierpnia!
Wyników szukajcie po 12 sierpnia na Facebooku – naszym i Bartka.
W razie pytań, pisz 🙂

Wyniki Konkursu:
Miejsce I  ➡Ja Ewa

Miejsce II ➡ Eliza Stępkowska-Milej

Miejsce III ➡ Karolina Kalina

GRATULACJE!

Wszystkie zdjęcie we wpisie są autorstwa Bartosza Zawadzkiego.

Sesja noworodkowa – poradnik


W poprzednim poście pisałam o naszych doświadczeniach i wrażeniach z sesji. Przeszłam już dwie, jestem więc ekspertem w temacie 😉 
No bobrze, młodszym specjalistą jestem. Za to Monika Serek, która robiła zdjęcia Synkowi wymiata!
Zgodziła się udzielić mi kilku porad, dzielę się więc swoimi refleksjami i mądrością Moniki.
Jeśli zastanawiacie się, czy robić takie zdjęcia, ile zapłacić, jak wybrać spośród licznych ofert, to zapraszam. Ten tekst jest dla Was!
Wybór fotografa. Powinien odbywać się bardzo świadomie.  Zwracajmy uwagę na doświadczenie, ale bardzo ważne też jest osobowość. Fotografia noworodkowa zrobiła się popularna, modna wręcz. Zdecydowanie jest z czego wybierać. Tym bardziej aspekt emocjonalny wydaje mi się istotny. Te zdjęcia zawsze będą budzić w nas wzruszenie. Szkoda, by psuł je dreszcz wspomnienia kontaktu z fotografem, który po ludzku nie był miły. Zrobić dobre technicznie zdjęcia to jedno. Zrobić zdjęcia, na których widać emocje, to zupełnie inna bajka. Przecież my też mamy stanąć przed aparatem. Żeby nie wyszło sztucznie, musimy czuć się swobodnie. Dobry fotograf  pomoże Ci zapomnieć, że pozujesz do zdjęcia. Po prostu przytulasz swoje dziecko. 

MS: Wybierajmy fotografa który słynie z cierpliwości i miłego usposobienia. Poczta pantoflowa świetnie się tu sprawdza.


Dobry fotograf umie Cię uspokoić, umie Cię ośmielić i sprawić że czujesz się jakbyś go znała całe życie. Jeśli kontakt już przez telefon będzie fajny- dalej będzie jeszcze lepiej:) Znam się na tym 🙂

Klimat kadrów. Zdjęcia stylizowane, czy naturalne, czyste?  To sprawa bardzo indywidualna, zależy od gustu i osobistych preferencji. O ile do Córeczki pasowały mi te wszystkie przebranka, to Synka, chłopca jakoś w nich nie widziałam.

MS: Pamiętajmy że to co teraz modne – czyli np.: dzieciaczki przebrane za biedronki – niekoniecznie będzie modne za lat 20-ścia. Wyznaję zasadę, że im prościej tym lepiej. Takie kadry zawsze się obronią.
Techniczna jakość  zdjęć. Czy są poprawne i czy nam się podobają? Czy nie są „przeostrzone” –  wszystkie elementy są wyraźne, przez to zdjęcie jest płaskie. Lepiej wyglądają zdjęcia, na których widać głębię. Po tym poznasz dobrego fotografa.
Obróbka graficzna i retusz.U niemowląt takie zabiegi  powinny być  być bardzo subtelne. Po pierwsze dzieci nie mają  za dużo do ukrycia, czy ulepszenia. Po drugie nie chcemy, żeby dziecko wyglądało jak lalka. I tu znowu widać kunszt fotografa, który potrafi naturalnie poprawić odcień skóry niemowlęcia, delikatnie wysycić kolory. Niektórzy rodzice, proszą o większą interwencję graficzną, np.:  usunięcie znamienia czy zaczerwienienia, które nie zniknęło jeszcze po porodzie. Nie jestem zwolenniczką takich zabiegów. Zdjęcia mają być pamiątką na całe życie. Mają zatrzymać czas, pokazać Nowego Człowieka jakim jest tu i teraz. Niektóre noworodki są bardziej owłosione, inne mają owalną główkę, wystającą brodę (Synek prawie nie miał brody :)…  W tym pierwszym okresie zmieniają się bardzo szybko, z dnia na dzień. Czemu to tracić? Po co zmieniać?  

MS:  Jeśli spoglądniesz na jakiekolwiek zdjęcie danego fotografa i w Twojej głowie , w Twoim sercu poczujesz uścisk i pomyślisz ” Boziu jakie piękności”- wówczas wiesz ze fotograf spełnił swe zadanie. Wywołał u Ciebie emocje. A właśnie to jest najważniejsze. Jeśli obce dziecko na zdjęciu potrafi Cię wzruszyć- kadr z Twoim maleństwem sprawi ze oszalejesz:)

Rozmowa telefoniczna.  Jeśli fotograf zadaje pytanie z cyklu: Hhmmm a jak Pani by widziała tą sesję? – tzn., że rozmawiasz ze złym fotografem. Profesjonalista zapyta raczej: Jak się czujesz? Jakie kolory lubisz? Jak wygląda Twoje mieszkanie? Dobry fachowiec stworzy coś, co będzie Wam pasowało do salonu lub pokoiku dziecięcego.

MS:  Dobry fotograf zapyta jak mama się czuje? Czy jest w stanie pozować do zdjęć na stojąco czy raczej na leżąco, by było jej wygodniej. Wówczas Fotograf ma czas na obmyślenie pięknych kadrów wspólnych. Drugie pytanie dotyczy wystroju w waszym domu/mieszkaniu. To Wasze upodobania są dla niego najważniejsze i do nich się  dostosuje.
Wspólne zdjęcie. Nie popełnij mojego błędu, bo nie odżałujesz. Upewnij się, czy takie zdjęcia są przewidziane, jeśli nie to poproś o nie. 

