Tag

rozmowy poważne

Browsing

Egzamin z rodzicielstwa

Gdyby ktoś mnie zapytał jak to się stanie, powiedziałabym że to ja wybiorę moment. Sama zacznę tą rozmowę, ale przedtem przeczytam odpowiednią książkę, artykuł, poznam zdanie ekspertów i innych matek. Porozmawiam z jej tatą i ustalimy wspólną wersje. Będę przygotowana.
Wyszło (jak zwykle) inaczej.
Pierwszy raz rozmawiałyśmy o śmierci, kiedy miała niecałe 3 lata.
Podczas letniego spaceru na rozgrzanym asfalcie leżała rozjechana żaba. Postanowiłam nie kłamać.
– Co to?
– Żaba.
– A dlaczego nie jest zielona?
– Bo nie żyje.
– Dlaczego?
– Bo przejechał ją samochód. – obok stała zaparkowana ciężarówka.
– Dlaczego?
– Bo to jest ulica, po ulicy jeżdżą samochody. Żabka szła po ulicy, nie uważała i przejechał ją samochód.
– Dlaczego?
– Bo samochód jest duży, nie zauważył małej żabki.
– Dlatego teraz jest czarna?
– Tak.
– To musi iść do lekarza i pani doktor ją wyleczy i znowu będzie zielona.
– Nie Nelciu. Ta żabka już nigdy nie będzie zielona. Już nie będzie skakać, ani kumkać, ani pływać.
– Dlaczego?
– Bo kiedy, komuś stanie się duża krzywda to umiera.
– Ona zawsze będzie taka czarna i brzydka?
– Tak.
– Możemy ją zabrać?
– Możemy zabierzemy ten kamyk?
– To ja go schowam do kieszeni.
Temat żabki wrócił jeszcze kilka razy, a ja powtarzałam podobne odpowiedzi. Potem ucichło.
***
– Co znowu? – pomyślałam jakiś rok później, kiedy Nelka grymasiła nad zupą. Tym razem twierdziła, że się boi. Słuchałam jej jednym uchem, zajęta trzema innymi rzeczami. Słyszę jednak, że się nakręca i zaraz będzie płacz. Siadam więc obok.
– Jak to się boisz? Zupy się boisz? Pokarmić cię?
– Ja się boję, że mama i tata umarnie.
!!!
– Neluniu, my nie zamierzamy umierać, postaramy jeszcze bardzo długo żyć. Chcemy zobaczyć jak urośniesz, chcemy poznać dzieci Twoje i Jasia i pojechać z wami nad morze…
– Nigdy nie umarniecie?
– Kiedyś umrzemy, ale będziemy się bardzo starać, żeby to było za bardzo, bardzo dużo lat.
– Ja nie chcę! – płacz. Nie foch, tylko prawdziwy smutek i strach. Żal i łzy.
W gardle rosła mi gula, a w głowie pojawiła się POKUSA. Ogromna chęć uspokojenia mojego dziecka. To byłoby łatwe. Wystarczyło powiedzieć:
„Obiecuję Kochanie, że nigdy nie umrzemy i zawsze będziemy razem.”
Wiedziałam, że na to czeka. Przestałaby płakać, uspokoiła się i zjadła zupę.
Uwierzyłaby mi, bo chciała przestać się tym martwić. Uwierzyłaby bo zapracowałam na jej zaufanie.
Jeżdżeniem po lody – bo obiecałam na deser, a te z lodówki zniknęły. Nocnym szyciem sukienki, bo obiecałam, że na jutro będzie. Ale skoro w prozaicznych sprawach tak bardzo pilnuję, by dotrzymywać słowa, to czy w naprawdę ważnej kwestii mogę skłamać?
Znowu postanowiłam nie kłamać, ale tym razem było dużo trudniej.

To nie był gest odwagi, wręcz przeciwnie, stchórzyłam. Przestraszyłam się tego, co bardzo mało prawdopodobne.
Co jeśli jutro lub za tydzień odejdę? Najsilniejszym wspomnieniem jakie po mnie zostanie będzie to, że ją okłamałam.
Albo ja zostanę, ale coś się stanie Tacie. A przecież obiecałam.
Czy mi wybaczy? Czy ja będę potrafiła spojrzeć jej w oczy? Czy Ona będzie umiała mi zaufać?
Pewnie nic się nie stanie. Po prostu urośnie i dowie się, że jedyną pewną sprawą w życiu jest śmierć.
A potem przyjdzie czas na inne ważne pytania. Czy zada je mi, czy poszuka odpowiedzi u kogoś innego?

– Ja się boję, że jak Wy będziecie aniołami, to zostanę sama. Nie chcę być sama! – szloch.
– Nie będziesz sama. Zawszę będę obok Ciebie. Tu na Twoim ramieniu. Będę pilnować, żebyś miała piękne sny i żebyś spotykała dobrych ludzi…
– Nie chcę, żebyś była aniołem. Nie lubię aniołów. Nie mają nóg!
– Przecież nie wiemy, co mają pod sukienką 😉 Za to mają piękne długie włosy i skrzydła.
– Też będziesz miała skrzydła?
– Mam nadzieję…
– Ja nie chcę! Proszę Cię, nie umieraj…
Tak z przerwami do wieczora, do samego zaśnięcia, płacząc i trzymając mnie za rękę prosiła moja 4-letnia córeczka. Ja łykając łzy powtarzałam, że zawsze będę ją kochać i wcale nie zamierzam umierać.
Chciałam, żeby nie była już smutna, żeby przestała się bać i martwić. Jest na to za mała przecież. Chciałam, żeby zasnęła spokojnie.
Tak bardzo chciałam jej obiecać, ale wybrałam inaczej.
Myślałam, że znam trud macierzyństwa. Smak zimnej kawy, nieprzespane noce, obolałe piersi, brak czasu dla siebie, poczucie zagubienia i wieczna niepewność: czy podać już gluten, zdjąć czy założyć czapeczkę.
Nie jest trudno być z dzieckiem, kiedy jest chore i słabe, kiedy potrzebuje naszej troski i miłości. Nie jest trudno być z dzieckiem, kiedy koledzy nie chcą się z nim bawić. Nie jest trudno, mimo płaczu, odmówić kąpieli w basenie w najbardziej upalny dzień roku, bo dopiero wyleczyliśmy ucho. Bywa ciężko, bywa że sił nam brak i serce pęka, ale tak naprawdę wiemy jak trzeba postąpić.

Trudno jest dopiero wtedy, kiedy musimy zmierzyć się sami ze sobą, by nie pójść po linii najmniejszego oporu.
Pewnie można było to rozegrać lepiej, ale zrobiłam co w mojej mocy. Tego wieczora spoglądałam w lustro bez wyrzutów sumienia, a następnego spisałam naszą rozmowę.