MS: Moją żelazną zasadą jest fakt, iż nigdy nie wypuszczam klientów bez zdjęć wspólnych z maleństwem. Te kadry są najpiękniejsze i moją rolą jest zadbać by powstały. Często mamy nawet nie mają poczucia, że takie zdjęcia powinny być wykonane, a to błąd. Zdarza mi się, że Klientka nie chce wspólnych zdjęć, gdyż po porodzie nie najlepiej wygląda- jednak dobry artysta zawsze stworzy coś wyjątkowego.

PRZYGOTOWANIE

Dziecko z fotografem powinno spotkać się głodne. A jeszcze lepiej, żeby było głodne i zmęczone 🙂  Postaraj się dopasować godzinę sesji do rytmu dziennego dziecka. Im więcej będzie spać, tym więcej stresu mu oszczędzimy, a całość pójdzie szybciej. 

Asertywność.  Żałuję, że nie ustaliłam wcześniej dokładnie scenerii na sesji Córeczki. A w trakcie sesji nie wiedzieć czemu wstydziłam się powiedzieć, że mi się nie podobają. Błąd.  Zamiast poniższych zdjęć wolałabym mieć kilka ujęć naturalnych, nie wystylizowanych. A może Pani Fotograf zaproponowałaby mi coś co bardziej by do mnie przemówiło? Już się nie dowiem. 

SESJA

Czas
Umawiacie się na ilość zdjęć, nie na czas . Dzieci są różne. Może zdarzyć się kolka, gorszy dzień, dzień na bycie tylko przy mamie… Sesja może trwać ok 3 godzin, ale może wydłużyć się do 5. Dziecko w międzyczasie się budzi, jest dokarmiane, przewijane, usypiane. Fotograf nie powinien patrzeć na zegarek. Słyszałam o sesji u bardzo renomowanej osoby, podczas której panowała atmosfera taśmy produkcyjnej i pracy na akord. Ubranka były zmieniane jedno po drugim. Nie było czasu na spokojne ich przejrzenie, świadomy wybór. Bo jest zaplanowane kolejne dziecko… Warto ten temat poruszyć podczas rozmowy telefonicznej. Upewnijmy się czy jest ktoś umówiony po nas, jeśli tak to na którą, co jeśli dziecko nie będzie współpracować, jaki mamy bufor bezpieczeństwa?
Miejsce
U was, albo w studio. Oba rozwiązania mają swoje zalety. W domu czujesz się bezpieczniej, masz wszystko pod ręką, nie zabierasz malutkiego w końcu dziecka, w nieznane otoczenie. Jeśli źle się czujesz po porodzie, możesz się po prostu położyć. Za to będziesz mieć lekki bałagan. Musisz zwolnić sporo przestrzeni, w dobrze oświetlonym miejscu. Im więcej światła słonecznego tym lepsze zdjęcia. Pani Fotograf do Córeczki przyjechała samochodem zapakowanym dosłownie po dach. Dosłownie. Wiaderka, korytka, wózeczek, łóżeczko, kocyki, duża pufa… To wszystko musi Się u Ciebie zmieścić. 
W studio gadżetów może być jeszcze więcej, tam fotograf będzie czuł się swobodniej, łatwiej będzie mu stworzyć idealne warunki (np. oświetlenie).

 MS: Ludzie przyjeżdżają  do mnie czasem setki kilometrów na sesję i zawsze słyszę to samo: „Boże jak u ciebie pięknie- mogę trochę pospać na twojej kanapie?”. Często ten wyjazd jest dla mam ogromnym wydarzeniem- w końcu ściągają dres, malują się! i znów czują się wspaniale. Nie są matkami, ale pięknymi kobietami. Czują się jak modelki i tak też mi pozują. Uwielbiam gdy mówią „w końcu nie mam dnia świstaka”. Sesje w moim studio odbywają się przy muzyce, przy relaksacyjnych dźwiękach, mamy jedzenie, wygodne fotele do karmienia, kanapy, kominek ze świecami.

Bezpieczeństwo
Fotograf powinien przejść specjalne szkolenie, z tego jak układać niemowlę, na przykład prowadzone przez położną czy doświadczonego fotografa. Czasem położna jest obecna na planie.  Niektóre pozy, czy akcesoria wydają się  niekomfortowe, ale zapewniam, że to triki i odpowiednie „know how”. Na poniższym zdjęciu na przykład, Córeczka nie została po prostu włożona do wiadra. W środku jest kilka odpowiednio ułożonych, zwiniętych, zrolowanych kocyków [Nie próbujcie tego sami!] . Synek też zawinięty jest profesjonalnie (nie potrafiłam tego powtórzyć ;). Czasem dziecko jest asekurowane przez rodzica, a podtrzymująca je ręka usuwana w programie graficznym.
Wybór zdjęć.
Za pierwszym razem dostałam wszystkie wykonane podczas sesji zdjęcia i i to ja musiałam wybrać te najładniejsze. Lubię mieć kontrolę, więc początkowo ucieszyłam się z takiej opcji. Szybko mi jednak przeszło, kiedy spośród ponad 200 zdjęć miałam wybrać 10.  Oglądając 4 w zasadzie identyczne zdjęcia z tego samego ujęcia miałam ogromne poczucie niekompetencji. Najpierw w ogóle nie widziałam różnic. Kiedy wreszcie zaczęłam je dostrzegać, nie umiałam powiedzieć która opcja jest lepsza. Kilka wieczorów spędziliśmy nad tymi zdjęciami. Wile razy zmienialiśmy zdanie, negocjowaliśmy kompromisy… 
Za drugim razem, nikt nie pytał mnie o zdanie. Po prostu dostałam około 20 najlepszych zdjęć i byłam bardzo szczęśliwa, że ktoś zrobił robotę za mnie. Czasem warto po prostu zaufać profesjonaliście.

Cena
U dobrych fotografów ceny wahają się między 700 a 1200 zł. Dlaczego tak drogo? Bo sprzęt jest bardzo drogi. Akcesoria  (ekologiczne materiały, kocyki, słodkie czapeczki, opaseczki, sukieneczki szyte na miarę, tła na zamówienie) też mają swoją cenę. Poza tym płacimy nie tylko za wykonanie zdjęć. Kwota ta obejmuje też obróbkę i pracę techniczną w trakcie sesji. Nie jest więc tanio, ale w końcu robimy to raz, dwa, no.. może trzy w życiu 😉
Czy może być taniej?
Może. Może być zupełnie za darmo 🙂
W poprzednim poście pisałam, że Dobra Wróżka nas znalazła, a Monika była na gościnnych występach. Te występy to szkolenie, które prowadziła dla fotografów. Dobra wróżka, to moja nieoceniona Koleżanka, która zadzwoniła zapytać, czy Synek nie chciałby być modelem na takich warsztatach. i ja #najgorszamatkanaświecie się na to zgodziłam.  Dziecka dotykała tylko Monika, ona go układała, owijała, etc. Zawsze zdjęcie najpierw robiła MS, wyjaśniając czemu akurat w ten sposób. Potem kursanci (5 – 6 osób) po kolei robili swoje zdjęcia, które Monika na bieżąco oceniała i komentowała. Ja mogłam być cały czas obok. Nie miałam przebłysku niepokoju. W zamian za „udostępnienie” dziecka dostaliśmy zdjęcia Moniki, włączając w to kilka pięknych  ujęć rodzinnych i foto Synka z Ciocią, a nasze specjalne życzenie.

Co jeśli nie macie pod ręką Dobrej Wróżki? Szukajcie. W internecie, w grupach i na forach dla fotografów, w szkołach, na stronach organizatorów takich kursów. Zapytajcie sami, kiedy planują zajęcia, czy nie będą potrzebowali modeli? Może zgracie się z terminami 🙂

MS: Dobry fotograf chce się rozwijać. Ja raz na miesiąc wykonuję sesję za darmo- taką dla siebie. Oczywiście rodzice dostają piękne zdjęcia w ramach mojego projektu. Warto śledzić strony swoich ulubionych fotografów. Niektórzy robią tak jak ja.
A jeśli nie za darmo?
Początkujący fotografowie muszą zrobić sobie portfolio, nabrać doświadczenia. Często więc szukają modeli, a koszt sesji jest znacznie niższy. Można znaleźć oferty za 200, 300 zł. Gdzie ich szukać? Na przykład na kursach 🙂 
Trzeba pamiętać jednak o bezpieczeństwie, upewnić się czy osoba przeszła szkolenie, lub czy podczas zdjęć będzie położna. Monika zwróciła mi też uwagę, na istotny aspekt takiego rozwiązania:

MS: Największym błędem jaki klienci popelniaja to np.: napatrzą się na moje zdjęcia, po czym idą do kogos 3 razy tańszego i oczekują tego samego. Tamten fotograf nie potrafi sprostać wymaganiom i ludzie wychodzą mega niezadowoleni. Później dostaję telefony z pytaniem,  czy mogłabym naprawić ich sesje:(  Ważne żeby wybierać świadomie.
Marzysz o magicznych zdjęciach fotografa z renomą? Taka sesja to wspaniały pomysł na prezent dla nowego członka rodziny. Możecie uprzedzić dziadków, ciocie i kuzynów, że planujecie taką sesje. Ja jestem przeciwniczką wyrzucania pieniędzy. Przyjęte jest u nas, że odwiedzając noworodka goście przynoszą jakiś prezent. Większy lub mniejszy. Często wybrany na siłę, bo nie mają pojęcia co Ci się przyda, albo pomysłu. 
Ja ucieszyłabym się bardzo, gdybym dostała maila takiej treści:
Droga Rodzino,
Jak wiecie Maluszek jest już z nami. Potrzebujemy jeszcze chwili, żeby się wzajemnie poznać i oswoić, ale już niedługo zaprosimy Was, żebyście mogli osobiście przybić piątkę z naszą Córeczką
I tu mamy do Was prośbę. Nie przynoście upominków. Ubranek mamy aż za dużo, a na zabawki przyjdzie jeszcze czas. Zamiast tego chcielibyśmy, żeby dostała prezent od całej rodziny, który kiedyś będzie cudowną pamiątką dla niej i dla nas wszystkich: 
Tu link, lub przykład zdjęć naszego ulubionego fotografa.
Jeśli podoba Wam się ten pomysł, to nakarmcie świnkę, która mieszka na komodzie koło łóżeczka. 
Po sesji każdego możemy obdarować płytą ze zdjęciami, albo fotografią w ramce. 
Nie widzę nic niestosownego w takiej propozycji. Co więcej, zaczynam wdrażać pomysł składek i „list prezentowych” przy okazji urodzin dzieci. 
Mam nadzieję, że wyczerpałam temat, nie Ciebie 🙂 
Jak widać, zorganizowanie takiej sesji to nie jest łatwa sprawa, za to satysfakcja będzie ogromna. 
W piątek słów kilka o fotografii ciążowej i rodzinnej. No i oczywiście obiecana zabawa z nagrodami, ale to jeszcze niespodzianka 🙂
Dziś tylko mała podpowiedź:
INSTAGRAM – jeśli jeszcze nie masz tam konta, to szybciutko zakładaj, bo za jego pomocą będziesz mogła podwoić swoje szanse na wygraną!
Zresztą my też tam jesteśmy od niedawna, a już bardzo lubimy to rozmawianie obrazkami 🙂
Znajdziecie nas TU

Update. KONKURS już jest aktywny, a do wygrania SESJA ZDJĘCIOWA! 
Więcej informacji we wpisie: Sesja ciążowa. Sesja rodzinna.

Jak wyregulować kask rowerowy

Dokładnie rok temu, na dzień dziecka Córeczka dostała swój pierwszy rowerek biegowy w komplecie z kaskiem oczywiście. 

Wspominałam już, że od kiedy zostałam mamą i „ofiarą” Czynnika M bezpieczeństwo jest dla mnie szczególnie ważne. Dlatego od początku uczyliśmy ją, że rowerek najlepiej działa z kaskiem właśnie. Nawet przez pierwsze kilka tygodni, kiedy jeszcze był na nią za duży i oswajała go w mieszkaniu, to zawsze w kasku.

Szukając kasku dla dziecka miałam to szczęście, że trafiłam do sklepu Aktywny Smyk. 

Tam dowiedziałam się, że nie wystarczy kupić kask. 

Nie wystarczy nawet wymagać noszenia kasku.
Trzeba jeszcze zadbać, by był noszony prawidłowo, bo tylko dobrze dopasowany kask skutecznie chroni dziecko podczas upadku.
Codziennie widzę dzieci, które źle noszą kaski. Od kiedy jestem „uświadomiona” kłuje mnie to w oczy boleśnie.
Woziłbyś dziecko w foteliku bez zapiętych pasów? Pozwoliłbyś mu jeździć na rowerze w odpiętym kasku? Ja nie. A jazda w źle wyregulowanym kasku równa się wożenie dziecka w foteliku z luźno zapiętymi pasami.
W ten sposób tworzymy tylko pozornie dbamy o bezpieczeństwo, oszukując.. no właśnie kogo?
Powiedzmy wprost. Zapewnienie dziecku bezpieczeństwa, to podstawowy rodzicielski obowiązek.
To jest nasza odpowiedzialność.
Wasza. 
Dlatego choć tekst jest długi, a zadanie niełatwe, trzeba stawić mu czoła. Postaram się to ułatwić.
Aby poszło nam w miarę sprawnie, musimy przygotować  się teoretycznie, logistycznie i praktycznie. 
Niewprawionej osobie pierwsza regulacja może zająć 15 – 20 min. Co oznacza, że trzeba dziecko skutecznie  spacyfikować na ten czas. Najlepiej byłoby to robić w narkozie, ale znam mniej inwazyjną metodę 🙂

Żeby zoptymalizować czas, najpierw przeczytaj poniższą instrukcje z kaskiem w ręku. Zrób ćwiczenie na lalce, misiu, lub kolanie.
Od razu też umów się z drugim rodzicem, że po wszystkim zabierze Ci dziecko przynajmniej na tyle samo czasu, żebyście mogli od siebie odpocząć 🙂 Spacer z rowerem będzie dobrym pretekstem.

Teraz dalsza logistyka.
Mamy do czynienia z sytuacja wyjątkowa, która wymaga użycia tajnej broni: TV. Zaopatrujemy się więc w nowe przygody ulubionego bohatera, albo bajkę która nigdy się nie nudzi. Wyspane i najedzone dziecko zapraszamy na seans. Dziewczynki pozbawiamy kucyków i warkoczy. I oczywiście uzbrajamy się w nagrodę na zakończenie.
Pod ręką można mieć jeszcze coś do picia, lusterko, pilniczek do paznokci lub śrubokręt.

Jak wyregulować kask

INSTRUKCJA 

1. Oglądamy kask i zapoznajemy się z jego budową.
Zanim zabierzemy się do regulacji, musimy określić jakie ma zapięcie. Spotykamy 2 rodzaje:
A .Zapięcie proste, w stałej pozycji. Robi KLIK jeden raz.
Powinno znajdować się pod brodą, mniej więcej w tej samej linii co nos.

B. Zapięcie z regulacją głębokości wpięcia. Jego jedna część jest dłuższa, klika kilkukrotnie podczas zapinania. Tego rodzaju zapięcie, powinno znajdować się pod uchem, mniej więcej na wysokości żuchwy.

Jest to istotne, ponieważ te dwa typy zapięć regulujemy nieco inaczej.

Bez względu na  rodzaj zapięcia, przy jednej z klamerek będą wolne końcówki paska (taki zapas), a z drugiej nie. Regulacje zaczynam od strony bez luźnych końcówek paska.

W dobrym kasku, przednie paski są nieruchome, przymocowane są na stałe do skorupy. Paski tylne, to tak naprawdę jedna taśma, przepleciona przez skorupę. Być może nie możesz ich teraz przeciągnąć. Aby było to możliwe, musimy zwolnić blokadę. Obejrzyj kask od góry. W linii środkowej jest blokada, którą należy podważyć paznokciem, lub śrubokrętem. Po jej wyjęciu można przesuwać tylny pasek.

2. Zakładamy kask na głowę dziecka, tak by zasłaniał czoło. Daszek ma być poziomo, równolegle do podłoża, około 1 -2 cm nad brwiami.
Pozycja kasku jest kluczowa dla zapewnienia bezpieczeństwa. Tylko prawidłowo założony kask ochroni nos i zęby dziecka w razie upadku. Widać to na poniższym zdjęciu.
Niestety prawidłowo założony kask ogranicza nieco widoczność, dlatego bardzo często dzieci przesuwają do do tyłu, kierując daszek do góry. Dobrze ustawione paski, utrzymają kask we właściwym położeniu.
Mamy więc kask na głowie dziecka, dokręcamy tylne pokrętło, tak by poczuć główkę, nie za mocno.

3. Ustalamy długość pasków. Zapięcie powinno znajdować się w odpowiednim miejscu:
– pod brodą (A) lub z boku żuchwy (B).

|Pozycja zapięcia bez regulacji głębokości wpięcia (A)

Pomiędzy paskiem a brodą powinny mieścić się nam 2 palce.

Ustawienie zapięcia z regulacją głębokości wpięcia (B)

.

 Jeśli pasek jest za długi skracamy go najpierw po stronie zapięcia bez wolnych końcówek. Skracamy pociągając za tylny pasek i przeciągając go przez skorupę.

4. Przechodzimy do regulacji klamerki łączącej pasek przedni i tylny po tej samej stronie. 
Odpinamy klamerkę łączącą pasek przedni i tylny i ustawiamy ją tak by znajdowała się dokładnie pod uchem, a pasek przedni i tylny powinny tworzyć literę V.

5. Ustalamy odstęp zapięcia od klamerki.
Dla kasków z regulacją głębokości wpięcia, odległość ta powinna być jak najmniejsza, zdjęcie.

W przypadku kasków ze stałym zapięciem  (A), odstęp będzie większy, bo klamerka pod uchem, a zapięcie pod brodą.

Zamykamy klamerkę, pod uchem.
Jeśli jest taka potrzeba, korygujemy długość pasków, przeciągając je przez blokadę.
6. Przechodzimy do drugiego ucha. Tu zaczynamy od otwarcia klamerki łączącej pasek tylny i przedni. Zapinamy ją pod uchem.

Poprawiamy pozycje drugiej części zapięcia, dociągając luźne końcówki pasków.
Zakładamy kask z powrotem  na głowę dziecka, pamiętając o odpowiedniej pozycji, czyli czoło zakryte, daszek poziomo – patrz zdjęcie.

Jeśli masz wątpliwości, lub któryś punkt instrukcji, nie jest dla Ciebie jasny, zadaj pytanie w komentarzu.

Teraz czas na nagrodę, dla dzielnego, cierpliwego malucha. 
My swoją już mamy. Choć zlewa nas pot, a zęby od zgrzytania są połowę krótsze, to możemy iść spać spokojnie, ze świadomością, że zadbaliśmy rzetelnie o bezpieczeństwo dziecka.
Na najbliższym spacerze zdziwicie się, ile nagle pojawi się dzieci w źle założonych kaskach. 
Nie róbmy z tego wiedzy tajemnej!
Uświadomcie znajomych, wytłumaczcie, pokażcie, odeślijcie do tego wpisu, ale nie róbcie tego za nich.
Każdy rodzic powinien umieć prawidłowo wyregulować kask. Najpóźniej za rok główki dzieci urosną i znowu trzeba trzeba będzie to zrobić przed sezonem rowerowo – hulajnogowym.

Za pomoc w przygotowaniu tej instrukcji dziękujemy Cioci Kasi z Aktywnego Smyka!

Sesja noworodkowa



Sesja niemowlęca Córeczki

Trzy lata temu nie miałam pojęcia, że coś takiego jak sesja zdjęciowa niemowląt w ogóle istnieje, że można to zrobić w Polsce, w moim mieście.
Nieświadoma pojechałam do szpitala, z dużą walizką, średnim niepokojem i ogromnym oczekiwaniem. Tam, na korytarzu, w sali na której leżałam, na kolejnym korytarzu, były one. Zdjęcia kilku-tygodniowych, a nawet kilku-dniowych maluszków. Śliczne aranżacje, ubranka, doskonałej jakości wydruki formatu obrazu. To chyba oczywiste, że decyzję pojęłam natychmiast. Czynnik M nie dał mi szans na zdroworozsądkowe rozważania. Wiedziałam, że muszę mieć takie zdjęcia.

Musiałam też mieć jakąś dodatkową moc, bo nawet L, który zazwyczaj gasi moje spontaniczne pomysły, analizuje „za i przeciw” i woli wszystko rozważyć na spokojnie, wzdychał tylko z rezygnacją. Kiedy dowiedział się, że na tą wspaniałą pamiątkę przeznaczymy większą część becikowego, zaczęła mu drgać mu powieka, ale dalej nic nie mówił.

Termin sesji ustaliłam, zanim jeszcze wróciłyśmy z Córeczką do domu. Cieszyłam się, że udało się znaleźć wolne miejsce już za 3 tygodnie, choć początkowo myślałam, że to kwestia kilku dni.
Ponieważ sesja odbywała się u nas, musiałam przygotować miejsce przy oknie.  Dzień przed umówionym terminem zrobiłam więc przemeblowanie i opustoszyłam pół salonu od strony drzwi balkonowych.
Pani Fotograf przyjechała bardzo dobrze wyposażona. Miała dosłownie wszystko. Tła fotograficzne, ubranka, kocyki, kubły, miski, doniczki, nawet farelkę. 
Z lekką niepewnością oddałam jej moje pierwsze dziecko, ale już po chwili widziałam, że wie co robi. Wymarzyć bym sobie nie mogła lepszej niańki. Uśpiła córeczkę w mgnieniu oka. Nauczyłam się nawet od niej kilku trików.

Córeczka była w samej pieluszce, dlatego farelka cały czas była włączona. Na śpiocha była przebierana i układana w różnych scenografiach. Miałam do wyboru kilka opcji, w których cena zależała od ilości wykonanych i obrobionych zdjęć. Wybrałam 180 zdjęć + 10 obrobionych i wywołanych. Następnego dnia dostałam miniatury wszystkich ujęć, z których musiałam wybrać 10 do obróbki.
Płyta przyszła po kilku dniach. I zaczęło się. Ktokolwiek nas nie odwiedził (łącznie z położną środowiskową) musiał obejrzeć wszystkie 180 zdjęć. L nie przepuścił nikomu. Jeśli uznał, że ktoś oglądał nie dość uważnie, puszczał prezentacje od nowa okraszając komentarzem.
Cierpliwi Ci nasi goście byli i wyrozumiali, trzeba przyznać 😉

Po sesji żałowałam tylko jednego. Sama na to nie wpadłam, a Pani Fotograf mi nie podpowiedziała: wspólne zdjęcie z Małą. Chociaż jedno. Nie mówiąc już o rodzinnym. 
Na szczęście nasze zdjęcia zachwyciły sąsiadkę, która też miała malutką córeczkę. Dzięki jej uprzejmości miesiąc później udało nam się wykonać to jedno ujęcie. 

Sesja noworodkowa Synka

Tym razem już wiedziałam, że zdjęcia będziemy robić. Od poprzedniego razu, jednak rynek się zmienił. Fotografia noworodkowa zrobiła się bardziej popularna, tak jak nasza Pani Fotograf. Sesje odbywały się już nie w domu, ale w jej studio. Ceny również urosły. Dlatego postanowiłam rozejrzeć się za jakąś alternatywą. Postanowiłam i tyle, bo przed porodem każdą wolną chwilę i zapas energii poświęcałam Córeczce. Zależało nam żeby wspólnie i świadomie spędzić ostatnie dni jej jedynactwa. Tym razem to nie ja znalazłam fotografa. To mnie znalazły Dobre Wróżki. Dzięki Nim mamy piękną sesję noworodkową i rodzinną z tygodniowym Synkiem. Inną od tej pierwszej. Za pierwszym razem ujęły mnie wyszukane stylizacje, pomysłowa scenografia, aranżacje. Jednak z upływem czasu i po niezliczonej liczbie prezentacji na TV, okazało się, że najbardziej lubię te „czyste” ujęcia.
Tym bardziej ucieszyłam się, że tym razem trafiliśmy na fotografa, który też woli naturalne zdjęcia. A fotograf to nie byle jaki. Z daleka i na gościnnych występach w naszym mieście. Monika Serek – jej zdjęcia zachwycają, ujmują, łapią za serce. Nic dziwnego, że ciągle dostaje jakieś nagrody. 
Na dodatek, jest przemiłą, ciepłą i wrażliwą osobą. Nie dość, że bez chwili wahania oddałam jej Synka na kilka godzin (to mógł być syndrom drugiego dziecka), to jeszcze sama miałam ochotę się do niej przytulić (to mogły być hormony). 
Do dziś marzę o sesji plenerowej u niej. Póki co zostaje mi podglądanie jej Facebooka
i zachwycanie się nowymi zdjęciami. 
Wczoraj Monika znowu mnie zaskoczyła. Zadzwoniłam, zapytać, czy mogę podać jej nazwisko i linka do strony w tym wpisie i co? Ona nas pamiętała! Po roku. Roku, w którym wykonała zdjęcia zastępom młodszych i starszych dzieci, dostała co najmniej kilka nagród międzynarodowych, pamiętała imiona mojego Synka. Oba. Bardzo pospolite zresztą. Taka to jest dziewczyna. Wzruszałam się kiedy robiła nam zdjęcia, płakałam kiedy dostałam je gotowe, a wczoraj autentycznie wzruszyła mnie znowu.
Podsumowując, jeśli zastanawiasz się czy warto zrobić sesje noworodkową, moja odpowiedź jest jednoznaczna: TAK. 
Noworodki szybko się zmieniają, dlatego chcemy mieć zdjęcia maluszka, dobrze umówić się z fotografem już pod koniec ciąży – taka sesja to element wyprawki przyszłej mamy 🙂

To wspaniała pamiątka, do której już teraz wracam często i z łezką w oku. Do tego ma ogromny potencjał prezentowy i dekoracyjny. Duży format na płótnie lub piance ozdobi każdy pokój. Kalendarze, kubki, foto-książki… Można spamować rodzinę przez najbliższy rok. Wszystkie możliwe święta, od Bożego Narodzenia, po dzień Babci i Dziadka mamy z głowy 🙂
Zapraszam na część drugą cyklu fotograficznego, a w niej mini PORADNIK . Tam więcej praktycznych informacji o tym jak wybrać fotografa, jak się do sesji przygotować, różnice w ofertach, ile to kosztuje i czy można taniej. 
Przypominam też, że trwa nasz KONKURS, a do wygrania rodzinna lub ciążowa sesja fotograficzna. Zajrzyjcie koniecznie TU!

Cukier owocowy

Niby lato w pełni, na straganach i bazarkach owoców tyle, że nie wiadomo co wybrać, a tak naprawdę  sezon mija nie wiadomo kiedy. Na truskawki na przykład jest już w zasadzie ostatni moment. Ja truskawki lubię bardzo, ale te prawdziwe. Nie znoszę truskawkowej czekolady, galaretki, batoników.Wszystko ten smak naśladuje naśladować, pachnie mi chemią…  Co więc zrobić, żeby te smaki i zapachy zostały z nami na dłużej? Można przetwory, ale dziś mam propozycję dla lubiących szybkie i proste sposoby. 
Zaczęło się w zeszłym roku od truskawek właśnie. Pomysł, jak wszystkie wielkie odkrycia powstał przez przypadek, w zeszłym roku. Tak, patent jest nasz własny, a wszelkie prawa autorskie przynależą się naszemu domowi 🙂

Sposób wykonania jest banalnie prosty.
Składniki:
– 1 szklanka cukru (+ druga w zapasie)
– odrobina wybranego owoca, np. pół średniej truskawki, jedna malina.
Cukier może być zwykły, ale bardzo ładnie wyglądają duże kryształki, tzw. „gruba rafinada”.
Truskawkę musisz oczywiście umyć. Ważne, żeby ją potem dobrze osuszyć, np. ręcznikiem papierowym. Jedyna wilgoć jakiej potrzebujemy to sok z owoca. 
Najważniejsze, to nie dopuścić żeby cukier się rozpuścił. 
Ma się zabarwić, wchłonąć sok. Jeśli wyjdzie zbyt mokry, zacnie się sklejać w grudy, po prostu dosyp cukru.
Będzie Ci się wydawać, że pół truskawki to za mało, będzie Cię kusić żeby dać całą.
Poczekaj. Najwyżej dołożysz. A potem dosypiesz cukru 😉
Do miseczki wsypujemy cukier, dokładamy truskawkę i zamaszystym ruchem, jakbyśmy roztrzepywali białko, rozcieramy.
Gotowy cukier wysypujemy cienką warstwą na tacy i zostawiamy do wyschnięcia. Co jakiś czas rozgrzebujemy widelcem, rozgniatając ewentualne grudki.
W tak upalne dni jak dziś, suszenie zajmuje mi jeden dzień. 
Przechowuję w metalowych puszkach po herbacie. Wreszcie się na coś przydadzą 🙂

Co z tym robić?

Wykorzystuję do posypania bitej śmietany na mrożonej kawie, ozdabiania lukrowanych ciasteczek i kremowych tortów. 

Czasem też (zwłaszcza zimą) podaję jako zwykły cukier. Wprawdzie, aromat się zgubi, ale wrażenie na gościach pozostaje. Siła autosugestii jest nie do przecenienia 😉
Jeszcze jedno zastosowanie. Czary Mary. Ja mam swoje – pisałam o nich przy okazji Tubek na przekąski, a Córeczka ma swoje – różowe oczywiście.
Jeśli kręci nosem na jedzenie, marudzi, wybrzydza – pozwalam jej posypać odrobiną owocowego cukru. Czary wiadomo, trzeba oszczędzać. Bardzo często działają 🙂
Zaczęło się od truskawek, ale w tym roku  eksperymentuję też z innymi owocami. Oto w:
truskawka – klasyka sama w sobie,
malina –  pachnie obłędnie,
jeżyna –  ładny kolor, ale stosunkowo słabo pachnie, chyba po wysuszeniu spróbuję do tego samego cukru dodać jeszcze jeden owoc,
jagody – są małe więc trudno je rozgnieść, ale warto bo dają najładniejszy kolor.

Uwaga: 
W odróżnieniu od gotowych kolorowych posypek, cukier stosunkowo łatwo się rozpuszcza, dlatego lukier musi być wystudzony.
Jeśli spróbujecie, dajcie znać jak wyniki Waszych eksperymentów 🙂

Tubki silikonowe i filtry UV

Mój zachwyt  tubkami do ponownego napełniania trwa. Dzięki temu, że są ze spożywczego,mogę podawać dzieciom Przekąski w tubce : zagęszczone koktajle warzywne, pure, musy i sorbety #przemytnicyzdrowia. Ale to raczej mało standardowe zastosowanie. Z założenia tubki przeznaczone są głównie do kosmetyków (chyba…). Nie miałam na to pomysłu. Do wczoraj 🙂

Co roku kupuję baterię kremów i mleczek z filtrami UV.

Kosmetyki chroniące przed słońcem wybieram szczególnie starannie. Choć nie znam się na tym za dobrze, wiem już, że filtry dzielą się na mineralne (zostawiają białe ślady i są najbezpieczniejsze dla dzieci), chemiczne, i przenikające. Te ostatnie mogą przenikać przez naskórek i działać jak hormony, mimo to są często wykorzystywane w kosmetykach dla dzieci. Ja staram się ich unikać. W telefonie mam „czarną listę” nazw chemicznych (znajdziecie ją poniżej). Jeśli znajdę w składzie jedną z tych substancji,  po prostu nie biorę. Z drugiej strony nie stosuje blokerów #najgorszamatkanaświecie. Chcę żeby dzieci w naturalny sposób przyswajały witaminę D. W Polsce zaczynam od 30. Potem stopniowo zmniejszam faktor, uwzględniając warunki w jakich jesteśmy i  porę dnia. Piaskownic i placów zabaw w mojej okolicy nie brakuje, za to cień to tam jest pod zjeżdżalnią głównie, dbam więc o to smarowanie.
Co roku robię zakupy, najczęściej w aptece. Nie wiedzieć czemu, zazwyczaj trafiam na opakowania godne mleka, a nie mleczka. Duże opakowanie wadzi mi w torbie. Czasem zapominam go zabrać. W tym roku dodatkowo muszę mieć krem do zostawienia w przedszkolu. 
Po każdym sezonie zostaje mi przynajmniej połowa każdego opakowania. Szkoda mi to wyrzucać, więc zostawiam. Nie wiem po co. Chyba za dużo mam miejsca w łazience…
Przychodzi nowy sezon, przeglądam zapasy i zawsze wyrzucam filtry z zeszłego roku. Zawsze. Beznadziejne, ale tak mam i już. Następnie kompletuję nowy zestaw.
Wiecie już do czego zmierzam, prawda? 🙂
Znowu nie mogę, się przestać uśmiechać, bo złamałam system 😛
Całe duże opakowanie filtra rozdysponowałam i mam pod ręką. W łazience, wózku i najważniejsze: Ona w przedszkolu wreszcie też ma porządny filtr, a nie ten tańszy, „do przedszkola tylko”. 
Cały czas mówimy o tubkach do ponownego napełniania z Rossmanna. Jeśli więc spotkacie tam, babę z wózkiem i obłędem w oczach, pędzącą prosto do półki „non-food”, to mogę być ja. Wyposażam rodzinę, znajomych i robię przymiarki do prezentów gwiazdkowych. 
Pamiętajcie, że dla Was też odłożyłam jeden zestaw. Jeśli chce dostać dużą i małą tubkę bawcie się z nami w #przemytnicyzdrowia. Szczegóły tu: KLIK

Poniżej obiecana czarna lista. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o filtrach, zajrzyjcie na blog srokao.pl  

Filtry przenikające: 

– Homosalate
– Etylhexyl Methoxycinnamate (inna nazwa to Octylmethoxycinnamate)
– Octyl Dimethyl PABA
– Benzophenone-3
– 4- Methylbenzylidene Camphor

PS Pisząc tekst pomyślałam, że dzieci mi urosły, to może tych kremów nie starczy. Pewnie dokupię i znowu mi 3/4 zostanie #błędnekoło

Przekąska w tubce. Tubka na przekąski.

Od kiedy pamiętam prowadzę swój osobisty ranking Odkrycie Roku. Zazwyczaj obejmuje on dwie  kategorie: ogólną – „jedzenie” i jeszcze bardziej ogólną – „przydasie” .
W zeszłym roku na przykład na szczycie listy gastronomicznej znalazła się mięta czekoladowa. Znalazłam ją na jakimś bazarku i zasadziłam na balkonie. Nie dość, że pachnie jak czekoladki „After Eight”, to w po zimie sama odbiła i rośnie dorodnie niczym chwast. Jest niezastąpiona w upały, do lemoniady, do lodowych deserów, mrożonej kawy… Zaraz za nią na liście jest domowy syrop z melisy. 
Spośród gadżetów wyróżniłam Powerbanki. Mam ich kilka, na wszelki wypadek. W torbie dzieciowej, w mojej torebce, samochodzie, wózku. Gdybym jeszcze pamiętała, żeby je naładować, byłabym zawsze dostępna 🙂 Ale rozwiązanie technologiczne pierwsza klasa!

Dziś jestem tak podekscytowana, że piszę prawie na stojąco, bo chyba właśnie znalazłam moje Odkrycie 2015! Do rzeczy:

Znacie przekąski w tubkach? Owoce? Serki?

Używacie? Ja serki sporadycznie, ale owoce mam zawsze ze sobą. Nie zliczę ile razy pomogły mi poskromić złośnicę, pocieszyć smutasa, pogodzić tych, co to się tak STRASZNIE lubią… 😉

Żadne z dzieci jakie znam tubki nie odmówi. Chyba sama forma podania jest dla nich atrakcyjna. Zawsze sądziłam, że to niewykorzystany potencjał, bo co ja bym tam mogła włożyć, co przemycić… Tylko jak? Spotkałam nawet mamy, które podejmowały się ponownego napełniania tubek strzykawką, ale nie umiem tego opakowania dobrze umyć, a muszę mieć pewność, że nic  w zakamarkach nie pleśnieje. 

No i właśnie dziś, zupełnie przypadkiem znalazłam w Rossmannie rzecz wspaniałą: 
TUBKI SILIKONOWE! Nadają się do kontaktu z żywnością 🙂 

Widzę same zalety:
– przeznaczone do kontaktu z żywnością (bezzapachowy silikon spożywczy), 
– można myć w zmywarce, 
– wykonane z bezpiecznych materiałów 100% BPA Free
– korek niekapek – gwarantuje szczelność
– duży otwór pozwala na łatwe napełnienie i dokładne mycie 
– dostępne w trzech kolorach: różowy (na całe szczęście), niebieski, biały
– 2 pojemności 60 ml i 89 ml.
– przystępna cena: między 10 a 12 zł.

Dziś na szybko zaserwowałam dzieciom co było po ręką, czyli banan, truskawki, maliny, odrobina soku jabłkowego + moje czary*:  ziarna chia, młody jęczmień i spirullina.
Taka jestem eko, fit i etc.! 

A jutro będzie jarmuż. Z melonem i bananem + czary oczywiście. I to jest dopiero początek, bo czuję, że się rozkręcam. Zamierzam im tak przemycać, na co tylko mi blender pozwoli.

 * też do nabycia w Rossmannie, ale w internecie można znaleźć dużo tańsze oferty

Wiem, że w tym roku to będzie mój wakacyjny „must have”. Do walizki czy plecaka, na długą wycieczkę, krótki spacer. Tak, tak… ulegam emocjom. Tym razem też w tym zachwycie postanowiłam się z Wami podzielić. 

Dla jednej z Was mam drobny prezent 🙂

Zestaw dwóch tubek: mała + duża.

Jeśli podzielacie mój entuzjazm, chcecie tubki, ale Rossmann wam nie po drodze, albo ma już puste półki zapraszam do rozdawajki:
Zasady zabawy są proste:
TY:
– udostępnij ten post na Facebooku
– dopisz w komentarzu: #przemytnicyzdrowia
– w komentarzu napisz, jaką zdrową przekąskę zaserwowałabyś w tubce dzieciom
– oczywiście lubisz już 100 pociech na Facebooku? Jeśli nie to bardzo dobry moment:   KLIK  🙂

MY:
7 lipca – kończymy zbierać zgłoszenia, ale bawić się dalej można 🙂
8 lipca – wtorek. Razem Córeczką i Synkiem wyłonimy zwycięzcę.
9 lipca – środa. Ogłaszamy wyniki na FB.

A tu nowa odsłona Tubki i filtry UV

Dziękuję wszystkim, którzy bawili się z nami!
Nagroda trafiła do mamy Malwiny i Małej Tosi, której jak widać nowy gadżet się podoba:)

BAWILIŚCIE SIĘ Z NAMI?

Kilka prezentów dla Matki

test 2

Jak to mądrze pomyślane, że Dzień Dziecka jest dopiero po dniu Matki! W przypadku małych dzieci, nie bez znaczenia jest fakt, że Dzień Ojca też jest dopiero później 🙂

Pisałam już o najlepszym prezencie na 26 maja KLIK i dalej się tej wersji trzymam.
Jednak miło by było dostać też coś materialnego, prawda? Mam 3 propozycje, od wersji ekonomicznej po ekskluzywną. Wszystkie są kreatywne, osobiste, spersonalizowane.
1. Zdjęcia
Robię je przy każdej okazji i każę robić innym. Nasz zaprzyjaźniony fotograf, nie ma ze mną lekko…
Pewien Super Tata taką sesje domową urządził, w tajemnicy przed Mamą. Nawet dzieci się nie wygadały! Moim zdaniem to cudowna niespodzianka. Aż dziw, że jeszcze im mole tych zdjęć nie zeżarły, bo ja zazdrosna o nie jestem od kilku już lat. 
Takie zdjęcia można zrobić nawet komórką. A jeśli będą lepszej jakości, to proponuję wydrukować je w dużym formacie, na płótnie, albo na utwardzonej piance.
Tylko uwaga na mole, bo zazdrośników nie zabraknie!





2. Plakat
Albo raczej laurka. Finansowo wyjdzie najtaniej, ale pozostałe koszty są bardzo poważne (nr 1). Mam świadomość, że nie każdy je udźwignie. Dla tych mniej odważnych propozycje 2 i 3 🙂

Pobierz plakat nr 1 KLIK
Pobierz plakat nr 2 KLIK
Pobierz plakat nr 3 KLIK                                                                       Pobierz plakat nr 3a KLIK
3. Messei


Niektóre kobiety kochają buty. Ja kocham torebki. Uczucie to, wraz całą kolekcją torebek, złożyłam na ołtarzu macierzyństwa. Ze względów praktycznych zamieniłam ilość na… pojemność i od prawie 3 lat noszę jedną torbę, tą dzieciową. 
Messei to elegancki dodatek, dzięki któremu nawet z wózkową torbą można się poczuć Mamą Glamour.
Na blaszce można wygrawerować dowolny napis lub grafikę, np.: życzenia, obietnica, parametry dzieci na maj 2015… Imagination is the limit! A jeśli pomysłów zabraknie, inspiracje można znaleźć na FB Messei KLIK

Blaszkę, czy breloczek jak kto woli, wyprodukowano  z bardzo dobrych jakościowo materiałów, zapakowana w pluszowe etui i eleganckie pudełko. Naprawdę robi wrażenie. Do nabycia tu KLIK

W zasadzie to powinien być element Wyprawki przyszłej mamy!

Znajdź 5 różnic

Mamy, kto o nas zadba, jak nie my same? Na FB 100pociech KLIK mały poradnik…

Tatusiowie drodzy, mam nadzieję, że zdążycie z niespodzianką 🙂